Burza
Maciej Parowski
Narodowe Centrum Kultury
Pomysł narodził się w roku 1983, a więc w jednej z najbardziej ponurych chwil w historii Polski, gdy znikąd nie było widać nadziei. Maciej Parowski, redaktor miesięcznika, który nazywał się jeszcze "Fantastyka" (bez dopisku "nowa"), wymyślił alternatywny scenariusz, w którym Polska nigdy nie wpakowała się w takie cul de sac.
Oto w pierwszym tygodniu września '39 nagła zmiana pogody - tytułowa burza - zmienia stosunek sił. Niemieckie jednostki grzęzną w polskim błocie, po którym znakomicie porusza się za to polska kawaleria. Bitwy nad Wizną i Bzurą zmieniają się w potężne kontruderzenia, w których polskie jednostki okrążają i eliminują pancerne zagony, pozbawione zaopatrzenia i zdezorganizowane. Sukces sprawia, że nasi zachodni sojusznicy otwierają drugi front.
Spisek z udziałem von Stauffenberga w grudniu 1939 prowadzi do obalenia dyktatora.
Niemcy wydają Hitlera sprzymierzeńcom, którzy zsyłają go jak Napoleona na Wyspę św. Heleny. Plotki o tajnym pakcie z Hitlerem osłabiają też pozycję Stalina.
W roku 1983 Parowskiemu nie chciało się tego pomysłu dokończyć, bo jakakolwiek próba potraktowania go serio oznaczałaby całkowitą niecenzuralność. Trochę szkoda, bo była szansa na literacką legendę drugiego obiegu science fiction.
20 lat temu Parowski wrócił do tego pomysłu, snując plany wspólnego komiksu z Krzysztofem Gawronkiewiczem. Powstało kilka plansz odwołujących się do filmu, który "alternatywną" wiosną 1940 roku w Warszawie kręci Józef Lejtes (najwybitniejszy twórca przewojennego polskiego kina, który w prawdziwej historii służył w polskiej armii, a w latach 50. wylądował w
Hollywood). Planuje on awanturniczą fabułę, która dzieje się - jakżeby inaczej - w alternatywnej rzeczywistości, w której Niemcy wojnę wygrali. Para alianckich szpiegów próbuje uciec z okupowanej stolicy porwanym samolotem, stąd tytuł filmu "Ucieczka z Warszawy". Lejtes zaprasza do współpracy Witkacego i Gombrowicza, by ci puścili wodze wyobraźni i spróbowali pomyśleć, jak mogłaby się potoczyć historia, gdyby Niemcom burza nie pokrzyżowała szyków. Ich pomysły są coraz bardziej groteskowe: Niemców przeganiają dopiero bolszewicy, więc jedną okupację zamienimy na drugą, a w zrujnowanej przez Hitlera Warszawie Stalin postawi upiorny wieżowiec dla podkreślenia sowieckiej dominacji... A może w okupowanej stolicy wybuchnie powstanie? A powstańcy będą chodzić kanałami? Reżyser traci panowanie nad coraz bardziej ekscentrycznymi pomysłami scenarzystów.
W komiksie Warszawa wciąż jeszcze nosi ślady niemieckich bombardowań, ale rozkwita po zwycięskiej wojnie. Po zakończeniu zdjęć rozbiegają się po niej statyści z filmu Lejtesa, wciąż mający na sobie kostiumy. A więc esesman, powstaniec i Żyd z getta razem jadą rykszą na wieczorną wódkę...
W 1992 roku, gdy plansze niedokończonego komiksu ukazały się w "Fantastyce", ta scena miała w sobie coś na kształt wizualnego bluźnierstwa - te postaci po prostu nie miały prawa występować w jednym kadrze w takim kontekście. Ówczesny rynek komiksowy nie był gotowy na takie dzieło.
A jednak Parowski jeszcze raz wrócił do pomysłu. Jakby celowo chcąc zerwać z komiksowymi korzeniami projektu, napisał powieść tak, że rysunkowa adaptacja w ogóle byłaby niemożliwa: w powojennej Warszawie umieścił międzynarodowy kongres intelektualistów, którzy dyskutują nad wynikającą z krótkiej wrześniowej kampanii lekcją dla demokracji.
O błyskawicznej wojnie polsko-niemieckiej i jej konsekwencjach dyskutują już nie tylko Gombrowicz z Witkacym, ale także Orwell, Koestler, Tuwim, Słonimski, Bruno Schulz i Ernst Junger. Nawet młody Staszek Lem wygrał konkurs dla najzdolniejszych maturzystów i wygłasza na tym kongresie referat o tym, jak fantastyka lat 30. przepowiadała nadchodzący konflikt.
Kongres jest tłem dla powoli rozwijającej się fabuły sensacyjnej z akcentami fantastycznymi. Wśród akredytowanych dziennikarzy jest Kim Philby (w realu sowiecki agent w Anglii). Pojawia się też polskie medium Ossowiecki i nazistowski mistyk Karl Maria Wiligut. Czy wrogom wolnej Polski uda się odwrócić pomyślny dla niej bieg historii?
Tło przytłacza fabułę, ale to nie jest zarzut. Najciekawsze w książce są właśnie wyobrażone dyskusje pisarzy i filozofów. To oczywiste nawiązanie do "Wizji lokalnej" Lema, w której Ijon Tichy dla rozrywki zabiera do swojej rakiety symulatory Russella, Feyerabenda i Poppera - ulubionych filozofów samego Lema - by dyskutując, umilały mu międzygwiezdną podróż.
Mniej oczywiste jest nawiązanie do młodości samego Parowskiego, dla którego zaciekłe dyskusje z intelektualistami, przerywane głosami z sali i przebiegające między sprawami zasadniczymi a trywialnymi, należą do najprzyjemniejszych wspomnień z PRL i dyskusyjnego klubu filmowego Kwant.
Gdy zacząłem czytać opis warszawskiego kongresu, toczącego się w auli Politechniki, najpierw się żachnąłem. Przecież kapitalizm to ustrój, w którym do dyskusji na ważne tematy zaprasza się Dodę, Palikota, Semkę i Migalskiego, a nie Ionesco, Słonimskiego i Erenburga. Ogarnęły mnie też wątpliwości, czy tryskający z tej powieści optymizm jest realistyczny. Przecież niewykluczone, że gdyby rzeczywiście przedwojenna sanacja uległa tak potężnemu wzmocnieniu, zlikwidowałaby resztki demokracji i mielibyśmy więzienia pełne endeków i socjalistów, nie mówiąc już o komunistach.
Uświadomiłem sobie jednak, że sam robię błąd, który krytykowałem, pisząc o polskiej fantastyce historycznej: zwracałem uwagę na obsesję polskiej klątwy, zgodnie z którą wszystko tu się musi skończyć rzezią, klęską i zamordyzmem.
Wprawdzie pojawiła się już rozrywkowa fantastyka, w której "nasi" spuszczają łupnia Niemcom - jak dwie powieści "1939.com.pl" i "1944.waw.pl" Marcina Ciszewskiego, w których doborowy oddział współczesnej polskiej armii trafia w czasy II wojny światowej zamiast do Afganistanu. Ale okazuje się, że to nic nie zmienia, bo cóż poradzą hummery i rosomaki przeciw fatalnej geopolityce.
Tymczasem Parowski, który za alternatywną historię Polski wziął się albo jako pierwszy, albo jako ostatni (zależnie od tego, czy bierzemy pod uwagę rozpoczęcie pisania, czy wydanie powieści), zerwał z tą klątwą. W jego powieści polska historia nareszcie odnajduje ostateczny i nieodwołalny happy end. Ceną jest całkowity brak rozliczeń. Igo Sym, aktor, który w prawdziwej historii był konfidentem gestapo, nadal jest gwiazdorem kina. Władysław Studnicki, niedoszły polski Quisling, jest publicystą biorącym udział w kongresie. Gomułka to teraz przyjaciel Władysława Broniewskiego, a ten otwiera mu drzwi do salonów. Ewidentni szpiedzy Stalina i kolaboranci Hitlera unikają kary. Cieszą się polskim dobrobytem tak jak reszta. W scenie, którą Parowski celowo skomponował tak, by się kojarzyła z Okrągłym Stołem, mamy pogodzenie uwięzionego komunisty z jego strażnikiem więziennym, jako wstęp do narodowego pojednania.
"Burza" okazuje się więc pierwszą w polskiej fantastyce pochwalną alegorią III Rzeczypospolitej. To dziwne, bo jako publicysta Parowski dał się poznać jako przeciwnik filozofii, którą - mimo woli? - chwali w powieści. Może po prostu pisarz wygrał w nim z ideologiem i dał się ponieść logice swojego pomysłu?
Bo skoro to ma być wielki happy end, to gdzie w nim miejsce na szubienice dla zdrajców? Czy do Warszawy, w której Bierut zawiśnie razem z kolaborantem Igo Symem, przyjechaliby Camus, Koestler i Orwell? Trudno to sobie wyobrazić.
Autor tymczasem chce, aby wyzwolona Polska dla każdego z jego ulubionych intelektualistów okazała się miejscem, w którym także i jego los odmieni się na lepsze. Camus nabierze w Warszawie wstrętu do szybkiej jazdy
samochodem i nawyku zapinania pasów. A więc - domyślamy się - nie zginie w wypadku, który w rzeczywistości zdarzył się 20 lat później.
Orwell zainteresuje się ofertą otwockiego sanatorium, zacznie leczyć swoje płuca odpowiednio wcześnie - nie umrze więc za dziesięć lat na gruźlicę. Nawet dla Erenburga Parowski znalazł happy end: oddychająca wolnością Warszawa jest miejscem, w którym ostatecznie zerwie on z komunizmem.
Skarżyłem się dotąd, że polska fantastyka nie potrafi opisać cudu - pokojowego odejścia od komunizmu, po którym nastąpiły dwie najlepsze od stuleci dekady w dziejach Polski. Zamiast tego polscy autorzy ciągle nie potrafią wyrwać się ze stereotypu martyrologiczno-powstańczego. Udało się to dopiero Parowskiemu. Może właśnie dzięki temu, że jego powieść dojrzewała w cieple tych dwóch dekad?