http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Też potępiam modernizm

Dorota Jarecka
2010-02-25, ostatnia aktualizacja 2010-02-24 18:30

Nowa wystawa w MSN zbiera artystów, którzy odnoszą się do zła tkwiącego w nowoczesnej kulturze, do jej nadziei, hipokryzji, związków z totalitaryzmem

Modernologie

kuratorka Sabine Breitweiser

Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

do 5 kwietnia



Wystawa przyjechała do nas z Barcelony, z Muzeum Sztuki Współczesnej MACBA, gdzie miała premierę jesienią zeszłego roku.

Temat jest modny, na całym świecie mówi się o modernizmie, o tym, co się w nowoczesności udało, co nie wyszło, choć terminologiczne splątanie jest coraz większe. Jak przenosić zachodnią dyskusję o modernizmie w miejsce, gdzie w architekturze po wojnie było coś, co określa się jako "socmodernizm"? Wyglądał jak modernizm, ale nie zawsze był budowany z najlepszych materiałów, nie zawsze odpowiadał na rzeczywistą potrzebę społeczną i w końcu był tak zaniedbany, że po 1989 r. jego egzemplarze w pierwszej kolejności przeznaczono do rozbiórki (ostatnie przykłady to Supersam i pawilon Chemii w Warszawie).

Jeszcze trudniej z modernizmem w sztuce. W opinii radykalnej polskiej historii sztuki modernista to postać raczej negatywna, skoncentrowana na własnej sztuce, jej problemach, obojętna na sprawy społeczne. Naprzeciw niemu wychodzi postać pozytywna - awangardzista, lewicowiec, zaangażowany, prawdziwie postępowy. "Modernizm" zaczyna brzmieć jak oskarżenie o współpracę z aparatem władzy i polityczny konformizm. Ma znak ujemny.

Na Zachodzie modernizm też ma odcień negatywny, ale to z kolei związane jest ze współczesną krytyką modelu całej powojennej kultury, dostrzeżeniem jej związków z neokolonializmem, z dziedzictwem imperializmu. Bo nawet kiedy Europa była nowoczesna i pozwalała wyzwalać się koloniom, uważała, że pewne wzorce powinny być przez nie przejęte - stąd bloki w Trzecim Świecie. "Projekt" modernizmu nie ma końca. Dzisiaj się modernizują Chiny, które chcą wyglądać dokładnie tak samo jak Hongkong, dawna kolonia brytyjska. I ujarzmiają się już same, bez pomocy zewnętrznej władzy.

Stąd ta wystawa. Zbiera ona artystów, którzy na różne sposoby odnoszą się do problemu zła tkwiącego w nowoczesnej kulturze, do jej związków z totalitaryzmem, jej nadziei, hipokryzji, wykluczenia przez nią różnych odmienności, np. seksualnych.

Przykładem takiej "sztuki śledczej" tropiącej wątki marginalne, a jednak ważne i przez to demaskującej jakiś potężniejszy syndrom jest praca niemieckiego artysty Christiana Philippa Müllera. Wynalazł on w filmowym archiwum ocenzurowane kawałki filmu Veita Harlana z 1957 r. o szajce handlarzy dzieł sztuki złożonej z homoseksualistów. Szajka ta pokazana jest jako okropny bastion "sztuki zdegenerowanej". Przypomniał też projekt wizjonera i kompozytora Nicolasa Schöffera "Miasto cybernetyczne", w którym m.in. zaplanowano budowlę w kształcie stożka. Znajdowały się w niej pomieszczenia służące do uprawiania seksu, ale heteroseksualnego. Nawet w mieście przyszłości inne modele życia są wykluczone. Müller demaskuje konserwatywne prądy myślowe powojennej Europy ubrane w szaty nowoczesności, a nawet futuryzmu. To świetna praca, która daje do myślenia, otwiera nowe skojarzenia, wydobywa zapomniane czy tylko przykurzone fakty, jak działalność nazistowskiego reżysera (w 1940 r. Harlan nakręcił propagandowy antysemicki film "Żyd Süss") w powojennych Niemczech.

Mam z nią tylko jeden problem, zresztą nie tylko z nią. Reprezentuje ona pewien rodzaj dzieła sztuki, który z niepokojącą konsekwencją powtarza się na tej wystawie: trochę filmu, kilka zdjęć, jakaś kartka z archiwum, stary numer pisma, okładka książki, kolaż, gablota z dokumentami. Po jakimś czasie spędzonym na wystawie zaczynam przypisywać, to co widzę, jednemu artyście, który choć dotyka różnych aspektów modernizmu, opowiada o tym wciąż w ten sam sposób. Może jest tak dlatego, że wszyscy starają się być tak komunikatywni i cholernie słuszni. Dlatego naprawdę zgadzam się, potępiam ten przeklęty modernizm, a jednocześnie mam poczucie, że spędziłam trzy godziny w czytelni i nawet, niestety, nie na czytaniu literatury, ale na przeglądaniu fiszek.

Z pewnymi wyjątkami. Zapamiętuje się pracę Gordona Matty-Clarka "Window Blow-Out" z 1976 r. - dokumentację fotograficzną akcji wykonanej w Nowym Jorku w Instytucie Architektury i Studiów Urbanistycznych. Artysta strzelał do okien galerii z wiatrówki i w miejsca zbitych szyb wstawiał zdjęcia potłuczonych szyb w blokach na Bronksie, w tej gorszej nowojorskiej dzielnicy - pokazał, jak naprawdę w życiu społecznym funkcjonuje nowoczesna architektura. Tak samo trudno zignorować zdjęcie Louise Lawler, znakomitej amerykańskiej artystki, która fotografuje dzieła sztuki w prywatnych i muzealnych wnętrzach amerykańskich. Na zdjęciu przedstawiającym dwa obrazy Légera nad elegancką kanapą Lawler pokazuje, jak awangardowa sztuka staje się obiektem, dekoracją, symbolem statusu.

Nie chodzi o to, by podważać wysiłek intelektualny twórców wystawy "Modernologie" razem z ogromem zebranego materiału. Jednak na jakimś poziomie nie da się jej oglądać i być może pokazuje ona kryzys wystawy, która krytykując uniwersalizm modernizmu, sama staje się rodzajem nowego języka uniwersalnego.

Krytyczny sceptycyzm bywa siłą napędową nauki, ale niekonieczne daje energię sztuce.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów