http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pielgrzym nad Tinker Creek, Dillard, Annie

Agnieszka Wolny-Hamkało
2010-01-26, ostatnia aktualizacja 2010-01-26 03:23

Gdyby była na świecie sprawiedliwość, leserów powinna spotkać kara - obowiązkowa lektura powieści Annie Dillard, czterystustronicowego opisu przyrody. Kara to jednak wątpliwa, bo ta nagrodzona Pulitzerem książka to fascynująca, dowcipna afirmacja świata natury jako miejsca codziennych cudów

Pielgrzym nad Tinker Creek, Annie Dillard

przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków

Każdemu z nas jakiś sprytny kolega radził w podstawówce, w jaki sposób szybciej przebrnąć przez szkolną lekturę: pominąć opisy przyrody. Biedni wieszczowie, na daremno projektujący nocami malownicze burze, malinowe chruśniaki i zamglone błonia. Gdyby była na świecie sprawiedliwość, leserów powinna spotkać kara - obowiązkowa lektura powieści Annie Dillard, czterystustronicowego opisu przyrody. Kara to jednak wątpliwa, bo ta nagrodzona Pulitzerem książka to fascynująca, dowcipna afirmacja świata natury jako miejsca codziennych cudów.

To obszar marginalizowany przez kultury wielkomiejskie. Świat uznany za nieciekawy, taki, który według mieszczuchów nie może zaoferować spektakularnych ekscytacji, wielkich pieniędzy, władzy, sławy. Czas tu płynie inaczej i człowiek z miasta wpada w popłoch zostawiony sam sobie, pozbawiony intensywnych bodźców. Dzwoni w uszach? I o to chodzi - twierdzi Dillard, pokazując nam przyrodę w poetyce baśni.

Akcja tej powieści rozgrywa się w domu położonym w pewnej dolinie. Wokół pną się Appalachy, rzeka toczy niezależne, bogate życie, pyszni się las. Wszystkie te miejsca dostarczają narratorce powodów do uniesień. Wszystkie goszczą setki ruchliwych, fascynujących stworzeń, którym można - dosłownie - poświęcić życie. Ale Dillard nie poprzestaje na śledzeniu modliszek. Zachwyca ją całe stworzenie: kłaki chmur, urok cienia, architektura gór. Samą siebie nazywa kolekcjonerką światła i my tę bajeczną, efemeryczną kolekcję poznajemy: promień, który pada ukośnie, wyprężony jak struna, rozproszone światło zimowego poranka, błysk na grzbietach rybek, który wybucha i niknie jak snop iskier.

Nie jest to jednak łatwy tekst pocieszycielski, wizja naiwna. Śmierć jest wpisana w ten świat i jest tak samo malownicza jak narodziny i tak samo przerażająca. Ale ta rzeczywistość jest całkowicie pozbawiona nienawiści i miło czyta się książkę, w której nie trzeba opowiadać się po żadnej stronie. "Pielgrzym" to także rodzaj tekstu medytacyjnego. Dillard, przywołując teksty pisarzy, naukowców i świętych, rozmyśla nad naturą czasu, mechanizmami zmysłów, obiektywnością piękna. Chociaż jest raczej mniszką niż pielgrzymką. Czytelnik wyobraża ją sobie zakutaną w swetry w samotnej chacie przysypanej śniegiem, godzinami przyglądającą się pająkom albo topniejącej bryle lodu, robiąc sobie przerwę na jakiś mały traktacik. Badaniami i anegdotami inkrustuje swoje namiętne credo. Bo szybko się orientujemy, że to wyznanie wiary, pochwała geniuszu przyrody, jej pomysłowości i rozrzutności. "Nasz stwórca uwielbia dawać czadu" - pisze Dillard.

"Odzyskać zmysły" to jej postulat. Wypaść z utartych torów widzenia świata, ze schematów i przesądów: zobaczyć, nie widzieć. W tym sensie Dillard jest współczesnym Henrym Davidem Thoreau, który w swoim "Waldenie" był dobrowolnym uciekinierem ze świata maszyn, namiętnym biografem przyrody.

Jakim językiem operuje Dillard? Łączy dwa dyskursy - naukowy i liryczny, ale z przewagą tego drugiego. Z tym że męczący staje się miejscami nadmiar przymiotników: "Peleryna grzybni kryje ziemię jak mgiełka, rozpościerając swe ślepe, cieniutkie niteczki bledziutkiej, rozrzedzonej bieli". Czy traci na tym intensywność jej wizji? Nie, choć odświeżająca ekscytacja autorki po prostu osuwa się w egzaltację. To jednak w pewnym sensie realizacja zamysłu: nad Tinkeer Creek nie chodzi o to, żeby było sexy-ekstra-super-turbo-maks. Tu wiele godzin można spędzić nad frapującym szlaczkiem, jaki zostawia w wodnym mule ślimak. Ponieważ, jak w jednym ze swoich wierszy napisał Andrzej Sosnowski, "wszystko, co żyje, chce żyć na sygnale". I tak właśnie jest.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Ale POleciało

PO ma najgorsze notowania i najmniejszą przewagę nad PiS od wygranych wyborów. Tych z 2007 r. - pokazuje sondaż TNS OBOP. Urosły słupki PiS, Ruchu Palikota i SLD

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna