"Piąta strona świata", Kazimierz Kutz, Znak, Kraków Kazimierz Kutz w swoją pierwszą, pisaną od lat powieść wtopił wiele niezrealizowanych filmów. Czytając "Piątą stronę świata", wyławiam je z zalewu biograficznych szczegółów, nadmiaru słów, porwanych wątków, rozpuchniętych dygresji, historiozoficznych wtrętów, całej tej śląskiej martyrologii, którą autor już dawno zdążył nam wszystkim wbić do głowy.
Pewne obrazy tej książki, zarazem namacalne i surrealne, okrutne i czułe, mają coś, co uderzało w filmach Kutza od początku, od genialnego "Nikt nie woła". Jak nazwać ten niezwykły stop? Jest w nim biologizm i sakralność. Niewinność i poczucie grzechu. Pierwotność, pogańskość.
Rozpoznaję trop znany z polskiej literatury - ale wcale nie ze szlacheckiej czy ludowej gawędy, na którą powołuje się autor. W tej książce nie ma nic z Chryzostoma Paska. Jest za to wiele z polskiego modernizmu. W "Piątej stronie świata" buzuje w najlepsze brutalny witalizm początku XX wieku, zalatujący miejską poezją młodego Tuwima.
Kiedy Kutz opisuje wyrojenie się na szopienickie ulice proletariackich matek z wózkami, "gotowych przyjąć nowego karpia", albo kiedy porównuje hałdę, zawsze ciepłą, do "babskiego brzucha", słychać w tym pogłos tuwimowskiej "Wiosny" sławiącej niepowstrzymany, amoralny prąd życia, "brzuchy na biodrach szerokich", "tłum" i "zbrodniarza". U Kutza też jest "zbrodniarz, który ma rację". To dziadek narratora, Wawrzek, dziewiętnastowieczny terrorysta, który "ziemi się wyrzekł, kopalnię znienawidził i zabił dwóch ludzi", policjanta i oszusta, za co potem kłaniano mu się z szacunkiem.
Może tamte skamandryckie wiersze - na przemian z Żeromskim - młody Kutz czytał za okupacji z kolegami z "budki"? Ci koledzy byli pierwowzorami bohaterów tej książki, Lucjana i Alojza wyrywających się w świat z "morderczego wydmuchowiska". Na Śląsku "byliśmy zawsze na dole czeluści i starali się o własnych siłach przebić ku górze".
Śląskość łączy się tu zawsze z poczuciem winy i krzywdy. Jest kompleksem przez całe życie przezwyciężanym. Bezskutecznie.
To wszystko dzieje się gdzieś na dzisiejszych krańcach Katowic, między Szopienicami, Bogucicami, Mysłowicami - w mateczniku Kutza, jego "hrabstwie Yoknapatawha". W swoich filmach i w wieloletnim gadaniu o Śląsku Kutz stworzył mit tego "brzydkiego miejsca", kraju, który nie był ani Niemcami, ani Polską, tylko "niemiecką kolonią", "podpałką w paleniskach wyzysku i rezerwuarem armatniego tuczu". Brzydota, przerobiona w literaturę, wręcz cuchnie, a mimo to potrafi być piękna. Kraj Kutza zamieszkują postacie dziwaczne, tragiczne, niemieszczące się w przypisanym im bycie. Emigranci, samobójcy, domorośli filozofowie, bełkotliwi badacze sensu istnienia. Może im dać głos tylko ktoś taki jak narrator tej powieści, jej enigmatyczny bohater, któremu Kutz, myląc niekiedy tropy, przydzielił dużą część własnego życiorysu, z wyjątkiem m.in. bycia artystą, filmowcem. To chytry zabieg, bo w ten sposób wszystkie wady powieści mogą iść na konto niewykształconego narratora.
Jest on rówieśnikiem autora, jednym z braci Basistów, który uciekł ze Śląska na Wybrzeże, pracował jako ślusarz w Stoczni Gdańskiej i "po 20 latach kompletnej bezmyślności, mrówczej pracy, nie zakorzeniony, nie ożeniony, nagle ma wypadek i wraca do domu na Śląsk jako kaleka. Wtedy po raz pierwszy zaczyna myśleć o sobie samym, a w związku z tym i o innych. Ogarnia go wielki strach, zastanawia się nad swoimi kolegami, rodziną i dochodzi do wniosku, że nie dali sobie rady w tak zwanej Polsce. Że między Śląskiem a Polską jest przepaść". Narrator ma świadomość swego śląskiego kompleksu. To pozwala mu przemawiać za innych. oni sami nie mogą. "Bo jak Murzyn może sobie wytłumaczyć, pojakymu jest czarny?".
Czytanie tej powieści przypomina pracę geologa, który z zanieczyszczonej skały musi wymłotkować żyłę pierwotnego, szlachetnego kruszcu. Na przykład taki obraz: pogrzeb małpy człekokształtnej, którą hodował na strychu niejaki Lebl. "Żył w nędzy tak strasznej, że do roboty - jak mu się jaka trafiła - chodził boso, a mimo to małpę hodował na strychu, bo była jego marzeniem (...). Kiedy z pierwszymi mrozami afrykańskie zwierzę pożegnało się ze światem, cała rodzina Leblów - i jego kumple - zrobili małpie pogrzeb. Szli na bosaka po pierwszym śniegu, trzymali zapalone świeczki w dłoniach i polami zmierzali ku Rawie (...) Trzymał na ramionach wielkie papendeklowe pudło wymoszczone sianem i kolorowymi bibułkami. W nim spała snem wiecznym Kundzia, bo tak ją nazwali na cześć babki Lebla, Kunegundy z domu Warzycha, która przyciągnęła w te strony spod Miechowa, niedługo po wojnie francusko-pruskiej... Nad Rawą odbył się iście pogański obrzęd".
Takie niesamowite obrazy wtopione są w tę opowieść, która chce być epiką, ale nią nie jest, bo nie tyle przedstawia i splata ze sobą ludzkie losy, co piętrzy je i streszcza pobieżnie. Ale co jakiś czas narracja zatrzymuje się i dochodzi do głosu ostra obserwacja życia. Wtedy autor jest w swoim żywiole, osiąga wielkość.
Oto babka rozmawiająca w domu na głos ze swoim zmarłym mężem, jak przez telefon - słychać tylko jej odpowiedzi i pytania. "Nieraz długo ze sobą rozmawiali i przywykliśmy do jej monologów jak do gwizdu lokomotyw zza płotu".
Oto wspaniała apostrofa do miłości i wspomnienie tej pierwszej, dziecięcej, gdy dwoje pięciolatków spotykało się regularnie w drewnianej, wyszorowanej do białości wygódce pod szemrzącą topolą. "Nie wstydziliśmy się tych posiedzeń, bo prawdziwa miłość nie wie, co to wstyd". Na tym podwórku z wychodkiem "w uniesieniu zadzierałem głowę i gapiłem się na dwie trumny, które wisiały pod sklepieniem stodoły. Przezorny ojciec Lucjana trzymał je tam dla siebie i żony".
Dojmująca, biologiczno-sakralna scena podglądania przez małego chłopca, w kuchni, przy obieraniu kartofli, niechcący odsłoniętego matczynego łona. Chwila przekroczenia tabu. Grzech połączony ze szczęściem. "Stamtąd wyszedłem i tam chcę powrócić".
Sacrum Kutza jest nierozdzielne z kobiecością i z naturą. Babka "na Anioł Pański odkładała kopaczkę, klękała na świeżo rozkopanej ziemi, unosiła głowę ku niebu i jęła się modlić. My, nie wiedząc kiedy, też padaliśmy na kolana. Po modlitwie stawała w rozkroku i oddawała mocz".
Wojna - oglądana z innej niż w Polsce perspektywy. Oto dwa mijające się transporty, niewidzące się wzajemnie - Żydzi wiezieni do pobliskiego Auschwitz i pociągi z niemieckim wojskiem jadące na wschód, pod Stalingrad. Tymi żołnierzami byli Ślązacy wcieleni do Wehrmachtu, a wśród nich brat narratora (podobnie jak brat samego Kutza). Pociągi odprawiał ich ojciec, kolejarz.
Tragiczna scena, uchwycona jakby w jednym, błyskawicznym ujęciu: kobieta ucieka z transportu, podaje przez płot śląskiemu chłopakowi swoje dziecko, zanim sama zostaje zastrzelona. To podwórko - opowiada narrator - "stało się cmentarzem nas wszystkich: żywych, umarłych i tamtej smagłej dziewczynki wydartej z moich dłoni...". Cmentarzem "tych, co nie wrócili z wojny, i tych, co uciekli w śląskie diaspory". Tu następuje niebywałe w polskiej literaturze wyznanie: "Szkoda mi nawet człowieka w szarozielonym mundurze, który zbryzgał nasze podwórko krwią bezbronnego dziecka w drodze do Oświęcimia". Po wojnie - dodaje Kutz - w obozie oświęcimskim więziono Ślązaków podejrzanych o proniemieckość.
Ostatni świetny "film" Kutza, wpisany w tę książkę, to opis powojennych swatów i wesela Lucjana z Adelą. Szczęśliwe połączenie dwóch rodów z tragiczną puentą. Kiedyś okaże się, że narzeczona była córką niemieckiego szpicla.
Jaki jest cel kolejnego, tym razem literackiego powrotu Kutza na Śląsk? Narrator jego powieści, wchodząc coraz głębiej w porzucony świat swojej młodości, dąży do duchowego wyzwolenia. Pragnie skorzystać z mądrości przyjaciela Alojza, który się zabił. Próbuje, jak on, "wygrzebać się z kokonu parafialnej potoczności", uzyskać dystans, "kochać coraz mniej świat, na którym żyje", za to "patrzeć coraz dalej, czuć coraz subtelniej, uczyć się przyjaźni do ludzi, zwyczajnej sprawy, jak człowiekiem być". Ten odnaleziony wiersz przyjaciela wydaje się sednem tej książki.
Na ile jednak jego głębokie przesłanie zostało przeprowadzone w powieści, a na ile pozostało programową deklaracją? Prawdziwy sens książki Kazimierza Kutza, rymujący się z jego dokonaniami filmowymi, można określić po gombrowiczowsku: wydobyć człowieka ze Ślązaka; przezwyciężyć kompleks. Bo przecież nie wszystkim naszym nieszczęściom winne jest środowisko i sytuacja kraju.
To zadanie nie powiodło się w pełni. Kutz jakby się zląkł swojej metafizyki, zagłuszył ją społecznym lamentem. Na książce zaciążył dyskurs publicystyczno-historyczny, konieczność nieustannego wypominania śląskich krzywd. Chwilami wydaje się wręcz, że narrator nie tyle wyzwala się z kompleksu, co na nowo w niego wpada, dołączając potężny kompleks śląski do galerii narodowych kompleksów - a który polski region jest od nich wolny? Ten nie zamierzony efekt książki, bierze się stąd, że była pisana tak długo, w różnych epokach życia autora i kraju.
Nie udało się rozwiązać problemu narratora powieści. Kim jest? Prawie nie zaistniał jako osobna postać. Ma cechy samego Kutza, ale w jego opowieści brakuje mi tego, co było solą jego filmów, nie tylko śląskich, także tych wczesnych, nie mniej wspaniałych: spojrzenia z góry, jasnego tonu, poczucia zwycięstwa, pojednania z życiem. Tego, co sam nazywa "rajcem do życia, pogańską paskudą" i co - jak wierzy - nigdy go nie opuści.