Brzmiąca trochę egzotycznie nazwa zespołu pochodzi od drugiego nazwiska lidera formacji Macieja Trifonidisa Bielawskiego, które odziedziczył po dziadku Greku. Jego jazzowe, orkiestrowe przygody rozpoczęły się od formacji Trifonidis Orchestra. Stylistycznie była dość łagodna, bo Bielawski pisał tę muzykę jakby do filmu. I to nie filmu grozy, choć może z odrobiną wątków sensacyjnych. Zupełnie inny był też skład zespołu. Wśród siedemnastu muzyków różnej maści i proweniencji mieliśmy jazzmanów, klasyków, muzyków folkowych i awangardowych. Zagrał z nimi nawet słynny didżej gitarzysta i kompozytor Sorbee Sorbiani.
Po paru latach założył Trifonidis Free Orchestra. Nowe kompozycje, nowi muzycy (m.in. saksofonista Ray Dickaty, znany z zespołów PJ Harvey i Stereolab oraz Kubańczyk Luis Nubiola, który grał u boku takich gwiazd jak Steve Coleman czy Gonzalo Rubalcaba) i zupełnie nowy kierunek. Jaki? Odpowiedź mamy w nazwie zespołu - nowa orkiestra gra free jazz.
Wyzwanie niełatwe, bo żeby w tak dużym, dziewięcioosobowym składzie zagrać free, żeby
muzyka była spójna, pełna energii, barw i zaskoczeń, potrzeba dobrego pomysłu, mocnych i solidnych warsztatowo kompozycji oraz - co najważniejsze - najlepszych muzyków.
Bielawskiemu się udało. Napisał muzykę różnorodną, tętniącą emocjami, pełną zwrotów akcji i rozwiązań. Zaś artyści, których zgromadził, to wirtuozi stylu. Nie grają może tak bezkompromisowej i ostrej muzyki, jaką zasłynęły niegdyś chicagowskie formacje skupione wokół AACM czy zespoły Kena Vandermarka. Wsłuchajmy się jednak w kolektywne improwizacje "Chromatic Sixteen" czy "Run". To prawdziwa freejazzowa orgia.
Mamy więc wreszcie projekt awangardowy, do tego niepowtarzalny. Fenomen na rodzimej scenie młodego, współczesnego jazzu.
Rozmowa z Maciejem Trifonidisem Bielawskim, liderem i założycielem Trifonidis Free Orchestra Tomasz Handzlik: Jazzowa orkiestra? To chyba niemodne, a na dodatek kompletnie nieopłacalne? Maciej Trifonidis Bielawski: Od wielu lat próbuję stworzyć trio, a za każdym razem wychodzi mi twór orkiestropodobny. To chyba sprawa sposobu słyszenia, muzycznej wyobraźni. Poza tym lubię ludzi, a w orkiestrach jest ich wielu. Czy to modne, opłacalne? Publiczność tęskni za dużymi formacjami, bo to właśnie one mają power. A w czasach panowania didżejów i jazzowych duetów to bardzo dobra odmiana.
Problem jest tylko transport, miejsce do prób i cena takiego zespołu. Ale jakoś nam się udaje. I wbrew pozorom da się z tego wyżyć.
Ale free jazz to nisza. - Gramy muzykę, którą kochamy, ale trochę też nie mamy innego wyboru, bo tak nas ukształtowało życie. Misja to może za duże słowo, ale jest w tym trochę prawdy, bo przecież ktoś to musi robić.
W Polsce sztuka jest na dalekim planie, a edukacja muzyczna na poziomie zerowym. W szkołach program muzyczny zakończono na etapie fletów prostych. Z plastyką podobnie. A przecież sztuka to cholernie ważna sprawa. Trzeba ją pielęgnować. Granie jazzu, muzyki klasycznej, współczesnej, etnicznej albo po prostu tworzenie to nasza droga, pasja, a do tego fajna zabawa!
Grasz na gitarze, basie, saksofonach, fletach, darabuce, instrumentach perkusyjnych, klawiszach... Po co ci orkiestra, skoro sam jesteś człowiekiem orkiestrą? - Od lat grywam na wielu instrumentach, ale postanowiłem to zmienić. To mój nałóg, z którym walczę, bo wejście do sklepu muzycznego jest dla mnie niebezpieczne i kończy się zazwyczaj pustym portfelem. Poza tym doba jest za krótka, by na tym wszystkim ćwiczyć, a do tego pochłania mnie komponowanie, nagrywanie, organizacja koncertów, prowadzenie wydawnictwa. Staram się więc ograniczyć do gry na saksofonach i fletach. No i mojej ośmiostrunowej gitarze-mutancie.
Trifonidis Free Orchestra
"....be like a child..."
Slowdown Records