http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

1000 km muzyki. Warszawa Kijów, Bieńkowski, Andrzej

Jagna Knittel
2010-02-02, ostatnia aktualizacja 2010-02-01 18:35

"Dawniej to był ciemny naród, ale zdrowy, bo mogli bez ustanku tańczyć obera za oberem, nienasyceni byli. Można było grać i grać, a nie mieli dość, aż ręce mdlały"

ZOBACZ TAKŻE
1000 km muzyki. Warszawa Kijów

Andrzej Bieńkowski

Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki



Te słowa jednego z wiejskich muzykantów zanotował Andrzej Bieńkowski w swojej nowej książce, efekcie etnograficznych podróży z ostatniej dekady. Tytułowe 1000 kilometrów to regiony Polski i Ukrainy, które zjeździł z kamerą: Radomskie, Lubelszczyzna, Roztocze i dalej - Polesie, Wołyń. Od Warszawy do Kijowa.

Bieńkowski - malarz, etnograf, pisarz, profesor warszawskiej ASP - od 30 lat jeździ do wiejskich skrzypków, harmonistów, śpiewaków, nagrywa ich muzykę. Kiedy zaczynał w latach 80. wielu z nich już od dawna nie miało w rękach instrumentu - od lat 60. tradycyjna muzyka wiejska traciła popularność, rację bytu i prestiż (a przecież kiedyś jak muzykant "budował stodołę, to nie musiał robić, tylko grał, inni robili, a wszystkim płacono po równo"). Namawiał ich do grania, bywało, że latami, woził ze sobą własne odrestaurowane skrzypce, basy, bębny, bo większość miejscowych instrumentów dawno gdzieś przepadła. Bywało, że słyszał: "Panie Andrzeju, nie ma już we wsi szykownych ludzi do mojej muzyki. Bracia pomarły, nie ma już bębnistów ani basistów. Zaśpiewać też nie ma kto, bo Szczurowa ładnie śpiewa, ale wstyd z nią jechać na występy, bo ma krzywe nogi".

Nie tylko Bieńkowski rejestruje wiejską muzykę, ale tylko on tak opowiada o jej twórcach, o konkretnych ludziach. Nikt nie przedstawia ich świata z taką wiarą, że należy im się miano artystów. Bieńkowski denerwuje się, że muzykę ludową chce się poprawiać, ulepszać, cywilizować. Dobrze, że nikt nie poprawiał Nikifora - powtarza.

Bywają wśród nich "wiejscy inteligenci", inni są trudni, wręcz niesympatyczni. Ale wszyscy są pełni entuzjazmu - często czytamy w tej książce o błysku w oku muzykanta na widok nowych skrzypiec, na myśl o graniu. Ten sam błysk pojawia się u Bieńkowskiego, kiedy zapowiadają się świetne nagrania. Nie jest romantycznym chłopomanem, nie upiększa ani ludzkich charakterów, ani języka, ale opisuje inną stronę wsi - odświętnie ubranych ludzi, ich potrzebę tworzenia.

Większa część "1000 km muzyki" to "zeszyty etnograficzne" - forma znana z "Ostatnich wiejskich muzykantach", pierwszej książki Bieńkowskiego. To szczegółowe zapiski z kolejnych wyjazdów - sylwetki osób i ich wspomnienia. Są jak wartki, dokumentalny film, bo opowieści towarzyszy kilkaset zdjęć - współczesnych i archiwalnych, które autor odszukuje w domach swoich bohaterów (zupełnie niepotrzebnie ten doskonały tekst został ubrany w utrudniającą czytanie awangardową formę graficzną).

Odkryciem jest dla Bieńkowskiego Ukraina. Zaczął tam jeździć w 2003 r., gdy nagrał już wszystkich ważnych żyjących w Polsce wiejskich artystów. Na ukraińskim Polesiu otworzył się przed nim nowy muzyczny świat - kobiet i kobiecego śpiewu. W Polsce, badając muzykę wiejską, obcował przede wszystkim z mężczyznami - to oni zwykle grają na skrzypcach i na harmonii, w ich granie wpisane jest wymykanie się przed żoną z domu. Na Ukrainie muzyka wiejska to przede wszystkim śpiew, domena kobiet.

Starsze kobiety, najczęściej wdowy, ich gościnne kolorowe chaty. Sąsiadki, kuzynki, kumy, które zbierają się, żeby wspólnie śpiewać. Przykołchozowe kluby z paniami kierowniczkami. Szczątki dawnych obrzędów - lamenty na cmentarzach, odprowadzanie niespokojnych duchów, baby szeptunki. Zastał tam, jak twierdzi, sytuację podobną do polskiej 30 lat temu - wiele osób jeszcze muzykę tradycyjną pamięta i może wykonać, ale giną rytuały, którym towarzyszyła, więc pieśń powoli odchodzi w zapomnienie.

Ostatnie dziesięć lat polskich wyjazdów to już nie poszukiwania zjawisk i talentów. Teraz Bieńkowski przyjeżdża w odwiedziny do starych znajomych, choć niezmiennie pod pretekstem nagrań, uzbrojony w kamerę i aparat. W opisach tych wyjazdów coraz rzadziej czytamy o brawurowej grze i wyczynach muzykantów, coraz częściej próby nagrań kończą się fiaskiem - ktoś nie może grać dłużej, bo nie ma sił, ktoś inny ma zbyt sztywne palce, jeszcze ktoś nie może sobie przypomnieć melodii. Bieńkowski rejestruje odchodzenie pewnego świata. (Słyszy: "Ja do muzyki to muszę mieć ludzi szykownych, inaczej nie będę grał, bo musi być wytrzymywanie tempa w muzyce", a skrzypek Rek ze wsi Rad mówi mu: "Panie Andrzeju, tu chodzi o to, żeby dobrze reprezentować gminę na festiwalu, jak to można zrobić, gdy się gra oberki? Pan się nie obrazi, ale ja nie rozumiem, jak taki uczony człowiek jak pan może lubić oberki").

Paradoksalnie, temu procesowi towarzyszy wzrastające zainteresowanie wiejską muzyką: "Miłośnicy folkloru są - wtedy, kiedy już prawie folkloru nie ma, wtedy docenia się jego wagę" - pisze Bieńkowski. Coraz więcej jest doskonałych młodych muzyków, którzy w ciągu ostatnich lat "terminowali" u Jana Gacy z Przystałowic czy Kazimierza Meto z Gliny (Janusz Prusinowski, Maciej Filipczuk, młodzi ludzie z olsztyńskiego Podróżniczego Kolektywu Skrzypcowego).

Książkę zamyka opis wernisażu wystawy w Potworowie, podczas lokalnego święta. W miejscu, w którym stała karczma, obecna w wielu opowieściach o przygodach, jakie przytrafiały się muzykantom, Andrzej i Małgorzata Bieńkowscy zorganizowali wystawę swoich fotografii - dużych rozmiarów twarze muzykantów. Na lodówce w knajpie postawiono monitor, a w nim filmy, które autor robił przez ostatnich 30 lat. Na imprezę przybyło aż 20 muzykantów, żeby zagrać, i tłum publiczności pomimo miażdżącej konkurencji - grającego nieopodal zespołu disco polo Toples.















Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Droższe papierosy = mniej palaczy

Podniesienie akcyzy na papierosy zwiększy wpływy do budżetu państwa i uratuje życie 7 proc. Polaków - twierdzi w najnowszym raporcie Światowa Organizacja Zdrowia

Prosty scenariusz z nieoczekiwaną puentą

Fakt, panie władzo, wystąpiłam w filmie porno, w trójkąciku. On jeden i nas dwie. Fakt, dostałam za to 1200 zł, ale liczyłam na dyskrecję! A teraz, fakt, dostałam SMS. Mam zapłacić 500 zł, bo inaczej wpuszczą film do sieci. No jak tak można?!

DODATKI I KOLEKCJE GAZETY WYBORCZEJ

W środę z ''Gazetą'':

  • Gazeta Dom