Wczoraj o godz. 21 rozpoczęło się święto polskich fanów Depeche Mode. Na scenie łódzkiej Atlas Areny pojawili się Martin Gore, Dave Gahan i Andrew Fletcher, by dać pierwszy z dwóch koncertów w najnowocześniejszej hali w kraju. To drugie podejście angielskiego tria do występu w Polsce podczas trasy promującej ostatni album "Sounds of the Universe". Majowy koncert w Warszawie odwołano wraz z częścią tournée po tym, jak u Gahana wykryto guz pęcherza.
Trio przyleciało do Łodzi z Kijowa, gdzie dało koncert 8 lutego. Samolot ekskluzywnych linii Blue Lines wylądował na lotnisku im. Reymonta o godz. 15.40 - z godzinnym opóźnieniem. Mimo że organizator i władze lotniska nie udzielały żadnych informacji, zespół witała grupka najzagorzalszych fanów. Muzycy wsiedli do limuzyn i niedługo później zniknęli w pofabrycznych przestrzeniach hotelu andel's w dawnym imperium Izraela Poznańskiego.
Wielbiciele Depeche Mode zjeżdżali do Łodzi już od wtorku. Większość z 14 tys. miłośników zespołu dotarła pod Atlas Arenę niedługo przed rozpoczęciem koncertu. O godz. 16, na dwie godziny przed otwarciem bram, pod halą kłębiło się tylko nieco ponad 200 odzianych na czarno fanów. Odpędzali mróz piwem i wiwatami na cześć zespołu. W kolejce odnaleźliśmy prawdziwego twardziela. - Stoję od dziewiątej, wtedy było nas tu czterech - mówi Krzysiek Babiec z Tarnobrzega. - Pierwszy raz jestem na Depeche Mode, chciałem być jak najbliżej sceny. To mój ulubiony zespół. Mam 19 lat. Na wcześniejsze koncerty mama mnie nie puszczała. W czwartek też stanę rano!
Źródło: Gazeta Wyborcza