Fish tank - znaczy tutaj: staw rybny. Miejsce niedzielnej, podmiejskiej wycieczki. Wystarczy wejść po kolana, żeby złapać rybę w ręce. Potem wynosi się ją na brzeg, żywą nadziewa na patyk i piecze nad ogniskiem. Dla bohaterki filmu Andrei Arnold, 15-letniej Mii, dziewczyny z blokowiska, ten staw będzie miejscem kluczowych zdarzeń - rozpoznania swojej sytuacji i próby przezwyciężenia jej.
To, co się jej przydarza, kiedyś nazywano "uwiedzeniem". Ale "Fish Tank" nie jest melodramatem o uwiedzionej i porzuconej. To jeden z najmocniejszych, jakie znam, dramatów dojrzewania, uzyskiwania świadomości, poczucia wartości własnego życia, które Mia, dziewczyna z blokowiska, usiłuje wziąć w swoje ręce.
Historia opowiedziana z punktu widzenia dziewczyny - dzikiej, odważnej, aspołecznej, samodzielnej. Drze skierowanie do szkoły specjalnej. Klnie i potrafi przywalić "z byka" rówieśniczce z podwórka, która jej ubliżyła.
W obowiązującym tu języku nie ma miejsca na czułość. Kiedy siostry chcą sobie powiedzieć, że się kochają, mówią: "Nienawidzę cię!"; "Ja ciebie też!". Wyobraźnia tych współczesnych "proletów" nie ma prawa sięgać zbyt wysoko. "Jakim ptakiem chciałabyś zostać? - pytają dziecko w zabawie. - Orłem?". "Nie, bo zaraz go zastrzelą". Powiedzonko dzieci z podwórka: "Podobasz mi się, zabiję cię na końcu".
Mieszkają we trzy, z matką i młodszą siostrą. Dzieci z przypadkowych związków. "Miałam przerwać ciążę z tobą" - zwierza się matka Mii. Ale nie brzmi to jak niszcząca rewelacja, tylko jak wyznanie rówieśniczki. W przełomowym momencie rozpadu złudzeń matka i córki nie będą umiały sobie nic powiedzieć. Zamiast tego - zatańczą razem, we trzy, w hiphopowym rytmie, jak dziewczyny z podwórka.
Z czego żyją? Prawdopodobnie z zasiłku i z tego, co przyniesie pojawiający się w tygodniu facet matki, Connor, ochroniarz z pobliskiego magazynu. Osiedle jest dla niego "rybnym stawem", do którego przychodzi na połów. Ma tutaj drugie, wesołe erotyczne życie, bez żadnych konsekwencji. Gdzieś dalej, w schludnych domkach jednorodzinnych - żona, dziecko. Tu, w proletariackim blokowisku, po robocie, Connor żyje jak basza. Potem wraca do swojego małżeńskiego życia. W jego postawie jest coś z kolonizatora, właściciela i dobroczyńcy zarazem.
Na zalane słońcem osiedle, gdzie króluje hip-hop, gdzie dziewczyny w dresach ćwiczą taniec albo paląc papierosy i pociągając piwo z puszki, wylegują się przed telewizorami, w których leci "taniec z gwiazdami", można spojrzeć jak na obraz życia współczesnego proletariatu - bezrobotnej klasy karmionej rozrywką, hodowanej na sprzedaż. Nie widać nędzy, ale jest w tym rodzaj niewidzialnej niewoli.
Taniec - motyw przewodni "Fish Tank" - staje się aktem wolności, bronią tych dziewczyn, choć i on może służyć zniewoleniu. Konkurs organizowany przez miejscowy klub, na który Mia przygotowuje własny układ będący wyrazem jej przeżyć, okazuje się naborem świeżych ciał do erotycznego tańca.
Jak w najlepszych, dawnych filmach Kena Loacha - od "Kesa" po "Nazywam się Joe" - młoda brytyjska reżyserka łączy to, co nazywa się kinem społecznym, z historią wyzwolenia człowieka. Jednak kiedy się mówi: "film o blokowiskach" albo "brytyjskie kino społeczne", wiadomo z góry, co trzeba myśleć - jakby to nas nie dotyczyło, jakby to były nie nasze bloki.
"Fish Tank" jest filmem, który dotyka do żywego. Patrzymy na ten "staw rybny" nie z góry, ale od środka, oczami Mii. Oglądając go, miałem w pamięci niedawną dyskusję medialną o sprawie Polańskiego i o 13-letniej Samancie. Ci, którzy z takim znawstwem życia wygłaszali autorytatywne opinie o dziewczynkach, które "same pchają się facetom do łóżka", powinni zobaczyć film Arnold. Przyjmuje ona bowiem punkt widzenia takiej dziewczyny.
Związek Mii z kochankiem jej matki ukazany jest z wielką wnikliwością psychologiczną. Connor, którego 15-letnia Mia spotyka rano półnagiego w kuchni, którego podsłuchuje i podgląda w sypialni, z którym się przekomarza, którego okrada, staje się dla niej substytutem nieznanego ojca. Zarazem pociąga ją jako mężczyzna. Jest w ten sposób podwójnie związana emocjonalnie, zniewolona zarazem jako dziecko i jako kobieta.
Jej tęsknota za ojcem ujawnia się już w scenie pikniku nad stawem. Mia, jako jedyna z całej trójki, jak zahipnotyzowana wchodzi za Connorem do wody łowić ryby. Niesiona na barana, przytula się do jego ramienia po dziecinnemu. Wszyscy oni zdają się w tym momencie ulegać złudzeniu, że są rodziną.
Zbliżenie Mii i Connora następuje stopniowo. Oboje wiedzą, że przekraczają niedozwoloną barierę. Jest to jednak nieuchronne. W dosadnej scenie erotycznej Arnold wykracza poza dydaktyczny schemat, zgodnie z którym tego rodzaju doświadczenie seksualne ma być dla bohaterki bolesne, rozczarowujące lub odrażające. Tu - inaczej. Będzie to doświadczenie szczęścia, jakby spełnienie miłości, której nigdy dotąd nie zaznała. I to właśnie doświadczenie doprowadzi Mię do wyzwalającego wstrząsu, do uświadomienia sobie, kim jest i czego pragnie. Polem prawdy jest dla tej hip-hopowej dziewczyny spotkanie z chłopakiem-samotnikiem, mieszkającym koło cmentarzyska starych samochodów. Ten wątek - jakby poboczny - okazuje się decydujący dla jej losu.
Zakończenie tej historii mogłoby przebiegać według któregoś z melodramatycznych schematów. Mogłaby się mścić, czując się zdradzona. Mogłaby dać się ponieść nienawiści. Targnąć się na siebie lub się sprostytuować. Każde z tych rozwiązań czyniłoby z niej "ofiarę losu". W filmie Arnold dzieje się inaczej.
Finałowa sekwencja - w której powraca motyw wzburzonego fish tanku - zaskakująca, rozegrana z bezbłędną dramaturgiczną precyzją, ukazuje w sposób symboliczny, jak dziewczyna okaleczona przez brak rodziny ratuje samą siebie.