http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pamięć i zapominanie w mieście Thorn

Dorota Jarecka
2010-02-01, ostatnia aktualizacja 2010-01-31 18:45

Tutaj obok siebie wystawiają Turczynka, Bośniaczka z Sarajewa, Litwin, Polacy, Austriaczka, Holender. CSW w Toruniu działa jak najbardziej nowoczesne placówki sztuki na świecie

ZOBACZ TAKŻE
- Idziemy w stronę współczesności, a wy gdzie jesteście? - usłyszałam urywek rozmowy na chodniku w Toruniu, kiedy wędrowałam w stronę Centrum Sztuki Współczesnej. Nowe centrum wtopiło się już w życie miasta, staje się punktem orientacyjnym, jak rynek, teatr czy średniowieczne kościoły. Sprawił to na pewno nawiązujący do sąsiedniej architektury budynek, a poza tym centralne położenie. W dzień powszedni jest ruch, przychodzą rodzice z dziećmi, widzę panią z chłopcem na wózku inwalidzkim, widok rzadki w polskiej galerii sztuki. Ale tutaj z ulicy wchodzi się bez jednego schodka, pierwsze co widać po wejściu to nowoczesna winda - wydawałoby się, że szczegół bez znaczenia, a jednak ważny. Joanna Zielińska, kuratorka programu CSW, została wytypowana przez lokalną redakcję "Gazety" na kandydatkę do tytułu Torunianina Roku 2009. - To niezwykłe - mówi mi Zielińska - bo ja nie jestem z Torunia.

Zielińska przyjechała tutaj dwa lata temu z Krakowa, gdy wygrała konkurs na stanowisko kuratora CSW. Dzisiaj jest na rozstaju, ma kontrakt do czerwca 2010 r., do tej pory nie wie, czy zostanie przedłużony, mówi się o konkursie na jej stanowisko, ale konkurs nie został jeszcze ogłoszony. Dyrektor Stefan Mucha (prawnik z zawodu) - też od dwóch lat w tym miejscu, nie z konkursu tylko z powołania - mówi, że być może będzie konkurs na dyrektora artystycznego, wtedy konkurs na kuratora nie miałby sensu. To typowy problem nowej instytucji w Polsce: zamiast skorzystać z istniejących rozwiązań, wymyśla się nowe. Na całym świecie sprawdzony model to historyk lub krytyk sztuki na stanowisku dyrektora instytucji artystycznej, i menedżer, który mu pomaga. Tutaj pomyślano odwrotnie, i CSW cierpi, a jego sytuację utrudnia to, że jest zależne jednocześnie od trzech: miasta, województwa i Ministerstwa Kultury. Dyrektor czeka na decyzję tych wszystkich władz, a Zielińska nie wie, czy ma programować instytucję na 2011 r. A przecież ostatnie dwa lata prowadzenia tej galerii to pasmo sukcesów. Z jednej strony bogaty program związany ze sztuką i społeczeństwem Torunia, rozwijająca się działalność edukacyjna - na dole jest tu wielka dostępna bez biletu sala zabaw, spotkań, odpoczynku zwana Pokojem z Kuchnią, gdzie odbywają się wykłady i zajęcia dla dzieci.

Drugi nurt to sztuka międzynarodowa. Trafiam akurat na wystawę "Przeszłość jest obcym krajem", na której obok siebie wystawiają Turczynka, Bośniaczka z Sarajewa, Litwin, Polacy, Austriaczka, Holender. Wystawa dotyczy problemu własnego miejsca na mapie, migracji i pamięci. Zarówno zestaw nazwisk, jak i tematyka świetnie pokazują sposób, w jaki funkcjonują dziś najbardziej nowoczesne placówki sztuki - są jak centra przepływu artystów i ich prac po świecie. Nie trzeba już "jeździć na Zachód", tylko trochę poczekać, aż on sam do nas przyjedzie. CSW w Toruniu, podobnie jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej (w tymczasowej siedzibie) w Warszawie, zaczyna już dzisiaj spełniać taką funkcję. Wystawa robi wrażenie, sama przestrzeń jest piękna, zaprojektowana przez Holendra Jeorena de Vriesa. Podzielona jest na mniejsze moduły przez muślinowe zasłonki, za którymi schowane są kolejne filmy, fotografie, pokazy slajdów. Zasłony nie tłumią dźwięku, ale tłumią obraz, zachęcając do wejścia, kuratorka wystawy Agnieszka Pindera mówi, że inspiracją była frenologia, osiemnastowieczna nauka o budowie czaszki, która każdą cechę charakteru albo zdolność wiązała z inna częścią mózgu, więc chodzimy jakby po mapie ludzkiego umysłu, na której aktywizują się kolejne części. To nie tylko obrazy filmowe i fotograficzne. Jedną z najciekawszych prac jest ingerencja w przestrzeń wystawy wykonana przez kolektyw o znamiennej nazwie Slavs and Tatars (Słowianie i Tatarzy). To diagramy na podłodze pokazujące za pomocą strzałek zmiany nazw miast na terenie, który interesuje artystów tworzących grupę i który nazywają Eurazją, co dla nich zresztą kończy się na Berlinie. Dowiadujemy się, że zanim mówiono Pressburg i Pozsony, Bratysława nazywała się Brezalauspoure, a Sofia była kiedyś Serdicą.

Co było kiedyś, do jakiego stopnia nas to formuje, kiedy chcemy zapomnieć a kiedy pamiętać - takie pytania, zarówno w planie politycznym, jak i psychoanalitycznym, stawia ta wystawa. Jest w niej coś hipnotycznego, mam poczucie, że póki nie obejrzę wszystkiego do końca, nie warto stąd wychodzić. Świetne jest to, co robi Jasper Rigole z Gandawy, który wymyślił sobie Międzynarodowy Instytut Konserwacji Archiwizacji i Dystrybucji Pamięci Osób Trzecich. Rigole na strychach, pchlich targach, śmietnikach zbiera stare amatorskie taśmy filmowe i montuje je w całość, dodając swój własny komentarz. Widać kilkanaście różnych bobasów stawiających pierwsze kroki, zdjęcia z plaży, z zabaw, z wakacji. Ludzie z grubsza fotografują to samo. To jakby badanie socjologiczne, ale też praca dotycząca metafizyki, przemijania. Oglądając to, co ludzie najpierw chcieli zapamiętać, rejestrując na taśmie filmowej, a co potem odrzucili, myśli się, że to musi być jakoś związane ze śmiercią. Przecież ktoś, kto żyje, chce zachować swoje wspomnienia. Filmy i zdjęcia wyrzuca się po tych, którzy zmarli. Zapomnienie i pamięć - jak wiążą się z traumą? O tym najgłębiej mówią dwa filmy. Pierwszy to wywiad, jaki Ingrid Wildi (urodzona w Chile, mieszka w Szwajcarii) zrobiła ze swoim chorym na depresję bratem. Rozmawiają o zdjęciach z dzieciństwa, które brat schował głęboko w szafie, nie chce ich oglądać, to go boli, w nieszczęściu obraz szczęścia jest czymś bardzo bolesnym. Drugi film mówi o osobie, która chce pamiętać, choć pamięć przynosi najokrutniejsze obrazy. Na wspaniałym - choć bardzo prostym formalnie filmie Litwina Deimantasa Narkeviciusa - o swoim życiu opowiada starsza pani. Jej twarz pojawia się tylko na chwilę, cały czas słychać jej głos. Mówi o historii zamknięcia jej rodziny do wileńskiego getta i swojej ucieczce. To zarazem historia żydowskiej społeczności Wilna zmiecionej z powierzchni ziemi. Ona pamięta nazwiska, wydarzenia, rozmowy, kolory, twarze, piosenkę bojowników getta. Można powiedzieć, że pamięta właśnie dlatego, że wszyscy zginęli, pamięta o nich i za nich. Te dwa filmy są niezwykłym spotkaniem dwóch ludzkich światów. - Co się dzieje, kiedy człowiek nie umie sobie nic przypomnieć? - pyta siostra. - Wtedy jakby nie żył - odpowiada chory brat, który tak jak ona żyje pomiędzy Chile a Szwajcarią, rozdarty przez dwie tożsamości, dwa kraje. Może to nie przypadek, że bohaterka filmu Narkeviciusa nigdy nie wyjechała z Wilna. Wilno ożywa jej pamięć, podtrzymuje wspomnienia, a więc pozwala jej żyć?

Agnieszka Pindera mówi, że wystawa bierze się także z jej osobistych doświadczeń, ona też jest spoza Torunia, przyjechała tu z Krakowa, problem swojskości i obcości jest jej znany. By to poczuć, widocznie nie trzeba jechać tysiące kilometrów. I w tym jest także twórczy sens przemieszczeń tak popularnych w galeriach sztuki na świecie - kuratorów i artystów, czego dobroczynne skutki widać m.in. w Toruniu.

"Przeszłość jest obcym krajem", kuratorki Agnieszka Kononiuk, Agnieszka Pindera, Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu, do 2 maja

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów