Jubileuszowe Berlinale to nie tylko Polański - "mały Polak", jak nazywają go pieszczotliwie europejscy dziennikarze. Werner Herzog, przewodniczący jury, mówi, że festiwale są oparciem dla kina, które nie zwycięża od razu w box office'ach, ale potrafi żyć długo w obiegu arthouse'owym czy na DVD. Na dwa takie małe, konkursowe filmy liczę w Berlinie szczególnie. Pierwszy to amerykański "Skowyt" Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana - film o młodości poety Allena Ginsberga, połączenie fabuły, dokumentu i animacji. Drugi to "Na drodze" Jasmili Zbanić, dotykający kwestii delikatnej i w kinie postjugosłowiańskim nowej - islamizmu wdzierającego się w psychikę młodych Bośniaków.
Dobrą wróżbą dla rozpoczynającego się festiwalu był zaprezentowany na otwarcie film "Razem i osobno" Wang Quan'ana. Sam temat - relacja
Chiny -
Tajwan - w filmie pochodzącym z Chin Ludowych groził polityczną demagogią, nawoływaniem do zjednoczenia. Historia dwojga kochanków rozdzielonych w 1949 roku po zwycięstwie komunistycznej armii Mao i spotykających się po raz pierwszy po z górą pół wieku w Szanghaju - odmienionej nie do poznania metropolii - mogła stać się propagandowym melodramatem. Ale obawy się nie potwierdziły.
Wang Quan'an - laureat Złotego Niedźwiedzia w 2007 za "Małżeństwo Tui" - stworzył film wybitny. Bardzo ludzki, pozwalający bez cienia politycznej i ideologicznej demagogii wejść w mentalność zwykłego Chińczyka i poczuć spoczywający na nim ciężar zarówno dawnych, jak i nowych czasów. Już od pierwszej sceny czytania listu z Tajwanu przy zastawionym miseczkami stole w ubogiej szanghajskiej komunałce zostajemy wciągnięci w dramat rodzinny. Rozwija się on na naszych oczach, jakby sam, bez melodramatycznego szantażu, podobnie, jak to się dzieje w filmach Mike'a Leigh "Sekretach i kłamstwach" czy "Wszystko albo nic". Obu reżyserom - Wang Quan'anowi i Leigh - patronuje inny wielki klasyk rodzinnego, intymnego kina: Yasujiro Ozu, reżyser słynnej "Tokijskiej opowieści", do której Quan'an wyraźnie nawiązuje.
Z wycieczką tajwańskich weteranów przyjeżdża do Szanghaju dawny ukochany, z którym bohaterka filmu jako młoda dziewczyna miała dziecko. On jest samotnym wdowcem. Ona ma męża, nowe dzieci, wnuki. Cała trójka - kobieta i jej dwaj mężczyźni - są już po siedemdziesiątce. Podejmują beznadziejna próbę nadrobienia życia, odwrócenia czasu. Jak się okazuje, nie tak beznadziejną. Tajwańczyk, witany uroczyście przez sąsiedzką wspólnotę, wyjawia swój cel - przyjechał zabrać ukochaną. Ona nie protestuje. On gotów jest zapłacić chińskiemu mężowi, który też z dziwną łatwością się na to zgadza. Odbywa się narada rodzinna. Ujawnia się coś paradoksalnego: trójka weteranów, i "konkurentów", jest sobie bliska, natomiast między dziećmi i rodzicami ujawnia się przepaść. Po wielu perypetiach sprawy zostaną po staremu. Ale puenta - wspaniała scena pożegnalnej kolacji trojga starych ludzi śpiewających dawne piosenki - prowadzi do paradoksalnego i pesymistycznego wniosku. To, co nadchodzi, przyspieszona modernizacja Chin, której znakiem są majaczące we mgle wieżowce monstra, niesie silniejsze spustoszenie - wykorzenienie, zerwanie więzi rodzinnych - niż tamta rewolucja.