http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jarmusch w ślepym zaułku

Jacek Szczerba
2010-01-28, ostatnia aktualizacja 2010-01-27 19:54

The Limits of Control
The Limits of Control

Nowy film Jima Jarmuscha "The Limits of Control" stara się być dziełem głębokim. Tak nieznośnie, że widzowie chyłkiem wychodzą w trakcie seansu

The Limits of Control
The Limits of Control
The Limits of Control
The Limits of Control
Jarmusch miał chyba dwie ambicje. Po pierwsze, nakręcić film skrajnie minimalistyczny (minimum akcji, minimum słów, dziwaczny sposób kadrowania). Po drugie, nakręcić film rebus - pełen ukrytych znaczeń, intelektualnych nawiązań i działających na podświadomość symboli - nad którymi oglądający ma się głowić jeszcze długo po wyjściu z kina. Nie do końca wierzę Jarmuschowi, gdy mówi w wywiadzie: "Ten film ma być podróżą. Rodzajem transu. Nie wymagam od widzów wysiłku intelektualnego. Chciałem, żeby to była rozrywka, ale nie taka koncentrująca się na realistycznej historyjce".

A historyjka jest więcej niż prosta i mechanicznie samopowtarzalna. Oto wysoki Murzyn o krzywych nogach (Isaach De Bankolé), którego imienia nigdy nie poznamy, przyjmuje na lotnisku jakieś zlecenie. Jakieś, bo dokładnie nie wiadomo w czym rzecz - choćby dlatego, że dający zlecenie mówi pokrętnie, a poza tym jest tłumaczony na angielski bodaj z kreolskiego francuskiego, przez drugiego faceta, który zresztą przyznaje, że sam nie rozumie, co tłumaczy.

Przyjąwszy zlecenie, Murzyn wyrusza do Hiszpanii. Wędrując (Madryt, Sewilla itd.) spotyka różne osoby, z którymi rozmawia zawsze tak samo. Na pytanie - "Pan nie mówi po hiszpańsku, prawda?", odpowiada, że tak, po czym milcząc słucha monologu kolejnego partnera - a to o molekułach, a to o kinie, a to o seksie. Przy okazji rozmowy jej uczestnicy wymieniają się pudełkami zapałek o takich samych, tyle że w innym kolorze, etykietkach z rysunkiem boksera. Potem Murzyn wyjmuje z otrzymanego pudełka kawałek papieru odczytuje to, co jest na nim napisane (my tego dokładnie nie widzimy) i papier zjada. Czekając na każde spotkanie, zwykle w kawiarni, Murzyn zamawia dwa espresso podawane w osobnych filiżankach. Między spotkaniami wykonuje relaksujące ćwiczenia tai chi. Ta powtarzalność miała być pewnie śmieszna, ale jest tylko odrobinę.

Podczas owych rendez-vous padają zdania - raczej banalne niż mądre - typu: "Kto wywyższa się nad innych, powinien pójść na cmentarz, tam zobaczy czym naprawdę jest życie - garścią popiołu", albo "Życie nie jest nic warte" (to drugie nawet powiedziane po hiszpańsku). Monologują tu zresztą same sławy. Tilda Swinton jest blondynką i gada o "Damie z Szanghaju" Wellesa, w której zwykle ruda Rita Hayworth była blondynką. Wzdycha też: "Lubię stare filmy, tylko w nich można zobaczyć, jak wyglądał kiedyś świat". John Hurt przynosi gitarę i wspomina fabułę Aki Kaurismakiego "Życie cyganerii". Gael Garcia Bernal, paląc cygaro, powiada: "Czasem odbicie czegoś jest dla mnie ważniejsze niż rzecz, która została odbita". Najmniej boli oglądającego mędrkowanie podczas spotkań z Paz de la Huerta, bo ta jest kompletnie naga, a ciało ma naprawdę apetyczne. Jarmusch powinien ją pokazywać co kwadrans, celem pobudzenia otępiałej publiczności.

Z czego to wszystko się w filmie Jarmuscha wzięło? Ano wzięło się z jego metodologicznego zamysłu. Dał producentom ledwie 25 stron tekstu - ze scenami i czytelną strukturą, ale bez dialogów - i powiedział, jak zamierza pracować: "Nie chcę pisać tradycyjnego scenariusza, chcę znajdować różne rzeczy po drodze, dołączać je i tak robić ten film". Przykładowo, spotkawszy w Hiszpanii tancerkę flamanco La Truco, Jarmusch nagrał jej nowy numer przygotowywany z muzykami. Stosując tę formułę, powołał się zresztą na zalecenia francuskich surrealistów.

Oczywiście, znając Jarmuscha, nie wolno nam wątpić, że za "The Limits of Control" stoją dziesiątki lektur i długie godziny przemyśleń. Tytuł został wzięty z eseju (1975) Williama S. Burroughsa o technikach kontrolowania umysłu, choć reżyser zastrzega, że film niewiele z nim łączy. Bohater przypomina trochę kryminalistę nazwiskiem Parker występującego w książkach Donalda Westlake'a: ten też, jak filmowy Murzyn, nie interesuje się kobietami, gdy pracuje. Podczas realizacji Jarmusch nie mógł się opędzić od wspomnienia o filmie "Zawód: reporter" Antonioniego, choć nie oglądał go przed zdjęciami, za to w kadrze pojawia się plakat do filmu jego mistrza Nicholasa Raya - "In a Lonely Place". W scenach muzealnych Jarmusch przedstawia nam obrazy swoich ulubionych hiszpańskich malarzy.

Co do obrazów, to Murzyn nosi w filmie trzy garnitury - jeden w kolorze "opalizująca skóra rekina" - więc gdy w finale zmienia je na zielony dres trudno nie pomyśleć, że w garniturach sam był jakby chodzącym dziełem sztuki ("Czy pan jest amerykańskim gangsterem?" - pytają go, w jednej ze scen, hiszpańskie dzieci). Tu w ogóle dużo jest piękna jako takiego, nieobarczonego żadnym znaczeniem - np. hiszpańskie krajobrazy przesuwające się za oknem pociągu.

No dobrze, pomysł na realizację, solidne przygotowanie intelektualne i miłe dla oka ciągoty estetyczne to jednak za mało, żeby złożyć z tego film. Wypadałoby jeszcze wiedzieć, o co w tym właściwie chodzi. Zdaniem Jarmuscha "The Limits of Control", czyli "Granice kontroli", powinny być interpretowane dwojako: "jako granice czyjejś samokontroli i granice dozwolonej cudzej kontroli nad czyjąś świadomością".

Przyznam, że nic z tego nie rozumiem. Hermetyczny film mi tego nie ułatwia. W finale Murzyn dociera do Billa Murraya, który wykłada mu sens jego wysiłku (szczegółów nie zdradzę), ale robi to tak banalnie, jakby Jarmusch chciał, żebyśmy uznali, że punkt dojścia nie ma tu większego znaczenia, liczy się wyłącznie droga do niego.

Towarzyszy temu zresztą drugi banał - Murzyn ogląda w muzeum obraz, którego płótno jest zasłonięte białym prześcieradłem. Czyżby reżyser chciał nam powiedzieć: "Od tego, co mógłbyś zobaczyć ważniejsze jest to, co sobie wyobrażasz, że jest pod przykryciem"? Podobna "nauka" płynie także z innej sceny. Gdy Murzyn dostaje się do domu Murraya (nie widzimy w jaki sposób) otoczonego przez kordon uzbrojonych ochroniarzy, zapytany, jak wszedł do środka, odpowiada: "Użyłem swej wyobraźni".

Ale dość narzekań na pretensjonalne dzieło Jarmuscha. Fanom jego twórczości powiem na pocieszenie, że Jarmusch i niektórzy recenzenci uważają, że "The Limits of Control" trzeba obejrzeć dwukrotnie, żeby je przyswoić. Ja jednak drugi raz na to nie pójdę.

"The Limits of Control", reż. Jim Jarmusch, USA 2009

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 29 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    35 głosów

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Ale POleciało

PO ma najgorsze notowania i najmniejszą przewagę nad PiS od wygranych wyborów. Tych z 2007 r. - pokazuje sondaż TNS OBOP. Urosły słupki PiS, Ruchu Palikota i SLD

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna