http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Islamskie rekolekcje w Berlinie

Tadeusz Sobolewski, Berlin
2010-02-20, ostatnia aktualizacja 2010-02-19 17:31

W ostatnich dniach festiwalu filmowego w Berlinie ujawnił się w konkursie ciekawy wątek - islam, ale traktowany po nowemu, od wewnątrz, jako problem europejski i nie tylko problem

ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
W sobotę - zakończenie festiwalu. Wszelkie spekulacje, kto dostanie Złotego Niedźwiedzia, wydają się zawodne. Tradycją Berlinale jest nagradzanie reżyserskich odkryć, młodego, arthouse'owego kina o zacięciu społecznym. Takich filmów było sporo w konkursie. Myślę tu o rumuńskim debiucie Florina Serbana "Kiedy chcę gwizdać, gwiżdżę", o austriackim "Rabusiu" Benjamina Heisenberga, o duńskim "Submarino" Thomasa Vinterberga. Polański może liczyć na nagrodę, ale chyba nie główną - dostał w swojej karierze już wszystko.

Przewodniczący jury Werner Herzog - autor "Aguirry, gniewu bożego" - to artysta nieprzewidywalny. Jest tu jednak film, który teoretycznie mógłby go zadowolić, który w dodatku zwycięża w rankingu krytyki i - last but not least - podoba się mnie: rosyjski "Jak spędziłem lato" Aleksieja Popogrebskiego, film wyczyn, zrealizowany z dwoma aktorami na dalekiej Północy, trzymające w napięciu kino z wizją; nic z publicystyki, nic z telewizyjnej oczywistości.

Oglądając bogaty tegoroczny konkurs - zakończony właśnie projekcją amerykańskiego "Killer inside me" Michaela Winterbottoma - filmem o czystym złu, nieświadomym siebie złu, nasuwającym porównania z kinem Kubricka - nieraz miałem poczucie, że jestem na seminarium socjologicznym. A czasem - jak na rekolekcjach.

W ostatnich dniach festiwalu ujawnił się w konkursie ciekawy wątek - islam, ale traktowany po nowemu, od wewnątrz, jako problem europejski i nie tylko problem. Islam skonfliktowany wewnętrznie, ale z drugiej strony będący dla Zachodu wyzwaniem, a może nawet szansą?

30-letni reżyser Burhad Qurbani ("Wyznanie wiary") urodził się w Niemczech, jego rodzice są emigrantami z Afganistanu. W debiutanckim filmie "Szahada" ("Wyznanie wiary") opowiada kilka historii młodych berlińskich muzułmanów, splecionych ze sobą jak w popularnym serialu. Bohaterowie tego filmu - interesującego obyczajowo, choć dość schematycznego - muszą przeformułować swoją "szahadę", która rozeszła się z ich życiem. Maryam przerwała ciążę, Samir przeżył homoseksualną przygodę. Czy odejdą od islamu, czy przeciwnie, staną się tym gorliwiej ortodoksyjni? Religia ma dostosować się do życia czy życie do religii? Czy pomoże im liberalny imam, który tłumaczy skruszonemu Samirowi, że w Koranie każda miłość jest święta?

Dla ludzi w stanie kryzysu wyjściem może stać się ortodoksja. Proces takiego nawrócenia ukazuje Jasmila Zbanić, reżyserka z Sarajewa (Złoty Niedźwiedź za "Grbavicę", 2006) w filmie "W drodze". Dla mężczyzny z urazem wojennym, z poczuciem niespełnienia i z problemem alkoholowym, ratunkiem okaże się fundamentalistyczny, salafijski ruch odnowy, do którego wciągnie go dawny kolega z czasów wojny. Dla jego żony, stewardesy, niepojęta staje się przemiana męża, który po powrocie z obozu formacyjnego rozkłada w sypialni dywanik modlitewny, przestaje podawać rękę kobietom, a w końcu odmawia współżycia, dopóki nie wezmą ślubu w meczecie. Religia miała wzmocnić ich wspólnotę, ale w rezultacie rozbija ją. Miała prowadzić do oczyszczenia, a każe widzieć wokół siebie grzech i dzieło szatana. "Wróć do mnie" - mówi mąż. "To ty do mnie wróć" - odpowiada mu żona.

Film będący międzynarodową koprodukcją Jasmila Zbanić skonstruowała z hollywoodzką przejrzystością, tak żeby był zrozumiały dla każdego. Ale jest sprzeczność między gładką formą tego filmu a obecnym w nim niepokojem. W historii tej kochającej się pary, która bezskutecznie stara się o dziecko, a kiedy wreszcie cudem zostaje ono poczęte, nie wiadomo, czy będzie zatrzymane, Zbanić dotknęła dylematu, na który sama nie znajduje odpowiedzi. To problem rozdzierający Bośnię, ale dotyczący całej Europy, pod naporem islamu próbującej na nowo określić swoją tożsamość. W filmie kryje się kapitalne pytanie: jak pogodzić duchowość z wolnością? Czy religia ma służyć człowiekowi, czy człowiek religii? Co to znaczy: być dzisiaj Bośniakiem?

"Moi dziadkowie byli bardzo pobożnymi Muzułmanami, modlili się pięć razy dziennie - opowiada Zbanić. - Drudzy dziadkowie byli inni, respektowali tradycję, obchodzili święto Bajramu, ale traktowali to dość swobodnie, jak w filmie >>W drodze<< babcia bohaterki. Moi rodzice byli dziećmi komunizmu, uważali religię za opium dla mas, ale nie przestali obchodzić świąt. Natomiast dla wielu osób z mojego pokolenia, które w latach 90. przeżyły ludobójczą wojnę, religia stała się komfortowym schronieniem. Bośniaccy Muzułmanie uważają się za Europejczyków, ale Unia Europejska nie dąży do przyjęcia Bośni. Powstaje pytanie: do jakiego świata właściwie należymy? Zmienia się bośniacki islam. Dawne sarajewskie meczety były małe i przytulne, pełne ornamentów, człowiek czuł się w nich duży. Nowe, powojenne meczety wyrastające pomiędzy dawnymi socjalistycznymi blokami są zimne, betonowe, uzbrojone w kamery, oddzielone od sąsiedztwa. Człowiek, który wchodzi do takiego meczetu, wydaje się mały, znikomy".

Bohaterka filmu "W drodze" odwiedza męża na obozie salafijskim. Znajoma dziennikarka z TV ostrzega ją: "Uważaj, w co on się pakuje, to terroryści!". A jednak Zbanić nie bez fascynacji ukazuje letni obóz neofitów, z kobietami w czadorach, w ciągu dnia oddzielonymi od swoich mężczyzn, mówiącymi do siebie: "Siostro", "Bracie", powtarzającymi przy każdej okazji formułkę: "Niech Bóg ma cię w swojej opiece". Młoda stewardesa łamie obozowe reguły, ale kiedy wróci do miasta i wstępuje do baru z dyskotekową muzyką i migającym telewizorem, miejsce to wyda się przez chwilę jej - ale też nam - barbarzyńskie i puste. Wcale nie karykaturalnie, zastanawiająco brzmią słowa kobiety w czadorze, która wiozła ją do obozu: "Zachód zniewolił kobietę. Uczynił ją niewolnicą kariery".

Pikanteria tych scen polega na tym, że członków salafijskiego ruchu grają aktorzy spoza Bośni, z dawnej Jugosławii. Świetna Mirjana Karanović, pamiętna z filmów Kusturicy, miała swego czasu nieprzyjemności w Belgradzie z powodu występu w bośniackiej "Grbavicy" - w nowym filmie Jasmili Zbanić zakłada czador. Jugosłowiańscy aktorzy uczyli się od imama gestów, śpiewu, recytowania Koranu po arabsku. Obok nich wystąpili w filmie prawdziwi członkowie grupy odnowy. "Kiedy on recytował przed kamerą Koran - mówili o jednym z aktorów - trudno było uwierzyć, że gra. To trafiało prosto do serca".

Turecki "Miód" Semiha Kaplanoglu oglądam z niemiecką publicznością w wielkiej, zapełnionej sali Friedrichstadtpalast. Film jest krańcowo niekomunikatywny, nie opowiada historii, przypomina dokument złożony z długich, nieruchomych ujęć, pozbawiony dialogu. Żeby go sobie przyswoić, trzeba po prostu patrzeć na wiejskie życie w górach Anatolii oczami siedmiolatka, który jest bohaterem. Jego ojciec, zbierając leśny miód, zginął w wypadku. Chłopiec chodzi jego śladami, nie boi się lasu, zasypia pod drzewem, tak jakby w tym lesie jego ojciec wciąż był. Dziecko nie pojmuje śmierci.

Uderzyło mnie na widowni niemal nabożne skupienie w scenie, gdy kobiety czytają fragment Koranu z imionami Mahometa, Jezusa, Jana, archanioła Gabriela. Pomyślałem - może na wyrost - że ta widownia okrężną drogą dociera do przeżycia religijnego, poprzez turecki film kontempluje harmonię życia.

Po tej porcji islamskich marzeń o harmonijnym życiu duńska "Rodzina" Pernilli Fischer Christensen brzmi jak europejska odpowiedź. Film młodej reżyserki z Zentropy, wytwórni Larsa von Triera, śmiało można nazwać "prorodzinnym". Ciekawe, że obok "Submarino" Vinterberga jet to drugi w konkursie film wywodzący się ze środowiska dawnej Dogmy, przeniknięty silnym duchem protestanckim. Okazuje się, że duch wieje, gdzie chce, także tam, gdzie nikt go się nie spodziewa. Cnoty ewangeliczne dochodzą do głosu tam, gdzie nikt ich nie głosi, w społeczeństwie liberalnym i zeświecczonym, gdzie religia jest właściwie nieobecna. Ale okazuje się, że sama idea rodziny ma źródła religijne - bohaterowie tych filmów dochodzą do tego instynktownie, w chwilach nieszczęścia.

Dwoje młodych artystów dostaje propozycję prowadzenia galerii w Nowym Jorku. Aby zrealizować ten plan, kobieta przerywa ciążę za pomocą pigułki. Po prostu spuszcza po sobie wodę - jest wolna i może ze swoim partnerem jechać do Ameryki. Te plany zostaną pokrzyżowane, gdy wybucha nieuleczalna choroba ojca, wspaniałego pana prowadzącego słynną od pokoleń piekarnię, szczycącego się tytułem "królewskiego dostawcy". Być może, kiedy go zabraknie, piekarnia przestanie istnieć lub przejdzie w inne ręce.

Ale choroba i śmierć ojca sprawiają, że rodzina - nie bez oporów i konfliktów - skupia się w końcu wokół niego. Jak przed wiekami będą wszyscy, z dziećmi, czuwać przy łóżku umierającego, zamykać mu oczy, wkładać czystą koszulę. Ktoś zapali świeczkę, wsunie w dłonie królewskiemu piekarzowi zielony bukiecik. A potem będzie tak, że siądą wszyscy razem do stołu, jak do komunii, a w nocy młodzi będą się kochać, jak może nigdy się nie kochali. I znów czuło się tę kościelną ciszę w berlińskim kinie. "Rodzina" nie jest filmem wybitnym, jednak imponującym. Przychodzi ze świata znajdującego się w innej fazie cywilizacyjnej niż my. Tam wszystkie wolność jednostki została już zapewniona, i na tym gruncie następuje rehabilitacja tradycyjnych wartości. Może nie bez wpływu islamu?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':