Dorota Jarecka: Od 1 lutego jest pani dyrektorką MSW w Krakowie. W październiku 300 osób podpisało list do prezydenta miasta z żądaniem zorganizowania konkursu na to stanowisko. Prezydent konkursu tego nie zrobił, tylko powołał panią.
Maria Anna Potocka: Ten list nie był wymierzony merytorycznie we mnie, chodziło o poparcie pewnych procedur. Jednak uważam, że to nie było konsekwentne - skoro już walczy się o konkursy, dlaczego ludzie wybrani na dyrektorskie stanowiska bez konkursu podpisują taki list? Konkurs na dyrektora muzeum, które jest w trakcie organizacji, to byłby błąd. Prezydent Majchrowski uznał, że dyrektorem musi być ktoś, kto tę sprawę zna, tym bardziej że jest mało czasu, a ja udowodniłam swój profesjonalizm w tej dziedzinie. Poza tym zanim mnie powołał, prowadził środowiskowe konsultacje.
Jednak środowisko domagało się otwartej debaty, która nigdy się nie odbyła. Zamierza ją pani zorganizować?
- Planuję spotkanie o koncepcji programowej muzeum na początku marca.
Muzeum dopiero się buduje, ma być otwarte pod koniec roku. Nie ma jeszcze kolekcji.
- To problem każdej instytucji, która powstaje od zera: czy tworzyć zbiory, nie mając budynku, czy tworzyć budynek, nie mając zbiorów? Kraków zaczął od budynku i teraz trzeba myśleć o zbiorach. Na początek chciałabym podarować muzeum kilka ważnych prac ze swojej kolekcji polskiej i obcej sztuki współczesnej, którą gromadzę od początku lat 80. z myślą o tym, że kiedyś znajdzie się jako dar w publicznej instytucji muzealnej poświęconej sztuce współczesnej.
O stworzenie w Krakowie muzeum sztuki współczesnej walczyłam już od lat 80. Na początku lat 90. miasto zdecydowało, że je powoła, ale miało być przypisane do Muzeum Historycznego i ja się na taką koncepcję nie zgodziłam. Przez kilka lat starałam się o założenie muzeum sztuki nowoczesnej na zamku w Niepołomicach, co się nie udało. Kiedy dwa lata temu prezydent Majchrowski podjął decyzję, że buduje Muzeum Sztuki Współczesnej, poprosił mnie o konsultacje.
Co to będą za prace na początek?
- Roberta Kuśmirowskiego, Krzysztofa Wodiczki, Edwarda Dwurnika, Jarosława Kozłowskiego, Beata Streuliego. Potem, w ciągu dwóch-trzech lat, chciałabym przekazać do muzeum całą moją kolekcję, kilkaset prac. W tym roku powinnam mieć także fundusz na niewielkie zakupy. Być może też zostaną przekazane do muzeum na zasadzie depozytu dwie krakowskie kolekcje sztuki najnowszej - galerii Bunkier Sztuki oraz Małopolskiej Fundacji Sztuki Współczesnej. Również Andrzej Starmach zadeklarował gotowość przekazania w depozyt części swojej kolekcji.
Jaki obraz sztuki zaproponuje nowe muzeum?
- Będzie pokazywać ostatnie czterdziestolecie, choć nie wykluczam, że cofnie się aż do początków polskiej sztuki powojennej i takich artystów, jak: Andrzej Wróblewski, Tadeusz Kantor, Karol Pustelnik, Henryk Stażewski czy Jadwiga Maziarska. Chciałabym, żeby muzeum dało ludziom poczucie ciągłości. Pokazywało, że sztuka to jest rodzaj organizmu, który podlega ewolucji, a najnowsze zjawiska nie spadły z nieba, tylko mają swoje uzasadnienie we wcześniejszych etapach. To muzeum będzie próbowało pomóc zrozumieć sztukę. Będzie miało charakter edukacyjny.
Powstaje na terenie dawnej fabryki Schindlera.
- Mówiono, że w związku z tą lokalizacją mogą pojawiać się protesty, bo przecież sztuka współczesna jest kontrowersyjna. Według mnie to bardzo dobre sąsiedztwo dla muzeum sztuki współczesnej, daje podstawę do dialogu z historią. Budynek zaprojektowany przez florenckiego architekta Claudia Nardiego powstaje w miejscu, w którym stoją fragmenty starych hal fabrycznych, architekt musiał to uwzględnić, wciągnąć je w swój projekt. Fragment ceglanej ściany jednej z hal, popękanej, ze śladami zniszczeń, będzie widoczny na zewnątrz budynku. Obok jest Muzeum Historyczne i tzw. Muzeum Miejsca, poświęcone wydarzeniom związanym z Zagładą; będziemy mieć wspólnych widzów, obecność historii jest nieuchronna.
Program muzeum jakoś do niej nawiązuje?
- Pierwszą wystawę czasową w nowym gmachu chciałabym nazwać "Historia w sztuce". Jeśli artyści będą się chcieli odnieść do historii tego miejsca, to bardzo dobrze.
Właśnie rozmawiałam z Joanną Rajkowską, której zaproponowałam, żeby na teren muzeum przeniosła na stałe swój "Dotleniacz", sztuczny staw czynny w 2008 r. na pl. Grzybowskim w Warszawie. Konieczny jest pośpiech, wszystkie instalacje powinny być uwzględnione w projekcie budowlanym. Ta praca pojawi się znów w miejscu obciążonym historią, ale nabierze nowych znaczeń. No i ma w sobie maksimum przyjacielskiego gestu wobec widza. Mam nadzieję, że zostanie otwarta razem z inauguracją muzeum pod koniec roku.
Źródło: Gazeta Wyborcza