http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Samotność anioła zagłady, Szmidt, Robert

Łukasz Orbitowski
2010-01-19, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 18:56

Łukasz Orbitowski
Fot. Krzysztof Gutkowski / Agencja Gazeta
Łukasz Orbitowski
ZOBACZ TAKŻE


Samotność anioła zagłady

Robert J. Szmidt

Fabryka Słów, Lublin



Wyobrażenie świata po końcu świata jest mniej więcej klarowne niezależnie od medium, które o nim opowiada. Mel Gibson w "Mad Maksie" naparzał się z wojowniczymi niedobitkami na ruinach świata, tę samą wizję, uchwyconą serio, proponuje Cormac McCarthy w "Drodze". Doskonale wiem, czego się spodziewać, gdy opadnie promieniowanie. Kumplem będzie obrzyn, kochanką manierka, a wrogiem wszystko wokół. Zaatakują mnie zmutowani ludzie i zwierzęta, które pokonam, zebrawszy po drodze nielichy łomot. Będę przemawiał wyłącznie krótkimi sentencjami, których słuchać będzie dziewczyna mądra i piękna, ocalona przeze mnie z tej zawieruchy, a koniec końców znajdziemy oazę, gdzie podejmiemy trud zwiększenia populacji, inicjując w ten sposób cywilizacyjne odrodzenie. Mniej atrakcyjny rozwój wydarzeń oznacza moją śmierć chwalebną - będę Atlantydą tonącą w odmętach barbarzyństwa. Chyba że trafię do świata z "Samotności anioła zagłady" Roberta J. Szmidta. Wtedy mam przechlapane.

Armagedon w ujęciu katowickiego autora sprowadza nie atom ani żaden tam wirus, ale ładunki trineutrinowe eliminujące wszystko, co żyje, łącznie z bakteriami i Chuckiem Norrisem. Nie przetrwa nawet nurek czy górnik w kopalni - ocalałych wykończy promieniowanie. Zarazem ten rodzaj broni detonowanej nad ziemią pozostawia nietknięte domy i drogi, cała infrastruktura trwa w stanie doskonałym, tyle że nie ma komu z niej korzystać. Wszystko poszło w diabły, szczęściem na krótko. Program Arka po paru latach, gdy promieniowanie opadnie, uruchomi specjalne procedury, nasycając naszą planetę życiem od nowa. Zacznie od bakterii, z myślą o garstce zahibernowanych wybrańców, forpoczcie ludzkości do nowego wspaniałego świata. Niestety, budzi się tylko jeden. Adam Sawyer, żołnierz zwany aniołem zagłady - nie bez powodu. Wychodzi z nowoczesnej krypty na wielką trumnę świata.

Radości i kłopoty związane z postapokaliptycznym światem okazują się fikcją. Facetowi nie brakuje niczego, bo i nikt nie awanturuje się o pozostawione przez ludzkość wspaniałości. Można jeść, ile się chce, co prawda głównie suszone mięso i orzeszki ziemne, popijając je za to każdym, najbardziej wymyślnym alkoholem. Nie ma za drogiego samochodu czy książki, o którą ktoś by się upomniał. Nikt nie próbuje walczyć o władzę, pozbawić naszego bohatera nagromadzonych dóbr czy zwyczajnie go uśmiercić; brak mutantów skażonych promieniowaniem. Nie ma do kogo gęby otworzyć. Żadnych przyjaciół ani wrogów i wolałby już dziką bandę i jej dzidy, nawet pisać nie ma po co, bo i kto poczyta.

Adam wybiera wyjście zmieniające "Samotność " w powieść o... alkoholu. Dopuszczam nawet możliwość, że Szmidt jest opłacany przez Jacka Danielsa, którego wysokoprocentowe widmo paruje niemal z każdej strony. Pijaństwo, czynność podła, słusznie spotykająca się z dezaprobatą, tu zyskuje niespodziewany walor, pozwalając przetrwać - to lepsze rozwiązanie niż szaleństwo. Bo i jak nie zwariować, rozwiązując zagadki pozostawione przez umarłych, gdy odpowiedzi nie interesują już nikogo; czytając amerykańskie komiksy, jeżdżąc bez celu, kolekcjonując marzenia własnego dzieciństwa, nowych dzieci zaś nie ma i nie będzie. Dobrze choć, że facet jest żołnierzem, zresztą literacki aspekt pracy Szmidta budzi skojarzenia z kolokwialnością meldunków frontowych. Zastanawiałem się kiedyś, kim będzie ostatni człowiek na ziemi. Już wiem - będzie menelem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 17 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    29 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':