http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Splagiatuj to jeszcze raz, Sam

Robert Sankowski
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-07 17:38

Pracownicy Auchan śpiewający "We Are The World" z polskimi słowami czy zespół Man At Work oskarżony o bezprawne wykorzystanie fragmentu australijskiej piosenki w wielkim przeboju z lat 80. "Down Under" to dwa gorące newsy, które przypominają, jak bardzo różnych i czasem absurdalnych przypadków potrafi dotyczyć to samo prawo autorskie

Korporacyjna przeróbka hymnu akcji Live Aid "We Are The World" to od paru dni prawdziwy hit internetu. Na krążącym w sieci klipie grupka pracowników z zaangażowaniem śpiewa hymn z okazji kolejnej rocznicy obecności znanej sieci hipermarketów na naszym rynku. Tam gdzie w nagranym jako charytatywna piosenka, z której dochód poszedł na głodujące w Afryce dzieci, amerykańskie gwiazdy śpiewają: "We are the world / We are the children / We are the ones who make a brighter day / So let's start giving / There's a choice we're making / We're saving our own lives / It's true we'll make a better day / Just you and me", teraz możemy usłyszeć "Już 10 lat / 10 plus jeden / znów będzie działo się, niech każdy z nas da wszystko z siebie / Konkurencja nie ma szans, znów pokonamy ich / Auchan wciąż niezniszczalny jest, najlepszy jest".

Auchan nie okazało się specjalnie zachwycone tym nieoczekiwanym rozgłosem. Firma podjęła nawet próbę wymazania nagrania z sieci, rozsyłając do serwisów i internautów pismo, w którym domagała się usunięcia klipu z ich stron, i straszyła konsekwencjami prawnymi w razie niezastosowania się do tego żądania.

Ta nerwowa reakcja nie dziwi. Podczas gdy nagrana we wrocławskim studiu piosenka robiła furorę w sieci i w mediach, mało kto zwracał uwagę na to, że nagranie może stać się sporym kłopotem prawnym dla samego Auchan. Utwór napisany został przez gigantów amerykańskiej rozrywki - Michaela Jacksona i Lionela Richiego - a wyprodukował go legendarny Quincy Jones. I tu pojawia się problem. Dzisiejsza popkultura co prawda przyzwyczaiła nas do takich przeróbek, stare przeboje z nowymi słowami bombardują nas przecież nieustannie z reklam. Tu jednak wszystko załatwiane jest legalnie - aby taki utwór wykorzystany został do celów komercyjnych, promocyjnych czy marketingowych, zgodzić muszą się jego autorzy. Auchan tłumaczy się, że piosenka nagrana została na wewnętrzne potrzeby firmy - miała ubarwić zamkniętą imprezę dla pracowników. To sensowna obrona. Dopóki bawimy się w takie przeróbki dla siebie, możemy szaleć do woli. Wykonywać je na koncertach czy nawet nagrywać na własny użytek. Gdy jednak zechcemy je publicznie rozpowszechniać lub na nich zarabiać, musimy być przygotowani na kłopoty. W takim wypadku ingerencja w oryginalny utwór, jego muzykę lub tekst musi być uzgodniona z autorami. Jeśli więc nikt wcześniej nie zadzwonił z pytaniem o pozwolenie do Lionela, Quincy'ego i spadkobierców Michaela, ich prawnicy mogą nie zrozumieć, że hasająca po sieci piosenka miała tak naprawdę nigdy nie ujrzeć światła dziennego.

Budka gra, co chce

Takich problemu nie mieli wykonawcy w czasach PRL-u. Polska nie była sygnatariuszem wszystkich międzynarodowych porozumień dotyczących praw autorskich, więc importowanie przebojów i dopisywanie do nich nowego tekstu było czymś zwyczajnym. Anna Jantar śpiewająca polski tekst do "Hasta Manana" ABBY, "Mały elf" Haliny Frąckowiak, który był przecież tematem w filmu "Emmanuelle", Budka Suflera podbijająca listy przebojów "Snem o dolinie", czyli przeróbką piosenki Billa Withersa "Ain't No Sunshine", czy jeszcze inny przebój tej grupy "Noc komety", tak naprawdę cover niemieckiej formacji Eloy "Time To Turn", Oddział Zamknięty wyśpiewujący swój sztandarowy numer "Oddział", czyli "2-4-6-8 - Motorway" grupy Tom Robinson Band - o zgodę na te przeróbki nikt pytać nie musiał. Więcej - póki istniał PRL, jedynie od uczciwości polskich wykonawców zależało, czy nie podpiszą takich piosenek własnym nazwiskiem. Wkurzeni prawnicy autorów oryginału nic im zrobić nie mogli.

Sytuacja zmieniła się po upadku komunizmu. Dziś żaden rozsądny wykonawca nie wyda spolszczonej wersji zagranicznego hitu bez zgody twórców oryginału. To dlatego T.Love grający swego czasu na koncertach utwór Kraftwerk "Model" miał problem z umieszczeniem piosenki na płycie. To dlatego Strachy Na Lachy nie wydały oficjalnie na albumie "Hej, kobieto", czyli hitu Boba Marleya "No Woman No Cry". Dlatego ten sam zespół, aby zamieścić na albumie przeróbkę słynnej pieśni "Hasta Siempre", musiał zrezygnować z oryginalnej melodii. Czasem porozumienie z właścicielem praw do oryginału nie jest możliwe. Gdy artysta mimo to decyduje się na nagranie, łamie prawo. I naraża się na podobne konsekwencje jak te, które grożą za popełnienie plagiatu.

Niebezpieczna gra na flecie

Plagiat to przekleństwo współczesnej muzyki. Wystarczy pogrzebać w YouTube, gdzie domorośli tropiciele wrzucają dziesiątki filmików mających udowadniać podobieństwo jednej piosenki do drugiej. Co jednak wydaje się oczywiste dla fanów, nie zawsze jest jednoznaczne dla sądu. Rzadko kiedy oskarżenie o plagiat bywa przypadkiem tak klarownym jak wpadka George'a Harrisona z jego "My Sweet Lord", który okazał się kopią przeboiku dziewczęcej grupy The Chiffons "He's So Fine". Tu, aby przekonać się o podobieństwie, wystarczy posłuchać obu utworów. Zazwyczaj jednak spory o plagiat są mętne i trudne do weryfikacji. Czasami dają sobie z nimi spokój sami poszkodowani. Tom Petty po prostu wyśmiał sugestie jednej z gazet, jakoby hit Red Hot Chili Peppers "Dani California" był plagiatem jego numeru "Mary Jane Last Dance". Po śmierci Kurta Cobaina grupa Killing Joke odpuściła proces z Nirvaną o to, czy piosenka "Come As You Are" nie zawdzięcza zbyt wiele utworowi "Eighties". Ale już Radiohead musieli przyznać, że drobny fragment ich przeboju "Creep" zaskakująco przypomina dawny hit The Hollies "The Air That I Breathe".

Problemy z definicją plagiatu rozmnożyły się po eksplozji hip-hopu i muzyki tanecznej, w których wiele utworów opartych jest na samplach z cudzych kompozycji. Klasycznym przykładem jest wielki przebój Fugees "Ready Or Not". Ten utwór to jedna wielka "pożyczka" - charakterystyczny motyw stanowiący tło zwrotki to "Boadicea" Enyi, zaś refren - "Ready Or Not, Here I Come" grupy The Delfonics. Aby w takich przypadkach unikać oskarżenia o plagiaty, wykonawcy umieszczają na płycie obok własnych nazwisk także autorów samplowanych fragmentów i motywów muzycznych, a wcześniej specjalne firmy dokonują ich clearingu - uzyskują zgody twórców na ich wykorzystanie w innej kompozycji.

Takie regulacje nie zawsze wystarczają. Media regularnie donoszą o kolejnych oskarżeniach o plagiat (niedawny przykład - grupa Coldplay kontra gitarzysta Joe Satriani w sporze o autorstwo piosenki "Viva La Vida"), a niektóre spory bywają wręcz kuriozalne. Właśnie do tej kategorii wypada zaliczyć przypadek Australijczyków z Men At Work i ich "Down Under". Wielki hit lat 80. okazał się zdaniem australijskiego sądu plagiatem przedwojennej piosenki śpiewanej przez tamtejsze harcerki "Kookaburra Sits in the Old Gum Tree". Powodem wyroku okazał się drobny fragment partii fletu, która tworzy w piosence kontrapunkt do głównej linii melodycznej. Choć to tylko kilka taktów, firma mająca prawa do harcerskiej piosenki żąda rekompensaty w wysokości od 40 do 60 proc. tantiem z "Down Under", co w praktyce przekłada się na kwotę z sześcioma zerami. Tym sposobem kwestia oryginalności w muzyce pop osiągnęła poziom absurdu. Nieważne, że to ledwie kilka (na dodatek nieco zmodyfikowanych) dźwięków, nieistotne, że nie stanowią one o charakterze całej piosenki - do sympatycznego hitu z lat 80. na zawsze przylgnie już stygmat plagiatu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':