http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie ma jasności bez ciemności, diabła bez Boga, słowa "kocham" bez "nienawidzę"

Rozmawiał Paweł T. Felis
2010-02-06, ostatnia aktualizacja 2010-02-05 18:48

Rozmowa z Andreą Arnold, reżyserką "Fish Tank"

ZOBACZ TAKŻE
Paweł T. Felis: Często mówi pani, że sceny, pomysły, postaci czerpie z życia. Kogo ostatnio pani obserwowała?

Andrea Arnold: Trudne pytanie... Dwa dni temu widziałam na ulicy kobietę z czwórką dzieci - dzieci hałasowały, śmiały się, matka bez przerwy zwracała im uwagę, jednemu z synów dała parę klapsów, a jednocześnie była w niej jakaś niewiarygodna czułość. Wystarczyło przyjrzeć się jej twarzy, żeby zobaczyć w niej historię, którą warto by opowiedzieć.

Zapisuje pani takie postaci, obrazy?

- Nałogowo. Żeby nie zapomnieć. Ale zorientowałam się ostatnio, że choć od dzieciństwa ciągle coś zapisuję, to nigdy do tych notatek później nie zaglądam. Może najlepszym notesem jest pamięć? Sama nie wiem, dlaczego akurat ten obraz mnie zafascynował, dlaczego jakaś postać wydała mi się tajemnicza. Pisanie jest pretekstem, żeby pomyśleć o tym dłużej.

Reżyser albo scenarzysta to właśnie obserwator? Może podglądacz?

- Nie wiem. Dla jednych najważniejsza jest wyobraźnia, dla innych sny, a dla mnie to, co widzę wokół. Zawsze najbardziej fascynowało mnie życie z perspektywy autobusu, metra, ciasnego mieszkania w wielkim bloku. Patrzę, rozglądam się, bo nic ważniejszego przecież nie ma.

W pani poprzednim filmie "Red Road" i w najnowszym "Fish Tank" wchodzimy w świat wielkich blokowisk, ale oglądanych jakby przez lupę, przez detal. To środowisko, które zna pani najlepiej?

- Wychowałam się na takim właśnie osiedlu w Dartford. I nawet jeśli wcześnie - bo w wieku 18 lat - wyjechałam stamtąd do Londynu, ciągle coś każe mi do takich miejsc wracać. Znam to powietrze, te zapachy, dźwięki. Wbrew temu, co się często mówi, ten świat wcale nie jest ponury - bywa przeraźliwie cichy, ale też krzykliwy, szary i aż pstrokaty od kolorów.

W postaci Mii z "Fish Tank" dużo jest pani własnych doświadczeń?

- Nie chcę mówić w wywiadach o sobie i swojej rodzinie - to zbyt prywatne. Oczywiście byłam nastolatką z blokowiska, fascynował mnie taniec, ale takie osoby jak Mia raczej obserwowałam z boku. Nie byłam taką buntowniczką, bo prawdopodobnie nie musiałam być - miałam jednak podobną do niej bezkompromisowość, tylko byłam łagodniejsza dla otoczenia.

Bohaterka "Red Road" nosi w sobie traumę, jest ofiarą przeszłości. Z kolei Mia z "Fish Tank" konsekwentnie ofiarą być nie chce.

- Ofiara musi się poddać, zatrzymać, a Mia jest w ciągłym ruchu - cały czas gdzieś biegnie, szuka, podejmuje wyzwania. Wyzywa los na nieustanne pojedynki, kłóci się z kolegami na podwórku i z dorosłymi. Jeśli może się czymś obronić, jakoś wybić, to swoją niezależnością - ale tę trzeba sobie wywalczyć, nawet za cenę paru siniaków.

Taniec też jest buntem?

- To nie przypadek, że tak wielu młodych ludzi zafascynowanych jest tańcem. Bo w tańcu można pokazać jednocześnie wrażliwość i agresję, wolność i całkowite stopienie się z muzyką albo partnerem. Tańcząc, można się buntować, ale też komunikować - jeden z nielicznych momentów, kiedy matka Mii zbliża się do swojej córki, to scena, w której zaczynają nagle poruszać się identycznie w rytm muzyki. Trwa to parę sekund, a ma dużo większą wartość niż słowa.

Cały film opiera się na wieloznacznej relacji między Mią i Connorem, który zachowuje się wobec niej trochę jak ojciec, trochę jak uwodziciel, trochę jak facet, który po prostu chce się zabawić.

- Ta relacja jest tak skomplikowana, że tak naprawdę sama jej nie rozumiem. I nie muszę. Zależało mi jednak na tym, żeby Mia i Connor byli postaciami pełnymi przeciwieństw: oboje są jednocześnie dojrzali i dziecinni, gniewni i troskliwi. Niby chodzą mocno po ziemi, robią banalne rzeczy, ale mają w sobie coś z marzycieli. Nie ma jasności bez ciemności, diabła bez Boga, słowa "kocham" bez "nienawidzę" - w moich filmach to zawsze dwie strony tego samego medalu.

Podobno spotkała pani Katie Jarvis na stacji kolejowej. A może to tylko medialna legenda?

- Legenda - w rzeczywistości spotkała ją na stacji moja asystentka od castingu. Nie było w tym zresztą nic dziwnego - kiedy chcieliśmy znaleźć w Essex odpowiednią dziewczynę do roli Mii, szukaliśmy na ulicach, przystankach, podwórkach, stacjach kolejowych. Na początku mieliśmy wobec Katie sporo wątpliwości - niezbyt interesowało ją granie w filmie, nie chciała przed kamerą tańczyć. Później pracowało nam się fantastycznie, bo Katie zagrała w dużym stopniu samą siebie - jakby postać, którą wymyśliłam na papierze, czekała właśnie na nią.

Film zmienił Katie prywatnie?

- Rewolucyjnie. Zachowuje się teraz dokładnie jak Mia - idzie tylko tam, gdzie chce, robi tylko to, na co ma ochotę. Film otworzył przed nią możliwości, których nigdy nie miała: może podróżować po świecie, zarabiać pieniądze, robić to, co sprawia jej przyjemność. Choćby po to, żeby zobaczyć, jak bardzo Katie się zmieniła - i jak świetnie się z tą zmianą czuje - warto było zrobić "Fish Tank".

W oczywisty sposób umieszcza się "Fish Tank" w kontekście filmów Kena Loacha, choć dla mnie zaskakująco wiele łączy pani film z tradycją Austriaków Hanekego i Seidla.

- Irytuję się, kiedy nazywają mnie nowym wcieleniem Loacha - czy nikt nie zauważył, że jestem kobietą? To dość zasadnicza różnica. Oczywiście z Loachem łączy mnie pewna "dbałość" o swoich bohaterów - bez względu na to, z jakiego środowiska pochodzą. Ale chyba niewiele więcej. Hanekego bardzo jednak cenię, podobnie jak np. braci Dardenne, choć nigdy nie powiedziałabym, że ci akurat reżyserzy byli dla mnie inspiracją.

Zaskoczyła mnie wiadomość, że będzie pani reżyserować kolejną ekranizację "Wichrowych wzgórz". To eksperyment z superprodukcją?

- Ależ to nie będzie żadna superprodukcja, lecz bardzo skromny film. Prawdopodobnie bez żadnych gwiazd. Zgodziłam się, bo zawsze miałam słabość do tej powieści. Chcę ją pokazać po swojemu - to będzie moja wersja znanej historii.

A propozycje z Hollywood, które dostaje pani od czasu nagrodzonej Oscarem krótkometrażowej "Osy"?

- Tych propozycji nie ma wcale tak wiele - nie jestem nawet pewna, czy Hollywood w ogóle by mnie chciało. Jestem za mało komercyjna, za mało przebojowa. Oczywiście spotykam się z różnymi ludźmi, czytam scenariusze. Jeśli kiedyś trafi się genialny tekst, który pozwolą mi zrobić po swojemu, to czemu nie? Ale na razie nic, ale to nic tego nie zapowiada.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':