Gdy zobaczyłem trailer "Nine" - z Danielem Day-Lewisem w roli reżysera Guido Continiego przeżywającego zawodowe i osobiste rozterki, a obok niego wianuszek sławnych aktorek o zgrabnych nogach; gdy usłyszałem numer "Be Italian", jak się potem okazało - najlepszy w całym filmie; gdy ujrzałem szybko zmontowane kawałki taneczne potwierdzające inscenizacyjno-choreograficzny kunszt Roba Marshalla, reżysera oscarowego "Chicago", pomyślałem, że to może być niezły kawałek kina.
Potem jednak przyszło otrzeźwienie. No bo co można zrobić z "Osiem i pół"? Nakręcić jego remake? Przeinterpretować to dzieło 46 lat po premierze? Któż by się na to odważył? Zresztą arcydzieł się nie poprawia.
Poza tym, pamiętajmy, że "Nine" to nie jest ekranowa przeróbka filmu Felliniego, lecz broadwayowskiego musicalu na nim opartego - Fellini zgodził się na musical, pod warunkiem że na plakacie nie pojawi się jego nazwisko. A więc z założenia sfilmowany ersatz, "wyrób czekoladopodobny".
Co z Felliniego ostało się w "Nine"? Kręgosłup dramaturgiczny i raptem kilka wiernie powtórzonych scen. Resztę scen wyrzucono albo przerobiono, pojawiła się za to nowa postać - kostiumolog Lilli (Judi Dench), która pomaga bohaterowi wyjść z opresji. W "Nine" reżyser Contini (brzmi podobnie jak Fellini, w filmie Włocha reżyser nazywa się Anselmi) szykuje się do kręcenia fabuły "Italia". Tylko szykuje, bo nie ma scenariusza, dlatego ostatecznie ucieka z planu do miejscowości uzdrowiskowej (Fellini tak samo uciekł od realizacji "Podróży G. Mastorny").
W czym tkwi problem "Nine"? U Felliniego wszystko - jego wspomnienia, sny, lęki i obsesje - zawiera w sobie tajemnicę. Kwintesencją tej tajemnicy jest magiczna formuła, jaką telepatyczne medium wyciąga z głowy filmowego reżysera: ASA NISI MASA. Tymczasem musical wszystko konkretyzuje, w tekstach piosenek powracają ujęte trywialnie rozterki, które da się w skrócie ująć w słowach: "O co mi, kurczę blade, chodzi w życiu? Czemu tak głupio się zachowuję? Dlaczego nie potrafię nakręcić tego filmu?". Swoją drogą "Nine" średnio radzi sobie też jako musical - nie ma w nim przebojów do nucenia, poza wspomnianym "Be Italian".
Na czym koncentruje się fabuła filmu Marshalla? Wątek niemocy twórczej przechodzi tu na drugi plan, ironiczne wycieczki Felliniego w stronę Pana Boga są ledwie zaznaczone. Najważniejsze są motywy damsko-męskie, erotyczno-uczuciowy wielokąt. "Nine" to film o mężczyźnie okłamującym wszystkich, łącznie z samym sobą. Kobiety chcą mu wierzyć, bo im na nim zależy, on wierzy w swoje kłamstwa, bo mu tak wygodnie. Anglik Daniel Day-Lewis do roli zakłamanego czarusia nadaje się idealnie. Poza tym, w przeciwieństwie do Marcello Mastroianniego z "Osiem i pół", nie musi nosić ciągle okularów, by wyglądać na intelektualistę. Zresztą bardziej niż Mastroianniego przypomina tu - z racji fryzury, ciemnych szkieł i ciągłego palenia - reżysera Jeana-Luca Godarda. Nie ma znaczenia, że Day-Lewis nie jest latino, tak jak dwaj inni panowie, którzy grali Guida na scenie - Raul Julia i Antonio Banderas.
Co musi dojść do głosu, gdy mamy na ekranie przystojnego faceta i ładne panie? Zmysłowość. I to jest główna siła "Nine".
Zmysłowo objawia się nam kochanka Guida - Carla (Penélope Cruz). Zmysłowa umie być odtrącona żona reżysera Luiza (Marion Cotillard), choć francuską aktorkę obsadzono tu chyba głównie z powodu podobieństwa jej spojrzenia do zapłakanych oczu Giulietty Masiny, żony Felliniego, którą ten, jak się okazało już po jego śmierci, wielokrotnie zdradzał za życia. Zmysłowa jest amerykańska dziennikarka Stephanie (Kate Hudson), której podoba się, że w filmach Guida objawia się włoski sznyt, czyli dobrze ubrani, przystojni macho. Zmysłowości nie brak muzie reżysera - aktorce Claudii (Nicole Kidman), choć ta akurat jest najkonkretniejsza: nie zgadza się wystąpić w filmie bez scenariusza, no i wie, że Guido kocha ją tylko wtedy, gdy ona stoi przed jego kamerą. Swoistej zmysłowości można się dopatrzyć nawet w tańcu Guida z jego matką (Sofia Loren) przybywającą doń z zaświatów. Na sceny damsko-męskie naprawdę patrzy się tu z przyjemnością.
Gorzej jest z trybem, w jakim snują tę filmową opowieść. Biegnie ona dwutorowo. Jeden tor to życie bohatera, drugi to przedstawienie, które je opisuje (całość zaczyna się wszak od wejście Guida do słynnej sali zdjęciowej nr 5 w rzymskim Cinecitta, gdzie ma on jak Fellini robić film). Przeskok z jednego toru na drugi często ma niestety charakter mechaniczny, chodzi wyłącznie o to, by urozmaicić obraz. Przykładowo - mały Guido (we wspomnieniu dorosłego reżysera) biegnie z kolegami na plażę, żeby za parę monet skłonić do lubieżnego tańca roznegliżowaną Saraghina (Fergie). Widzimy więc czarno-białą scenę plażową i jej barwne estradowe odwzorowanie. Niezbyt do siebie pasują. Są jak klip muzyczny przyklejony do filmu.
Oglądając "Nine", nie mogłem się opędzić od banalnej refleksji, że historia kina zatacza krąg. U jego zarania robiono parominutowe, nieme wersje "Hamleta", a teraz przyszła pora na śpiewane "Osiem i pół". To taki Fellini w wersji light. Ale czy można się było spodziewać innego w epoce telenowel?
"Nine", reż. Rob Marshall,
USA 2009