Rozmowa z
Mor Karbasi
piosenkarką, gwaizadą world music
Tomasz Handzlik: Podobno dostajesz listy od fanów, którzy piszą, że nie rozumieją ani jednego słowa z twoich piosenek. Zamiast o miłości równie dobrze mogłabyś więc śpiewać o wczorajszych zakupach... Mor Karbasi: ...albo przypalonych tostach, które jadłam na
śniadanie (śmiech). A tak na serio - myślę, że moje piosenki trafiają do słuchaczy, bo nawet jeśli nie znają języka ladino, to mam wrażenie, że doskonale odczytują język zawartych w tej muzyce emocji. Emocje to najlepszy z możliwych tłumaczy. Czuję to zresztą za każdym razem stając przed nową publicznością. Udaje mi się wznieść ponad słowa.
Dlaczego ladino? - To język żydowski. Powstał jako dialekt języka hiszpańskiego w XV w., kiedy Żydzi sefardyjscy zostali wygnani z Półwyspu Iberyjskiego. Zawiera więc w sobie wszystko, co znam, wszystko, co jest mi bliskie, czego ja, moja rodzina i nasi przodkowie doświadczyli.
Pokochałam od razu pieśni w języku ladino. Większość z nich opowiada o miłości, a ja właśnie takie piosenki chciałam śpiewać. Ladino także dlatego, że to język, który zanika. W Izraelu jest co prawda spora grupa ludzi pielęgnujących ten styl, ale młodzi wolą już się uczyć angielskiego niż nowego, skomplikowanego alfabetu.
Ladino jest bardzo szerokim i pojemnym stylem. To nie tylko
muzyka Żydów sefardyjskich. Jego pieśni wywodzą się także z Grecji, Turcji, Francji, krajów arabskich. To właściwie muzyka całego świata, w której nie ma żadnych kulturowych ograniczeń. Moja matka pochodzi z Maroka. W domu grywała wiele marokańskich pieśni, śpiewała mi także hebrajskie kołysanki. Zanim jednak postanowiłam śpiewać w ladino, występowałam z zespołami flamenco. To wspaniała, ognista muzyka, ale szybko się przekonałam, że aby być śpiewakiem flamenco, trzeba się nim po prostu urodzić. Flamenco albo masz we krwi, albo jesteś tylko bardziej lub mniej zdolnym naśladowcą tego stylu. A ja jestem Żydówką, kocham muzykę irańską i arabską. Kiedy więc oznajmiłam, że będę śpiewaczką ladino, dziadek powiedział z dumą: "Płynąca w naszych żyłach krew nigdy nie zapomina, skąd pochodzi". I chyba właśnie tak jest w moim przypadku. Pieśni ladino same mnie odnalazły. Śpiewam tę muzykę tak, jak ją czuję. Nie zastanawiam się, czy interpretacja jest zgodna z tradycją, bo mam wrażenie, że wiem, jak należy to robić. I to się chyba sprawdza.
Pierwsza piosenka? - Napisałam ją przez telefon. Tuż przed powołaniem do wojska poznałam gitarzystę i kompozytora Joe Taylora. On mieszkał w Anglii, ja w Izraelu. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon, aż kiedyś wpadł nam do głowy pomysł na piosenkę. Ustawialiśmy nasze telefony na funkcję "głośnomówiący" i zaczęliśmy razem komponować. Tak powstała większość piosenek z mojego pierwszego albumu. Ostateczne poprawki robiliśmy podczas spotkania w londyńskim studiu.
Służyłaś w armii? - Tak naprawdę byłam tam bardziej zawodową piosenkarką niż żołnierzem. Moje miejsce było w kantynie, gdzie śpiewałam co wieczór. Co jakiś czas tylko kazali mi iść na strzelnicę, żeby sprawdzić, czy potrafię jeszcze trafić do celu. Bo w Izraelu każdy musi się nauczyć posługiwać bronią, walczyć, rozbrajać ładunki wybuchowe.
My, urodzeni w Jerozolimie, jesteśmy jakby z innego świata, innej rzeczywistości. Przerażeni, wrażliwi na każdy hałas w obawie przed kolejnym wybuchem bomby ludzie to codzienność.
Życie w tym mieście jest jak loteria. Niektórzy popadli już w tak wielką paranoję, że idąc ulicą, zastanawiają się: czy to ja dziś wylecę w powietrze, czy może ktoś inny...
Terroryzm dotknął twoją rodzinę? - Na szczęście niezbyt boleśnie. Babcia wybrała się kiedyś na targ. Skończyła właśnie zakupy i ledwie zdążyła postawić nogę na stopniach, wsiadając do autobusu, kiedy za jej plecami połowa targu wyleciała w powietrze. Babcia na kilka tygodni straciła słuch.
Ale nawet jeśli Jerozolima to miasto, które ma problemy, targane jest politycznymi i społecznymi konfliktami, jest najpiękniejszym miejscem na świecie. Miałam olbrzymie szczęście, że właśnie tam się urodziłam. Bo Jerozolima ma w sobie jakąś magiczną moc. Czujesz to, spacerując po mieście. To uczucie, którego nie doświadczysz w żadnym innym kraju.
To dlaczego przeprowadziłaś się do Londynu. Czujesz się tam bezpieczniej? - Nie. Londyn przecież też przeżywa zamachy terrorystyczne, w telewizji często się słyszy, że ktoś napadł na Żyda. Mnie też już ktoś obrzucił tutaj antysemickimi obelgami. Nie czuję się więc bardziej bezpieczna. Zwłaszcza że w Izraelu byłam wśród swoich. Tam miałam rodzinę, przyjaciół, znałam otaczających mnie ludzi i miejsca. Ale Londyn to muzyczne centrum Europy i świata. Daje mi szansę zaistnienia na muzycznej scenie.
Brytyjski dziennik „The Guardian” już okrzyknął cię największą diwą młodej generacji. Gdybym została w Izraelu, znaliby mnie tylko mieszkańcy mojego kraju. Marzyłam o światowej karierze, o tym, żeby moją muzykę mogli usłyszeć ludzie na całym świecie. Przeprowadzka do Londynu okazała się dobrą decyzją, bo marzenie zaczyna się powoli spełniać. A dla takich recenzji można nawet ścierpieć tę nieznośną angielską pogodę.
Mor Karbasi wystąpi w sobotę w Filharmonii Szczecińskiej, a w niedzielę w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Szczegóły na www.koncerty.com/morkarbasi