Najcenniejsze doznanie festiwalowe polega na tym, że tłoczymy się w kolejkach dla czystego kina, na filmy bez gwiazd zrobione przez reżyserów, których nazwiska nie wiążą się z żadnym skandalem, a czasem nic nam nie mówią. Najważniejsze odkrycia pierwszych dni festiwalu: film czeski, rumuński, amerykański.
"Wyspa skazańców" Martina Scorsese to przykład kina pozornie pełnego atutów, z pretensjami do wielkości dosłownie i w przenośni. W adaptacji gotyckiego thrillera Dennisa Lehane'a nadekspresyjny Leonardo DiCaprio
gra śledczego, który przybywa do położonego na wyspie szpitala-więzienia dla psychopatycznych przestępców prowadzonego przez demonicznego doktora Cawleya (Ben Kingsley).
Jak w "Gabinecie doktora Caligari" do końca nie będziemy pewni, co jest rzeczywistością, a co jej rewersem, halucynacją psychopaty. Czy demoniczny psychiatra zostaje zdemaskowany? Czy to, co oglądamy, jest transem oszalałego pacjenta? Pacjenci inwazyjnej psychiatrii, traktowani jak zwierzęta, kojarzą się z więźniami obozu koncentracyjnego, z przywołanym w retrospekcji czy wizji napisu "Arbeit macht frei".
W tym przerośniętym psychotycznym spektaklu kumulują się powojenne amerykańskie lęki. Hitleryzm i komunizm, Korea, zimna wojna, eksperymenty psychiatryczne, władza nad ludzkimi umysłami - wszystko to tworzy kłąb nie do rozplątania. Na filmie Scorsesego dodatkowo mści się jego miłość do dawnego kina. Jest tu cały gąszcz stylizacji, cytatów, nawiązań - nie tylko do ekspresjonizmu, także do horrorów i thrillerów amerykańskich lat 50. w rodzaju "Korytarza wstrząsów" Fullera. Pojawiający się ni stąd, ni zowąd, sędziwy, ale wciąż rozpoznawalny Max von Sydow działa jak żywe wspomnienie filmów Bergmana. Jeszcze i to? Za wiele! Nadmiar bodźców, których sens gubi się po drodze, wywołuje efekt paradoksalny jak zbyt duża dawka leku pobudzającego, która nagle zaczyna działać otępiająco.
Czeska lustracja Na otwarcie sekcji Panorama pokazano "Róże Kawasaki" Jana H ebejka wg scenariusza Petra Jarchovskiego - obaj od początku lat 90. tworzą tandem autorski. Realizują filmy osadzone w niedawnej historii, dotyczące losów zwykłych ludzi, komediodramaty o paradoksie życia, o tym, że nikt nie jest bez grzechu, że nic nie jest takie, jak się wydaje, i że nie ma innego wyjścia, jak sobie wybaczyć. W "Różach Kawasaki" punkt wyjścia przypomina polską "Rysę".
Ale film H ebejka jest odwrotnością filmu Rosy. Sytuacja, która tam zastyga w tragicznym stuporze i milczeniu, tu rozwija się w zaskakujących komediowych perypetiach, w potokach czeskiej mowy, której się słucha jak muzyki. Ktoś wyciągnął esbeckie papiery mające skompromitować szanowanego dysydenta profesora psychiatrii, postać idealną, człowieka spełnionego, podziwianego. Okazuje się, że przed laty żył ze swoją przyszłą żoną w miłosnym trójkącie. Kiedy była w ciąży, donosił na swojego rywala, przyczynił się do jego uwięzienia, a w końcu - emigracji. Żona o tym wiedziała. Wybrała jego. Tego trzeciego wymazała z pamięci. Byli wspaniałym małżeństwem. Mąż dokazał w późniejszych latach prawości i odwagi, podpisał Kartę 77, ale teraz w jego biografii liczy się tylko stary grzech. Wyciągnął go zakompleksiony zięć profesora, który żył dotąd w jego cieniu, nienawidząc go za tę nieskazitelność. Widz postawiony w roli śledczego musi nieustannie zmieniać punkty widzenia, uwzględniając także spojrzenie tego trzeciego, emigranta, który przeszedł wewnętrzną przemianę. Wysłuchamy również byłego funkcjonariusza. Podobno przypalał papierosem przesłuchiwanych, dziś twierdzi, że nikomu nie robił krzywdy, nie ma sobie nic do zarzucenia. Jest szanowanym dziadkiem zdmuchującym świeczki na urodzinowym torcie.
H ebejk podpuszcza widza - my też nie lubimy postaci nieskazitelnych, odruchowo podejrzewamy ich o niskie pobudki, skrycie czekamy na ich kompromitację. W tym wypadku nie doczekamy się. Ten przewrotny, ale ciepły film, pełen dygresji, zmiennych punktów widzenia, pokazuje, jak trudny, najeżony paradoksami jest proces wybaczenia. Są wybrańcy losu, którzy, nawet wyznając swoją winę, zawsze będą triumfować i zbierać oklaski. Są tacy, których krzywda i cierpienie w rezultacie podnosi, doprowadza do przemiany duchowej. Są wreszcie tacy, którzy w ogóle nie mają sumienia - ci są najszczęśliwsi.
Zakochany terrorysta Może najwybitniejszym spełnieniem pierwszych dni festiwalu był debiut Florina Serbana "Kiedy chcę gwizdać, gwiżdżę" - objawienie kolejnego talentu rumuńskiego kina. Kameralny film grany przez naturszczyków rozgrywa się w areszcie dla młodocianych przestępców. Uboga sceneria: barak za wsią otoczony kolczastym drutem, stołówka z muzyką, piętrowe łóżka w sypialni, sad, w którym pracują więźniowie. Kamera idzie krok w krok za 19-letnim Silviu. Przyjmujemy całkowicie punkt widzenia wyrzutka, w którym budzi się stłumiona tożsamość. Do wyjścia pozostało mu kilka dni. W tym czasie następuje coś, co zmienia jego nastawienie - Silviu spotyka w areszcie dziewczynę, która przeprowadza z więźniami ankietę. Kwestionariusz jest rutynowy, ale dla chłopaka jego wypełnienie jest jak napisanie listu miłosnego. To otwarcie będzie miało dla niego katastrofalne skutki. Zapragnie wyjść z poniżenia, pokierować życiem swoim i brata. "Teraz ja rządzę". Film jest precyzyjną, wytrzymaną co do minuty, dokonaną niemal bez słów psychologiczną analizą aktu terrorystycznego, który jest zarazem aktem miłosnym. Moment, w którym chłopak - a my wraz z nim - przekonujemy się o bezowocności przemocy, która uniemożliwia spełnienie, ma w sobie wielkość kina braci Dardenne.
Apoteoza Ginsberga "Skowyt" - kombinowany, aktorsko-animowano-dokumentalny, film o młodości Allena Ginsberga wyprodukowany przez Gusa van Santa - zrealizowało dwóch montażystów - Rob Epstein i Jeffrey Friedman. Branżowe pismo "Variety" uznało, że ten film "może liczyć jedynie na wąski target, widownię intelektualną i gejowską". Na festiwalu berlińskim stał się kontrowersyjnym hitem. Jego realizatorzy wystąpili w transmitowanej z baru festiwalowego wieczornej audycji radiowej razem ze słynnym Rosą von Praunheim - reżyserem, który w 1970 rozpoczął w Niemczech walkę o prawa mniejszości seksualnych.
Oglądając ten filmowy esej, przymierzałem go do sytuacji polskiej. W latach 60. Ginsberg był przecież w Warszawie, odwiedził Mirona Białoszewskiego, który w prozie "Bitnik", nie bardzo wiedząc, z kim ma do czynienia, opisał to spotkanie bez słów, oparte na samych nieporozumieniach. W ich biografiach było jednak coś podobnego - moment uznania swojego homoseksualizmu i erupcja twórcza, rodzaj epifanii związanej ze spotkaniem życiowej miłości. Dla Ginsberga było to poznanie Petera Orlovsky'ego.
O podobnym przełomie życiowym można dowiedzieć się z pośmiertnych dzienników Białoszewskiego - amerykański poeta pół wieku temu opowiedział o tym publicznie za życia. W 1957 roku wytoczony wydawcy "Skowytu" proces o obsceniczność stał się triumfem Ginsberga. Odtwarzający go w filmie James Franco mówi tekstami jego wywiadów. "Czego pan właściwie chce?" - miał spytać Ginsberga psychiatra. "Zamieszkać z Peterem i pisać" - odpowiedział dwudziestoparoletni poeta dręczony poczuciem winy wobec chorej psychicznie matki i lękiem przed ojcem. "To dlaczego pan tego nie robi?" - zadał mu proste pytanie lekarz.
Film Epsteina i Friedmana naśladuje rytm poematu. Paradokument raz po raz przechodzi w ekstatyczną, naiwną animację w duchu lat 50. Maszyna do pisania, na której Ginsberg wystukuje swój poemat, wybucha płomieniem, wylatują z niej świetliste postacie. Tu nie chodzi o "promocję homoseksualizmu", ale o przywołanie pokolenia bitników, które odmówiło wzięcia udziału w cywilizacyjnym marszu - tak samo jak Białoszewski w Polsce Ludowej. Za cel uznali dochodzenie prawdy o sobie, pojednanie z życiem, indywidualizm, który łączy człowieka ze światem, uświęca wszelkie przejawy życia, przeciwstawia się cywilizacyjnemu molochowi. Co z tamtych dążeń dziś dla nas pozostaje aktualne? - pytają autorzy filmowej apoteozy Ginsberga.