Film dotyka podobnego tematu co słynny "Mefisto" Szabó według Klausa Manna. Ukazuje karierę i upadek aktora Ferdinanda Mariana, który w propagandowym filmie Veita Harlana z 1940 roku zagrał demonicznego XVIII-wiecznego bankiera żydowskiego. Dzieło Harlana Goebbels określił jako "pierwszy film prawdziwie narodowosocjalistyczny".
Był to akt manipulacji nowego typu. Goebbels stojący za tym projektem i pełniący faktycznie funkcję producenta potrzebował do roli tytułowej świetnego aktora, który nie grałby w sposób karykaturalny, tylko "ludzki". Dzięki temu finałowe odkrycie zła miało podziałać silniej. Film pokazywał Żyda, dla którego "nie ma nic świętego prócz interesu", Żyda, który wchodzi "między nas". W końcu, zdemaskowany, zostaje umieszczony w wiszącej klatce i powieszony w obecności tłumu czującego moralną satysfakcję. W słynnym zakończeniu, które odtwarza Roehler, w momencie egzekucji Suessa na rynku zalega cisza. Pada śnieg. Zło zostało unicestwione. Premiera filmu we wrześniu 1940 roku przygotowywała grunt pod politykę ostatecznej likwidacji Żydów.
Mówiąc dzisiejszym językiem, "Żyd Suess" miał świetny box office: 20 milionów widzów, nie tylko w Niemczech. Pokazany na festiwalu w Wenecji zdobywał pochlebne recenzje - między innymi młodego Michelangela Antonioniego (jego zdanie cytuje Roehler, choć można go podejrzewać o pewną manipulację).
Jak wydobyć atmosferę entuzjazmu towarzyszącą realizacji hitlerowskiego hitu? Jak pokazać nieświadomość uczestników tych rautów i premier, ówczesnego high life'u, odbiorców hitlerowskiej ideologii? Swojskość nazistów? Urok Goebbelsa, spoufalającego się z artystami? Naturalność i powszechność antysemityzmu? Bezradność aktora, którego Goebbels kusi rolą, i który tłumaczy sobie, że zagra Żyda "sympatycznie", przez co będzie mógł "pomóc Żydom"? To się nie mogło udać. Nie można zrobić filmu bez sumienia, pokazać czystej nieświadomości. Musi być jakiś punkt oparcia. Świetność filmu "Mefisto" Szabó polegała na tym, że nie odbierał on aktorowi świadomości, pokazywał jedynie rozdźwięk między jego sumieniem a postępowaniem.
Marian w filmie Roehlera jest tylko marionetką. Pozostał powierzchowny, dość wulgarny, awanturniczy melodramat o aktorze kobieciarzu, który padł ofiarą swojej roli i fałszu kina. Niesmak budzi jedna z ostatnich scen, w której Ferdinand Marian (grany przez Tobiasa Morettiego) tuż po wojnie jest linczowany przez byłych więźniów obozu koncentracyjnego. Wśród nich jest aktor Deutcher, Żyd, który brał udział w realizacji filmu Harlana, a po przejściu obozowego piekła ma jeszcze siłę zarzucać Marianowi, że w swoim czasie mu nie pomógł.
Roehler z jednej strony ukazuje swego bohatera niemal jako sprawcę Zagłady, z drugiej strony wydobywa jego niewinność. Zacierają się kategorie moralne, pozostaje tylko świadomość wszechobecnego fałszu kina i propagandy.
Źródło: Gazeta Wyborcza