"Jeden z waszych biec musi za Olgierdem ku Rusi/ Ponad Ilmen, pod mur Nowogrodu/ Tam sobole ogony i srebrzyste zasłony,/ I u kupców tam dziengi jak lodu" - instruował synów stary Budrys w balladzie Mickiewicza.
Atlantyda w tytule książki Bratkowskiego to właśnie owa przebogata średniowieczna republika kupiecka Nowogrodu Wielkiego. Atlantyda dlatego, że zapomniana prawie tak jak tamten mityczny kraj. Zapomniana celowo zdaniem autora. W oficjalnej historii Rosji z czasów carskich i radzieckich starano się ukryć pamięć o tej niezwykłej republice, która kniaziów po prostu sobie wynajmowała na zasadzie kontraktu. Tych tradycji nowogrodzkich, tak obraźliwych dla samodzierżawia, nienawidzili późniejsi władcy moskiewscy i Iwan Srogi w końcu XV wieku wysiedlił całą ludność Nowogrodu Wielkiego, osadzając tam nowych mieszkańców. Widocznie jednak ci nowi zarazili się duchem miasta, bo niecałe sto lat później Iwan Groźny kazał nowogrodzian wyrżnąć, oskarżając o spiskowanie przeciw władzy carskiej.
To już druga książka Stefana Bratkowskiego o Nowogrodzie Wielkim. Pierwsza, wydana 10 lat temu, nazywała się "Pan Nowogród Wielki" - taki tytuł (gospodin) przybrało to dumne z siebie miasto. - Nieprawda, że
Rosja nie ma w swej historii tradycji demokratycznych - twierdzi autor. - Ma, w Nowogrodzie Wielkim. I powinna te tradycje odkopać.
"Odkopać" ma także znaczenie dosłowne. Podczas wykopalisk archeologicznych, które od jakiegoś czasu w Nowogrodzie trwają, odkryto np. mnóstwo zwitków z kory brzozowej. Początkowo myślano, że to pływaki do sieci rybackich. Do czasu kiedy jedna z robotnic przy wykopie zauważyła na zwitku dziwne znaki . Były to "bukwy" - litery. Z wielką ostrożnością zaczęto rozwijać dziwne "pływaki". Okazało się, że zawierają między innymi prywatną korespondencję między mieszkańcami miasta. Czym dla starożytnego Egiptu był papirus, tym dla średniowiecznego Nowogrodu - specjalnie preparowana kora brzozowa. W czasie kiedy u nas pisać i czytać umiała garstka księży i zakonników, tam mieszkańcy pisali do siebie listy i sporządzali pisemne umowy handlowe! No, ale u nas językiem ludzi wykształconych była łacina, a tam, dzięki dużo wcześniejszemu wielkiemu dziełu Cyryla i Metodego, można było posługiwać się alfabetem dostosowanym do języków słowiańskich. Język południowych Słowian, wśród których działali Cyryl i Metody, nie różnił się jeszcze wtedy tak bardzo od języków Słowian północnych, by nowogrodzianie nie mogli z ich alfabetu korzystać.
"Atlantyda" Bratkowskiego nie jest publicystyką historyczną ani książką tzw. popularyzatorską. To próba nowego odtworzenia historii Nowogrodu Wielkiego, budowana tak jak puzzle - z kawałków. Kawałek z kronik ruskich, kawałek z sag skandynawskich (kniaziami kijowskimi i nowogrodzkimi byli Waregowie - przybysze ze Skandynawii), kawałek z tego, co o Nowogrodzie wiedziano w Bizancjum, co wiedzieli o nim geografowie i kupcy arabscy, co wiedziała Europa, jakie ślady językowe zachowały się w fińskim, bo obok Słowian Ugrofinowie tam mieszkali. Te kawałki trzeba ze sobą łączyć i dopasowywać - często w ostrych polemikach z innymi historykami - by wreszcie stworzyły sensowną całość.
Jest dziś moda na specjalizację przez całe życie. Jeśli ktoś napisał pracę magisterską np. o Sobieskim pod Wiedniem, to powinien to rozwinąć w pracy doktorskiej, potem w habilitacyjnej i jeszcze w paru książkach. Zejdzie mu na tym pewnie większość aktywnego życia.
Bratkowskiego można postawić na drugim biegunie. Coraz to coś innego go fascynuje i rzuca się na to z największym zapałem. Gdyby ktoś nigdy o nim nie słyszał i tylko w katalogu jakiejś biblioteki zobaczył tytuły książek autorstwa Bratkowskiego, pomyślałby zapewne, że jest kilku autorów o tym samym imieniu i nazwisku. Ten od historii bankowości i instytucji ubezpieczeń, inny to biograf Kościuszki, trzeci futurolog od "Księgi wróżb prawdziwych", czwarty zajmujący się zarządzaniem w firmach i poradnikami - można by ciągnąć tę listę, bo to chyba mniej niż połowa zainteresowań dziennikarskich i pisarskich Bratkowskiego.
Być może gorszy to zwolenników surowej specjalizacji, ale w życiu umysłowym w Polsce ten niebywale wszechstronny (i niezmordowanie pracowity), kipiący wciąż nowymi pomysłami Bratkowski od pół wieku odgrywa wielką rolę. Wszystkie jego książki biorą się z tego, że uznaje nagle, iż coś jest niezwykle ważne dla współobywateli, i rzuca się do pisania, by ich o tym przekonać. Prawie 40 lat temu był głównym laureatem pierwszej edycji ustanowionej wówczas przez tygodnik "Polityka" nagrody Drożdże i ta nazwa nagrody doskonale tę jego rolę opisywała.
Nie mam wątpliwości, że książki o Nowogrodzie w zamyśle autora, który "nie wie, że nic zrobić się nie da", miałyby odegrać rolę takich drożdży - tym razem u naszych sąsiadów. Pomóc im w odkrywaniu zapomnianej wiedzy o innych jeszcze tradycjach prócz władzy carów białych i czerwonych.