Mała pozłacana statuetka gramofonu to marzenie każdego
muzyka. Grammy oznacza poważanie w środowisku, bo przyznają je sami swoi - ponad sześć tysięcy muzyków i producentów zrzeszonych w National Academy of Recording Arts and Science. Grammy Award w najważniejszych kategoriach to pewne miejsce w historii muzycznej popkultury. I wreszcie - synonim sukcesu, także tego najbardziej wymiernego, bo zdobyta statuetka oznacza także wzrost nakładu wyróżnionej płyty.
Wszystko to prawda i pewnie zadziała także w przypadku tegorocznych laureatów, ale mimo to od lat nagroda nie ma najlepszej prasy. Głównym zarzutem, jaki przeciw Grammy wysuwają jej krytycy, jest konserwatyzm przyznającego nagrody gremium, przez co niezwykle rzadko wyróżnieni zostają artyści naprawdę nowatorscy, młodzi i przełamujący konwencje. Za Grammy ciągnie się anegdota sprzed lat, gdy szacowna Akademia po burzliwej dyskusji postanowiła w końcu wprowadzić do puli nagród wyróżnienie dla artystów "hard
rock and heavy metal", po czym natychmiast nagrodziła w tej kategorii niemających z takim graniem nic wspólnego brytyjskich weteranów z Jethro Tull (w pokonanym polu zostawiając wówczas Metallicę).
To stara historia, ale spójrzmy na listę tegorocznych nominowanych. Największa uwaga mediów kieruje się zawsze na tzw. general field, czyli cztery najbardziej prestiżowe kategorie - nagranie roku, płyta roku, piosenka roku oraz najlepszy nowy artysta. W kategorii nagranie roku (nie mylić z piosenką - Grammy nagradza artystów oraz współpracujących z nimi producentów czy inżynierów dźwięku - ta kategoria honoruje ich wszystkich razem i być może należałoby tłumaczyć ją jako "rejestracja roku") walczą: Beyoncé z "Halo" (jest tegoroczną rekordzistką - ma szansę na nagrodę w aż 10 kategoriach), Lady Gaga z "Poker Face", Black Eyed Peas z "I Gotta Feeling", countrowa gwiazdka Taylor Swift z "You Belong To Me" i rockowy zespół Kings Of Leon z "Use Somebody". Niemal ten sam zestaw (z
Dave Matthews Band zamiast Kings Of Leon) rywalizuje o płytę roku. O tytuł piosenki roku dla odmiany zawalczą utwory... Beyoncé, Lady Gagi, Taylor Swift, Kings Of Leon oraz - niespodzianka - soulowego wokalisty Maxwella.
Jeśli dla kogoś to jeszcze nie dowód na to, jak bardzo zachowawcza jest Akademia, powinien spojrzeć na kandydatów na najlepszego nowego artystę. Tu mamy m.in. brytyjski duet The Ting Tings (jedyną jak dotąd płytę wydali w maju 2008), nowojorską grupę MGMT (ich ostatni jak dotąd album, świetnie przyjęty "Oracular Spectacular", ukazał się jeszcze w 2007) oraz countrowy Zac Brown Band występujący od - bagatela - 10 lat. Przy takim rozumieniu słowa "nowy" Grammy sprzed lat dla Jethro Tull dziwi trochę mniej.
W 109 kategoriach (to przesadne rozdmuchanie listy nagród to kolejny zarzut wobec Grammy) szansę na złoty gramofonik mają jeszcze m.in. Jay-Z, Kanye West, Bruce Springsteen, Madonna, Katy Perry, Pink, Stevie Wonder i Depeche Mode. Ale Grammy powędruje też do reprezentantów gatunków tak egzotycznych i niszowych jak muzyka hawajska, tejano czy new age.
Są i polskie akcenty. W muzyce klasycznej na laur za dwie płyty - "Szymanowski: Symphonies nos. 1 & 4" oraz "Penderecki: Utrenja" - mają szansę dyrygent Antoni Wit oraz soliści, chór i orkiestra Filharmonii Narodowej.
Cała tegoroczna rywalizacja blednie jednak przy jednym z punktów programu artystycznego gali w Staples Center. Jako hołd zmarłemu w ubiegłym roku Michaelowi Jacksonowi wyświetlone zostaną fragmenty nakręconych przez wokalistę trójwymiarowych filmów. Miały one być atrakcją koncertów, do których Jackson przygotowywał się przed śmiercią. Według pojawiających się w amerykańskiej prasie plotek na scenie miałyby się pojawić także dzieci Michaela.