http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Teatr Telewizji i jego artyści, Bieniewski, Henryk

Jacek Szczerba
2010-02-16, ostatnia aktualizacja 2010-02-15 18:51

Polski Teatr Telewizji to ewenement na skalę światową, może tylko Brytyjczycy robili w tej materii coś równie dobrego. Dlatego ta książka zasługuje na uwagę

Teatr Telewizji i jego artyści

Henryk Bieniewski

PIW, Warszawa



Od listopada 1953 r. w Teatrze Telewizji przygotowano ponad cztery tysiące widowisk. Jest on skądinąd osobnym gatunkiem - ani teatrem, ani filmem - o czym łatwo się przekonać porównując jego dokonania np. z teatrem w telewizji francuskiej, gdzie po prostu emitowane są rejestracje występów scenicznych.

Ale Teatr Telewizji to także zjawisko nieopisane - brak jego kompetentnej monografii. Stare spektakle rzadko goszczą na antenie (teraz głównie w TVP Kultura), co po części tłumaczy to, że zostały zarejestrowane w sposób prymitywny technicznie (w tzw. telerekordingu polegającym na nagrywaniu obrazu z ekranu telewizora). Jak pisze Henryk Bieniewski: "Nie ma niestety możliwości upowszechnienia taśm, które są ukryte głęboko w telewizyjnych archiwach i strzeżone przez prawa autorskie, ale można spróbować szczegółowo opisać te spektakle, przypomnieć znakomite aktorskie kreacje".

Gdy Teatr Telewizji obchodził 50-lecie, z jego dorobku wybrano tzw. Złotą Setkę, część z tych spektakli została potem wydana na DVD. Bieniewski, który szefował Teatrowi Telewizji w latach 1968-75, opisał w książce tylko, a może aż, 30 przedstawień. Pogrupował je według kryteriów tematyczno-formalnych. Jest tu zatem rozdział o serialach Teatru Telewizji (np. o przedfilmowej wersji "Stawki większej niż życie", o której, o dziwo, na 13 stronach Bieniewski nie ma prawie nic ciekawego do powiedzenia), są rozdziały o spektaklach o przeszłości i o współczesności, o tych traktujących o Rosji, o tych będących adaptacjami Szekspira, i o przedstawieniach politycznych. W każdym z dziesięciu rozdziałów, nim przejdzie do konkretnych tytułów, Bieniewski daje krótki rys historyczny.

Za co tę książkę trzeba cenić? Za to, że oddaje hołd "ojcom założycielom" Teatru Telewizji, np. Adamowi Hanuszkiewiczowi przy okazji omawiania jego "Apolla z Bellac" (1958) według Jeana Giraudoux, z samym Hanuszkiewiczem i Kaliną Jędrusik w rolach głównych. Co ważne, Bieniewski opisuje nie tylko treść tej sztuki, ale też sposób jej telewizyjnego ujęcia (jako dekoracji użyto wielkich wiszących fotogramów stanowiących tło, np. panoramę Paryża z wieżą Eiffla).

Po drugie, Bieniewski starannie przedstawia spektakle będące kamieniami milowymi Teatru Telewizji, choćby "Pana Tadeusza" (1970) Hanuszkiewicza. W tym przypadku jest m.in. mowa o użyciu trzech narratorów (Hanuszkiewicz, Mieczysław Voit i Henryk Machalica) występujących także w scenach dialogowych, oraz o tym jak pozorowano w studiu telewizyjnym ruch, np. jazdę końską. Po latach Hanuszkiewicz powiedział zresztą przewrotnie: "Odszedłem z Teatru Telewizji, bo nauczyłem się go robić, a w sztuce nie wolno robić tego, co się umie".

Trzecią zasługą Bieniewskiego jest przypomnienie widowisk ważnych, acz nieco zapomnianych - np. "Dziewcząt z Nowolipek" (1970) Stanisława Wohla według Poli Gojawiczyńskiej czy "Braci Karamazow" (1969) Jerzego Krasowskiego ze Stanisławem Zaczykiem, Ignacym Gogolewskim i Andrzejem Nardellim w rolach tytułowych. Ten ostatni spektakl chętnie bym zobaczył, bo nie dam głowy, czy go kiedykolwiek widziałem.

Po czwarte, Bieniewski umie zadawać niegłupie pytania. Przywołując „Niemców” (1969) Kazimierza Dejmka, powiada: „Dlaczego zapomniano zupełnie o twórczości Kruczkowskiego, o jego »Niemcach « czy »Śmierci gubernatora «?”. Po czym zastanawia się, czy zapomniano dlatego, że Leon Kruczkowski był zajadłym komunistą, czy może te sztuki są po prostu kiepskie.

Po piąte, Bieniewski potrafi zgrabnie coś skrytykować, np. "Hamleta" (2004) Łukasza Barczyka, ale na krytykę "Makbeta" (1969) Andrzeja Wajdy już się nie zdobył, choć tytułowej roli Tadeusza Łomnickiego fachowcy raczej nie uznają za wielką. Równie ładnie Bieniewski chwali, choćby urodę Merkucja zagranego przez Wojciecha Pszoniaka w "Romeo i Julii" (1974) Jerzego Gruzy.

Kolejną zaletą książki Bieniewskiego jest odkurzenie różnych osób, które dawno przestały być "modne": a to reżyserki i aktorki Lidii Zamkow, przy okazji "Matki Courage i jej dzieci" (1974) według Brechta, a to Aleksandra Gąssowskiego, zaradnego dyrektora teatru w Grudziądzu, postaci barwnej jak z dawnej bohemy, który w "Lekcji" (1970) Jerzego Kreczmara według Ionesco zagrał służącą, czy wreszcie prof. Stefana Treugutta wygłaszającego urocze wstępy przed spektaklami Teatru Telewizji.

Cenne są tu również, tyle że za rzadko stosowane, wtręty osobiste. Bieniewski przywołuje np. swoje spotkania z Jerzym Antczakiem, gdy ten, emocjonalnie nabuzowany, szykował się do "Epilogu norymberskiego" (1969), w którym, co wciąż stanowi artystyczny ewenement, wystąpił Karol Małcużyński, sprawozdawca z autentycznego procesu w Norymberdze.

Niestety, książka Bieniewskiego ma też kilka wad. Oprócz charakterystyk przedstawień kreśli sylwetki ich aktorskich gwiazd. Zwykle robi to w stylu nudnych gazetowych nekrologów, a więc wyliczanka ról z całego życia okraszona dużą liczbą przymiotników - że świetny, że cudowny - z czego niewiele wynika. Jest to tym bardziej denerwujące, że od czasu do czasu Bieniewski pokazuje, że potrafi takie rzeczy pisać lepiej, choćby wspominając Joannę Jedlewską, która zmarła na raka wkrótce po zagraniu Telimeny w "Panu Tadeuszu" Hanuszkiewicza.

Nie wiem, może to nawyk wyniesiony z urzędniczej praktyki, ale Bieniewski miewa też napady tzw. mowy trawy. Zalewa wtedy czytelnika strumieniem zdań arcybanalnych. Przy okazji relacjonowania "Stalina" (1992) Kazimierza Kutza, według Gastona Salvatore'a, z Łomnickim i Jerzym Trelą, pisze np.: "Tyrania to walka z całym społeczeństwem, które może ją wytrzymać długo, lecz przychodzi wreszcie moment krytyczny, gdy najpierw z ust pojedynczego człowieka wyrywa się okrzyk buntu, który następnie zostaje podchwycony przez tłumy, te zaś głodne zemsty obalają pomniki...".

To prawda, że książki wydaje się dziś coraz ładniej, ale też chyba coraz mniej płaci się redaktorom, jeśli w ogóle się ich zatrudnia. U Bieniewskiego są partie, które winny być usunięte jednym naciśnięciem przycisku "delete".

Nie wspomnę już o niewyłapanych przez redaktorów błędach, jak choćby ten: serialu "Przygody pana Michała" nie nakręcił Jerzy Hoffman tylko Paweł Komorowski.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':