„Jestem rozdarta - jak mój szczęśliwy film ma się do tego, co dzieje się w prawdziwym świecie?” - mówiła Meryl Streep, odbierając siódmego w karierze Złotego Globa za rolę w komedii „Julie i Julia”. „W takich chwilach przypominam sobie głos mojej mamy: »Przekaż trochę pieniędzy dla organizacji charytatywnych, włóż sukienkę, uśmiechnij się i bądź wdzięczna, że masz parę dolarów, żeby pomóc «”.
Prawie wszyscy goście tegorocznej ceremonii pojawili się z wstążkami w barwach narodowych
Haiti, niektórzy zachęcali do wspierania ofiar
trzęsienia ziemi wprost ze sceny. Byli też tacy, którzy z tego powodu na ceremonię nie przyszli - jak Alec Baldwin, który nie odebrał statuetki dla najlepszego aktora w serialu komediowym lub musicalu ("Rockefeller Plaza 30").
W plebiscycie, jakim co roku są Złote Globy, w tym roku do przegranych należał Quentin Tarantino. Jego nominowane w czterech ważnych kategoriach "Bękarty wojny" dostały tylko jedną nagrodę - odebrał ją uznany za najlepszego aktora drugoplanowego Christoph Waltz (za rolę esesmana Hansa Landy). I chociaż komplementował ze sceny Tarantino, jak mógł, reżyser wyraźnie nie mógł ukryć żalu.
Werdykt dziennikarzy Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej akredytowanej przy
Hollywood (HFPA) w tym roku docenił i kino kameralne, i rozbuchane produkcje. Z perfekcyjnie dopieszczonym, gwiazdorskim musicalem "Dziewięć" (w naszych kinach już od piątku) wygrał o połowę tańszy, frywolny i niepoprawny "Kac Vegas" (najlepsza komedia lub musical). Z mocnymi, wyrazistymi fabułami "Bękartów wojny" i "Dystryktu 9" - skromny, delikatnie komediowy "W chmurach" (najlepszy scenariusz). Ten błyskotliwy, popularny film na czasy kryzysu (George Clooney gra w nim pozornie cynicznego specjalistę od zwalniania pracowników) to kolejna perełka Jasona Reitmana (reżysera "Juno") - i kolejny przykład na to, jak ożywczy ton amerykańskiego niezależnego kina wpływa na tamtejszy mainstream.
Jednocześnie dwie najważniejsze statuetki powędrowały do produkcji najdroższej, symbolizującej hollywoodzki rozmach - "Avatara" uznano za najlepszy film roku, a Jamesa Camerona za najlepszego reżysera. Nad kinem autorskim triumfowało oszałamiające widowisko, genialny popis możliwości technicznych. Uwodzicielska bajka, psychologicznie naiwna, fabularnie płaska, a jednak magnetyzująca.
Przebąkiwano oczywiście o "nowej erze kina", którą Cameron rzekomo rozpoczyna, i o wielomilionowych zyskach, które film ten generuje ("Połowa zasila
budżet stanu" - żartował gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger). Sam reżyser wydawał się dziwnie spięty, jakby zwycięstwa wcale nie był pewien, ale na finał przygotował płomienną mowę - o tym, że praca w filmie to najlepsze zajęcie na świecie, a kino jest po to, by realizować sny. Jeden ze snów Camerona, który od lat szukał sposobu, by przebić sukces swojego "Titanica", spełni się na pewno - nawet jeśli w ostatnich latach zwycięzcy Złotych Globów nie zawsze dostawali Oscary, film Camerona zgarnie ich mnóstwo: w kategoriach technicznych, których w wypadku Globów nie ma, będzie bezkonkurencyjny.
Nudnawą atmosferę niedzielnej ceremonii próbował rozkręcić prowadzący galę Ricky Gervais (u nas znany z serialu "Biuro"). A to zasugerował, że statuetkę można kupić, a to pojawił się z kuflem piwa, by opowiedzieć o swojej słabości do alkoholu. Kilkakrotnie sala się ożywiała - gdy wyróżniony nagrodą honorową im. Cecila B. DeMille'a Martin Scorsese opowiadał przez kilka minut o magii kina, gdy Złoty Glob dla najlepszego aktora dramatycznego (za "Crazy Heart" ) odbierał Jeff Bridges ("Uspokójcie się, bo zadajecie kłam tezie, że jestem aktorem niedocenianym"). I gdy na scenie pojawiła się Sophia Loren, by wręczyć Michaelowi Hanekemu nagrodę dla najlepszego filmu obcojęzycznemu za "Białą wstążkę".
Karnawał przeplatał się z patosem. Z jednej strony teatralna histeria w wykonaniu Drew Barrymore (najlepsza aktorka w miniserialu - "Grey Gardens"), z drugiej - aktorskie wyróżnienia dla dwóch filmów o czarnoskórych odmieńcach. Za niczym niewyróżniającą się rolę kobiety przygarniającej chłopca, który nie umie czytać, za to jest znakomity w grze w amerykański football, nagrodę odebrała Sandra Bullock ("The Blind Side"). Lepszy, chwilami naturalistyczny "Precious" wyróżniony został zasłużoną nagrodą dla Mo'nique, która zagrała matkę otyłej 17-latki wykorzystywanej seksualnie przez ojca.
W przypadku Złotych Globów lwią część kategorii stanowią wyróżnienia dla produkcji telewizyjnych - to właśnie ambitne seriale, jak z namaszczeniem podkreślano w Beverly Hilton Hotel, stały się schronieniem dla ambitnych scenarzystów, reżyserów, ale i aktorów (Jessica Lange - "Grey Gardens", Glenn Close - "Układy", Kenneth Branagh - "Wallander: One Step Behind"). M.in. serialowe projekty ma w planach nominowany za muzykę do "Single Man" Abel Korzeniowski (przegrał z kompozycją do animowanego "Odlotu"). Podczas gali był za to jeszcze jeden polski akcent: Alicja Bachleda-Curuś siedząca przy stoliku z Robertem Downeyem Jr. (nagroda za rolę w "Sherlocku Holmesie") i Colinem Farrellem.