Irlandzkiej supergrupie U2 mocno dostało się od brytyjskich mediów. A właściwie dostało się nie tyle zespołowi, ile BBC, która bardzo poważnie zaangażowała się w promocję ostatniego albumu Irlandczyków "No Line On The Horizon". Obok tak oczywistych - jak się wydaje - zabiegów jak wywiady z muzykami stacja zorganizowała także specjalny koncert U2 na dachu swojej londyńskiej siedziby w słynnym budynku Broadcasting House oraz zmieniła czasowo logo stacji na symbol BBC=U2. Efektem była gigantyczna fala krytyki.
Z oficjalną skargą wystąpiło RadioCentre, organizacja skupiająca komercyjne rozgłośnie radiowe. Głos zabrali również politycy. W każdym przypadku zarzuty były te same - publiczna stacja dała funkcjonującemu na komercyjnym bądź co bądź rynku muzycznym wykonawcy promocję wartą miliony funtów w czasie antenowym opłacanym z abonamentu obywateli. BBC nie pozostało nic innego, jak przeprosić. Uchodząca do niedawna za wzór niezależności i obiektywności stacja sama przyznała w specjalnym oświadczeniu, że posunęła się za daleko. Przy okazji hurtowo przyznała się do jeszcze jednego błędu - nieomal tak samo wielka promocja towarzyszyła też premierze ostatniego wydawnictwa grupy Coldplay, z czego BBC też postanowiło na wszelki wypadek się wytłumaczyć.
Stadionowe zadęcia To nie przypadek, że w całą aferę zamieszane są akurat U2 czy Coldplay. To gwiazdy starego typu. Wielkie stadionowe zespoły, które sprzedają miliony płyt, ale równocześnie wydają astronomiczne sumy na ich promocję. Spektakularne konferencje prasowe, gigantomania koncertowych dekoracji, premiery urządzane do spółki z potentatami rynku mediów (przypomnijmy że U2 dwie ostatnie płyty i towarzyszące im trasy realizowało w ścisłej współpracy z producentami dwóch urządzeń multimedialnych: iPhone'a oraz BlackBerry) - ich działania przypominają globalne strategie reklamowe.
W dobie kryzysu branży fonograficznej na taki rozmach i zadęcie mogą pozwolić sobie tylko najwięksi. A niedługo być może nie będzie sobie mógł pozwolić nikt. Dla gigantów pokroju U2 to może być problem. Dla wielu wykonawców od dawna operujących w zdecydowanie mniejszej skali - niekoniecznie. Im wystarczy internet. Nieważne, czy jesteś gwiazdą, czy może dopiero zaczynasz przygodę ze sceną i właśnie wypuszczasz swój pierwszy singel - sieć daje ci nieograniczone możliwości promocji. Nie rozpowszechniania muzyki - o tym wiadomo już od dawna (o czym najbardziej boleśnie przekonały się firmy płytowe). Właśnie promocji - na skrzyżowaniu sceny muzycznej i internetowego marketingu rodzą się pomysły na metody lansowania wykonawców, płyt, koncertów, które nigdy nie doczekałyby się realizacji w mediach tradycyjnych.
Porno promo Weźmy wideoklip. To już nie ten sam gatunek co jeszcze kilka lat temu - rozbuchany, epatujący technologiami, pożerający gigantyczne sumy na produkcję. Dziś zamiast rozmachu liczy się pomysł. Coś, co przykuje uwagę nie na wielkim telewizorze o wysokiej rozdzielczości, lecz na ekranie komputera lub nawet komórki. Artyści coraz mniej czują się na przykład skrępowani narzucanymi przez media ograniczeniami i przekraczają ostatnie tabu obyczajowe. Najlepszym przykładem jest klip niemieckiego Rammsteina do utworu "Pussy" - rasowe porno z udziałem samych muzyków. Podobnym tropem podążyła legenda trip-hopu Massive Attack. Zespół lada moment wydaje kolejną płytę. Promuje ją numer "Paradise Circus" i towarzyszący mu teledysk, w którym podstarzała gwiazda porno z lat 70. Georgina Spelvin wspomina swoją karierę. Jej wypowiedzi ilustrują fragmenty z jednego z jej najsłynniejszych filmów "The Devil In Miss Jones". Jest tu praktycznie wszystko - seks damsko-męski i między dwoma kobietami, trójkącik i seks analny, fellatio i ejakulacja. Żadna normalna
telewizja nigdy by czegoś takiego nie pokazała. Klipu nie zobaczymy zresztą i na cenzurujących swoją zawartość serwisach internetowych typu YouTube. Ale i Massive Attack, i wcześniej Rammstein mogli sobie pozwolić na takie ryzyko. Kiedyś byłby to wyrok śmierci dla teledysku. Dziś internet jest bardzo pojemny, a fani - niezwykle mobilni. Do krążącego w sieci filmiku szybciej dotrą niż kiedyś do klipu emitowanego w MTV. A zachęceni jego kontrowersyjną formą chętniej poinformują o nim innych - linki do "Paradise Circus" krążyły na przykład wśród użytkowników Facebooka.
Kto liże korę? Marketing wirusowy i reklama szeptana stały się potężnym narzędziem w promocji muzyki. Na dodatek dostępnym dla każdego - od gwiazd po zupełnie nieznanych wykonawców. I nieomal za darmo. Zamiast spektakularnej reklamy - pomysł na zaintrygowanie odbiorców, zamiast bijącej po oczach z gazet nazwy - zachęta dla fanów, aby sami poszukali więcej o usłyszanym kawałku czy obejrzanym klipie i przekazali informację znajomym.
Brytyjski
dziennik "Guardian" tylko w pierwszych tygodniach nowego roku doliczył się kilku bardzo spektakularnych przykładów takiej aktywności. Wymieniany wśród kandydatów na gwiazdy roku 2010 manchesterski duet Hurts trafił na pierwsze strony muzycznych gazet, zamieszczając na swojej stronie jedno czarno-białe zdjęcie i jeden skromny wideoklip do utworu "Wonderful Life". Jego strona internetowa to tak naprawdę tylko zwrotny link do MySpace'a. Strategia ryzykowna, ale jak widać, się opłaciła. Amerykański zespół Liars rozsiewa po sieci krótkie, pozbawione muzycznego podkładu filmiki pokazujące widoki opustoszałej plaży czy leśnych ostępów. To promocja nowego albumu grupy "Sisterworld". M.I.A. - wokalistka, która była objawieniem sceny alternatywnej trzy lata temu - umieściła właśnie na swoim profilu w komunikatorze internetowym Twitter zagadkowy klip. Być może to zapowiedź jej nowej płyty. Być może, bo o płycie oficjalnie nic nie wiadomo, klip jest nieopisany, widać na nim niewiele (składa się głównie z zielonkawych świetlnych rozbłysków) i tylko po głosie wokalistki można zorientować się, że to faktycznie jej nowe nagranie.
Są wykonawcy, którzy idą jeszcze dalej. Brytyjczycy zachodzą ostatnio w głowę, kim są Silver Columns, których profil w serwisie MySpace to tylko dwie świetne taneczne piosenki, którym nie towarzyszy żadna informacja o zespole ani klip. Hurts zamieścili przynajmniej jedno zdjęcie. Tu nie ma nic. Podobnie wygląda i strona internetowa enigmatycznego wykonawcy. Podziałało. Brytyjscy dziennikarze snują najbardziej fantazyjne pomysły, kto może stać za zagadkowym projektem: niemiecki zespół Digitalism, londyński duet didżejski Oxide & Neutrino, może nawet któryś z muzyków grupy Klaxons. Największą zagadką ostatnich tygodni jest jednak klip, który w serwisie YouTube umieścił niejaki "iamamiwhoami". Opisanemu tylko cyframi filmikowi, w którym oglądamy między innymi wymazaną błotem kobietę liżącą korę oraz ściekające po pniu drzewa mleko, towarzyszy kawałek intrygującego electro. Krytycy snują przypuszczenia, że chodzi o nowy album
The Knife,
Goldfrapp, a nawet Christiny Aguilery. A tymczasem klip żyje własnym życiem - zbiera następne dziesiątki tysięcy odsłon, komentarze i jest powielany na kolejnych profilach użytkowników YouTube.
Może i nie są to zabiegi tak spektakularne jak występ na dachu Broadcasting House. Ale - zwłaszcza gdy towarzyszy im naprawdę dobra muzyka - najwyraźniej coraz skuteczniej działają zarówno na media, jak i zwykłych fanów.