W programie Berlinale prędzej czy później musiało się znaleźć coś takiego. Specjalnością festiwalu są filmy społecznie zaangażowane, choć czasem to zaangażowanie przybiera formę emocjonalnego szantażu prowadzącego do założonej tezy, której służy cała przedstawiona rzeczywistość. Taka właśnie jest "Gąsienica" - film antywojenny japońskiego weterana kontestacji Koji Wakamatsu.
Jego bohaterem jest ludzki kadłubek - młody żołnierz, który wrócił z frontu do rodzinnej wsi bez rąk i nóg, poparzony, niemy. Otacza go aura narodowego bohatera, niemal kult religijny. Na jego cześć odprawiane są uroczyste apele, przysługuje mu tytuł "boga wojny". Żona obwozi go na wózku, ubranego w galowy mundur z medalami.
Jest lato 1945 r.
Japonia wciąż walczy, patriotyczna histeria nie słabnie, najmłodsi i najstarsi są powoływani na front. Wszyscy we wsi zdają się wierzyć w konieczność ofiary dla ojczyzny i cesarza. Wszyscy z wyjątkiem miejscowego wariata wydają się kandydatami na kamikaze. Ale w domu, gdy nikt nie widzi, żona bohatera przeżywa gehennę. Usługuje kalekiemu mężowi, ale z czasem nie może ukryć wstrętu. Na przemian karmi go, przewija, na jego życzenie uprawia z nim seks.
Mąż chce to robić coraz częściej. "To jedno, co ci zostało z życia: jeść i kopulować!" - woła żona. Nazywa go człowiekiem gąsienicą. Nigdy go nie kochała. Bił ją i zmuszał do seksu. Powie mu to teraz w oczy, uderzy go. Jej wstręt udziela się widzowi - jakby w postaci żołnierza kaleki skupiała się cała tradycja japońskiej przemocy, szowinizmu. Kaleka staje się ofiarą, ale zarazem sam jest wcieleniem militaryzmu. Samobójcza śmierć "bożka wojny" - jego utopienie się w bajorze, do którego podczołgał się o własnych siłach - ma być gestem uwolnienia, dla niej i dla niego. Dzieje się to wszystko akurat w momencie zrzucenia bomb na Hiroszimę i Nagasaki. Na ekranie podane są liczby ofiar. Hiroszima sprawia, że śmierć kaleki wydaje się nieważna.
Chcąc wzbudzić nienawiść do wojny - skądinąd bezdyskusyjną, bo któżby się temu sprzeciwił? - reżyser poświęca swojego bohatera, budzi wstręt do tej "ludzkiej gąsienicy", ale tym samym wpada w etyczną pułapkę. To film moralnie ohydny, choć przybierający pozór szlachetnego tragizmu. Na zimno przypatruję się scenom erotycznym z kadłubkiem. Jak zostały zrobione? Zagrał kaleka? Nie, to komputerowy efekt specjalny.
Mam nadzieję, że Wakamatsu nie znajdzie admiratora w jury. Chociaż - wszystko możliwe. W rankingu "Screene'u" film zebrał sporo gwiazdek. Tylko krytyk z brytyjskiego "Sight and Sound" dał mu ocenę: "zły" - niestosowaną dotąd w tym rankingu.
Ten krańcowy rozstrzał ocen dotyczy większości filmów konkursowych - wyjątkiem jest "Autor widmo" Polańskiego oceniany jednolicie dobrze, bez zaskoczeń (w całej Europie ma dobrą prasę). Co do reszty, wszyscy kłócą się ze wszystkimi. Pozostaje: bronić własnego przeżycia.
Snajper z Teheranu Na Berlinale sporo jest kina "zaangażowanego", które jednak nie angażuje. Łatwo do takich filmów przypasować poprawne politycznie, ładnie brzmiące formułki, ale cóż z tego, kiedy nie da się wejść do środka, pozostaje się na powierzchni.
"Myśliwy" Rafiego Pittsa, pół Irańczyka, pół Anglika, to charakterystyczny dla Iranu przykład filmowej alegorii. Początek wygląda całkiem aktualnie, odnosi się do krwawo stłumionych manifestacji opozycyjnych. Z teherańskiego wzgórza snajper celuje z karabinu do samochodu na autostradzie, zabija policjanta. To jego zemsta - stracił żonę w ulicznej manifestacji. Za chwilę sam będzie ściganym. Dwóch policjantów prowadzi go skutego przez las, w ulewnym deszczu. Policjanci kłócą się między sobą, jeden z nich chce zabić snajpera na miejscu, bez sądu, drugi tłumaczy na boku schwytanemu, żeby się nie obawiał. "Jestem człowiekiem, jak ty, tylko w mundurze".
Ten "zwykły człowiek" wchodzi z aresztowanym w komitywę, chce go użyć przeciwko swemu zwierzchnikowi. Ścigany i ścigający zamieniają się rolami, aż do przewrotnego finału, w którym krąg zemsty się zamyka. Wszyscy oni są "zwykłymi ludźmi w mundurach", którzy na siebie polują. Czy aresztowany przed laty sam nie należał do rewolucyjnej gwardii? Czy to nie on znajduje się na otwierającym film zdjęciu, w grupie motocyklistów rozjeżdżających wymalowaną na jezdni amerykańską flagę? Film Rafiego Pittsa można czytać jako ostrzeżenie przed nową rewolucją, przed zemstą, w której każdy polowałby na każdego - ale przestroga ta jest pozbawiona filmowej siły, nieprzetworzona w dramat.
Białe niedźwiedzie Właśnie umiejętność budowania dramatu między dwoma skazanymi na siebie ludźmi jest atutem rosyjskiego filmu "Jak spędziłem lato" Aleksieja Popogrebskiego (reżysera filmu "Koktebel"). Rzecz dzieje się w odizolowanej od świata stacji meteorologicznej na Czukotce, w ciągu niekończącego się dnia polarnego. Napięcie, utrzymywane przez całą, ponaddwugodzinną projekcję, wynika z samej
gry charakterów i zachowań.
Oglądając w Berlinie ten film, oddychałem z ulgą: nareszcie nie muszę go odnosić do żadnych znanych faktów, do polityki. Nic z ilustracji, czyste, filmowe dzianie się. Więc trzeba było wyrzucić dwóch bohaterów aż za koło polarne, żeby dobić się warstwy elementarnej psychologii, nadać znaczenie najdrobniejszym gestom, jak w niemym kinie?
Widz również zostaje na czas seansu przeniesiony w odmienne warunki - w inny czas, nieprzedzielony nocami, w pejzaż jak z innej planety, niekorespondujący z niczym znanym, żyjący swoim życiem. Wierzy się, że dwaj aktorzy - starszy polarnik i jego młody asystent, chłopak z kolczykiem w uchu, z nieodłącznymi słuchawkami - naprawdę musieli żyć w tych warunkach.
Efekt psychologiczny, jaki osiągnął reżyser, można porównać do chodu księżycowego w zwolnionym tempie. W polarnej samotności ludzkie reakcje nabierają innej dynamiki. Trudne stają się najprostsze gesty i słowa, zwykłe wyciągnięcie ręki. Kiedy się popełniło błąd, trudno go skorygować, wycofać. Nic nie zostaje zatarte, brnie się dalej. Drobne gesty urastają do nieprawdopodobnych rozmiarów, natomiast wiadomości, przychodzące przez
radio ze świata, nawet te tragiczne - jak w filmie - nie spotykają się z adekwatną reakcją.
Zalążkiem dramatu staje się lęk chłopaka, który nie jest w stanie przekazać przełożonemu treści radiogramu dotyczącego go osobiście. Kłamstwo wynikające ze słabości będzie miało niesamowite konsekwencje. Lęk młodego kumuluje się. Spotkanie z białym niedźwiedziem nie wyda mu się tak groźne, jak spotkanie z drugim człowiekiem, który mógłby być jego ojcem.
Dzieli ich księżycowy dystans, który w jednym momencie przekształca się w bliskość, o którą tak trudno w zwykłym świecie.