http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polskie kino - tak dobrze, że aż źle

Tadeusz Sobolewski
2010-02-05, ostatnia aktualizacja 2010-02-04 16:53

Co najmniej dwa zeszłoroczne filmy mogły znaleźć się w którejś z sekcji fesiwali Berlinale (11-22 lutego): "Rewers" Lankosza i "Dom zły" Smarzowskiego. Nie będzie żadnego, z naszej winy. PISF powinien prowadzić zdecydowaną politykę promocyjną.



Dawno nie mieliśmy tak dobrego roku w kinie. I - bardzo po polsku - nie wykorzystaliśmy szansy. Na niedawnej konferencji prasowej dyrektor Berlinale Dieter Kosslick ubolewał, że "nie udało mu się pozyskać dwóch filmów polskich". Dodatkowym atutem byłaby obecność na festiwalu Agaty Buzek, grającej główną bohaterkę "Rewersu", która pojawi się na 60. Berlinale jako shooting star - wschodząca gwiazda europejska.

Na przeszkodzie stanął udział "Rewersu" i "Domu złego" w konkursie Warszawskiego Festiwalu Filmowego, który niedawno zdobył kategorię A, taką samą jak Berlin. Filmy Lankosza i Smarzowskiego niepotrzebnie spalono w Warszawie. Zaryzykowano ich międzynarodową karierę, żeby zaspokoić lokalne ambicje. Dyrektor Warszawskiego Festiwalu Stefan Laudyn uspokajał Lankosza, że nie zaszkodzi to obecności filmu w sekcjach berlińskich. Zaszkodziło.

Jak inni kierują swoje filmy na festiwale? Wielkie kinematografie - takie jak Francja czy Niemcy mające światowych dystrybutorów - nie posyłają ich pocztą do Cannes czy Berlina. Układają się z dyrekcją festiwali jak równy z równym. Poprzez wielkich dystrybutorów, w rodzaju francuskiego MK2 Marina Karmitza, trafiają do Cannes filmy rumuńskie. Natomiast Polski Instytut Sztuki Filmowej porozumiewa się z Berlinale poprzez niemieckiego doradcę dyrektora Kosslicka, który hurtem obsługuje kraje Europy Wschodniej.

Wszystko więc zależy od jego łaski, a częściej niełaski, co stawia nas w pozycji wiecznego petenta.Natomiast polskie inicjatywy wydajja się zbyt chaotyczne i rozstrzelone.

Artur Liebhart, szef festiwalu Planete Doc Review, przez krótki czas w 2009 r. kierujący Filmem Polskim, ma pomysł na promocję festiwalową. Uważa, że wzorem dla nas powinny być kraje skandynawskie, gdzie polityką festiwalową zajmują się instytuty filmowe. Choć nie byłoby nic złego, gdyby dystrybutor „Rewersu”, Syrena Films, na własną rękę dotarł do dyrekcji Berlinale. „Ale był chyba zbyt zajęty filmem »Ciacho «” - ironizuje reżyser.

Kierunek: Berlin



Udział w Berlinale to więcej niż jednorazowy bieg po nagrodę. To wyjście filmu w świat, szansa na trafienie do europejskich kin studyjnych (tylko na takie możemy liczyć). Wreszcie - wejście do puli kandydatów do Europejskiej Nagrody Filmowej. To właśnie ta nagroda, której pierwszym laureatem był Kieślowski, powinna być celem starań polskiej kinematografii - nie mityczny Oscar, na który w dziedzinie fabuły raczej nie mamy szans.

"Dom zły" spalono podwójnie, wysyłając go również do Tokio. Dlaczego był to błąd, tłumaczy mi współpracująca z kinematografiami środkowej Europy producentka, dobrze orientująca się w problemach polskiej kinematografii, zakorzeniona w Europie, pochodząca z Singapuru Mae Tan:

- "Dom zły" to film wspaniale napisany i wyreżyserowany, który mógłby znaleźć fanów wszędzie. Niestety, dla dystrybutorów, nawet arthouse'owych, jest za trudny, zbyt głęboko zanurzony w lokalnym kontekście. Ogromna część informacji podanych w dialogach po prostu nie dociera do międzynarodowej widowni.

I właśnie taki, wybitnie środkowoeuropejski film wysyłamy nie do Berlina ani Karlowych Warów, tylko do Japonii. Od tokijskiego jurora Jerzego Skolimowskiego dowiaduję się, że przy całym podziwie dla maestrii reżyserskiej Smarzowskiego film trafiał w pustkę.

Spośród polskich filmów 2009 roku na amerykańską listę branżową "obiecujących talentów" trafił debiutant Paweł Borowski z "Zerem" - opartym na matematycznym schemacie, dziejącym się w rzeczywistości umownej. Z kolei "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha znalazło się na Sundance dzięki osobistym zabiegom reżysera i producenta - film okazał się na tyle prosty, że trafił do Amerykanów.

Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem - trzeba wyciągać wnioski z błędnej strategii (lub jej braku). PISF powinien zacząć prowadzić wyraźną politykę promocyjną.

Odwróceni od Europy

Tu nie chodzi tylko o problem logistyczny - umieszczanie filmów na odpowiednich festiwalach - lecz także o naszą mentalność, nasz prowincjonalizm, nasze kompleksy.

Producenci i dystrybutorzy zdają się nie widzieć szansy dla polskiego kina artystycznego, jaką jest wejście do europejskiej rodziny filmowej, do systemu koprodukcji i dystrybucji ,w którym znajdują się od dawna inne kraje środkowo- i wschodnioeuropejskie: Rumunia, Węgry, kraje bałkańskie zgarniające główne nagrody w Cannes i Berlinie. Nowy film laureatki Złotego Niedźwiedzia, autorki "Grbavicy", Bośniaczki Jasmili Zbanić "Na drodze" może być mocnym punktem jubileuszowego Berlinale. Szkoda, że nie będzie koło niego filmów Smarzowskiego czy Lankosza.

Małe kinematografie, jak np. rumuńska, niemogące z braku kin liczyć na własną widownię, prą do współpracy z Europą. My jesteśmy na to zbyt duzi, zbyt bogaci, ale paradoksalnie sami spychamy się w zaściankowość. Nasza kinematografia jest zapatrzona w rynek lokalny. Mamy widownię na nowych polskich filmach. "Rewers", "Dom zły", "Wojna polsko-ruska" zdobyły po 300-400 tys. widzów, konkurując z hollywoodzkimi hitami. Ten sukces rozleniwia producentów, przysłania im europejski horyzont. "Polski rynek jest za duży, mamy za dużo pieniędzy, dlatego nie musimy szukać europejskości - tłumaczy mi jeden z rozmówców. - Dla Rumunów, Węgrów, Czechów taka współpraca jest racją bytu ich kinematografii".

Podobne opinie słyszę od Artura Liebharta, od Mae Tan angażującej się - przy wsparciu PISF - w promocję "Rewersu" na berlińskich targach. Z polskimi opiniami współbrzmi to, co słyszę od Brigitte Manthey kierującej niemiecko-polskim filmowym funduszem rozwoju. Polscy filmowcy mają problem z budowaniem dobrych, partnerskich relacji poza krajem. Międzynarodowa kariera filmu nie jest priorytetem dla naszych producentów, nie są na nią przygotowani. Koprodukcje ułatwiające międzynarodową karierę filmu są w Polsce rzadkością. Ale warto pamiętać, że to dzięki koprodukcji z Niemcami "Królik po berlińsku" Konopki dotarł w końcu na listę nominowanych.

Lęk wysokości

Mówi Brigitte Manthey: - Wciąż niewielu filmowców korzysta z polsko-niemieckiego funduszu (stworzonego na mocy umowy z PIF w 2006 r.), choć wcale nie wymaga się od nich, by treść filmów dotyczyła spraw polsko-niemieckich. Myślę, że na przeszkodzie stoją różnice mentalności. Wasi utalentowani reżyserzy wolą tworzyć indywidualne projekty, zwrócone wyłącznie do polskiej widowni, nie starają się wyjść z nimi na zewnątrz. Może dlatego tak się dzieje, że nie mają trudności ze zdobyciem pieniędzy u siebie w kraju? Zawierając umowę z PISF, liczyliśmy na większe zainteresowanie obu stron, ale cóż, wymiana kulturalna między nami nie ma wielkiej tradycji. W naszych kinach nie ma filmów polskich, w waszych - niemieckich. Obie strony są zainteresowane własną historią, ale nie umieją mówić o niej do innych, nie operując mało zrozumiałymi aluzjami. Ważne, że szanse istnieją i że rozwija się wymiana usług... - kończy optymistycznie Manthey.

Naszej kinematografii, która od czasu powstania PISF ruszyła z kopyta, brakuje specjalności niezbędnych w nowoczesnym myśleniu o filmie. Nasi producenci obywają się bez sales agents - ludzi obytych z rynkiem europejskim. Nie znają selekcjonerów wielkich festiwali - specjalnej kategorii ludzi młodych, kosmopolitycznych, mających wyczucie artystycznego kina, od Islandii po Rumunię.

Producent "Rewersu", szef studia "Kadr", Jerzy Kapuściński cieszy się na kampanię promocyjną następnego filmu Lankosza "Fabryki muchołapek" podczas berlińskich targów.

- "Rewers" to jakby CV reżysera. Posłuży jako rekomendacja dla ewentualnych koproducentów i dystrybutorów "Fabryki...". Przedstawimy im pierwszy draft scenariusza (w języku filmowym: szkic). To będzie podstawa do rozmów o następnym, ambitniejszym, trudniejszym, europejskim projekcie. Liczymy na pomoc PISF. Amerykańskie doświadczenia z "Rewersem" mimo braku nominacji były jednak cenne. Kiedy słuchałem, co mówi o naszym filmie w zapełnionej sali wybitna nowojorska krytyczka Annette Insdorf, nawiązując do kina szkoły polskiej, serce mi rosło. Może ten nowojorski pokaz przyczyni się do retrospektywy szkoły polskiej w Museum of Modern Art.?

Borys Lankosz: - Liczę na to, że na berlińskie pokazy uda się ściągnąć właściwych ludzi. Nie bez znaczenia jest obecność Agaty Buzek. Kiedy realizowaliśmy "Rewers", tego rodzaju problemy w ogóle nas nie zaprzątały, byliśmy skupieni na filmie, na tym, żeby się jakoś udał. Nagroda w Gdyni wydawała się szczytem marzeń. Teraz, uwolniony od stresu debiutu, zaczynam myśleć o kinie swobodniej, bardziej profesjonalnie, bez polskiego kompleksu wyższości/niższości. Jeszcze nie ma scenariusza, a już szukam storyboardzisty, który mi ten film narysuje, scenografa, który będzie współtworzył wizję.

Podobnie myślą i działają inni reżyserzy tego pokolenia. Nasz oscarowy kandydat w sekcji dokumentu, Bartosz Konopka, promuje właśnie na festiwalu w Rotterdamie swój nieukończony debiut fabularny "Lęk wysokości". Nomen omen: chodzi właśnie o to, żebyśmy się tego lęku pozbyli.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':