http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wydeptałem swoją ścieżkę

rozmawiał Paweł Felis
2010-01-18, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 13:42

A Single Man
A Single Man

- Czułem, że chcę czegoś więcej. Że muszę się rozwijać. Hollywood było ryzykiem, niektórzy patrzyli na mnie jak na marzyciela, który nie wie, co go czeka. Ale ja nie umiem żyć bez ryzyka - rozmowa z Ablem Korzeniowskim, kompozytorem muzyki filmowej nominowanym do Złotych Globów

A Single Man - plakat
A Single Man - plakat
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Paweł T. Felis: "Kiedy pytano mnie, gdy byłem dzieckiem, kim chcę zostać, odpowiadałem: chcę być bogaty, chcę być sławny, chcę mieszkać w wielkim mieście i mieć niewiarygodne życie". To zdanie reżysera "Single Man" Toma Forda. Podpisałbyś się pod tym?

Abel Korzeniowski: Raczej nie, chociaż na pewno od dawna chciałem mieszkać w Hollywood. I to się udało.

Parę lat temu w Cieszynie, gdzie wyświetlany był "Metropolis" Fritza Langa z twoją muzyką, miałeś za sobą dopiero parę kompozycji do filmów Jerzego Stuhra i Adama Więcka. Już wtedy myślałeś o karierze za granicą?

- Zgodziłem się na "Metropolis", bo to wyzwanie, a ja chciałem sprawdzić się w dużej formie orkiestrowej. Mogłem skupić się na tej pracy przez sześć miesięcy, całkowicie się temu oddać, w pewnym sensie pokazać wszystkie swoje możliwości. Byłbym fałszywy, gdybym nie przyznał, że miałem wtedy w głowie taką myśl: może to właśnie będzie przepustka do wyjścia na zewnątrz? Kompozytorów jest na świecie mnóstwo i żeby zaistnieć, trzeba mieć mocne entrée. Ale okazało się, że muzyka do "Metropolis" umarła niemal razem z końcem festiwalu Era Nowe Horyzonty. Zacząłem więc szukać do Hollywood innej ścieżki.

Ale dlaczego Hollywood? Sam wyrażałeś się wcześniej o amerykańskim systemie produkcyjnym dość krytycznie.

- Czy tego chcemy, czy nie, to tam jest serce przemysłu filmowego, tam są największe gwiazdy, największy rynek, na którym można znaleźć sobie własne miejsce czy to w mainstreamie, czy w kinie niezależnym, które działa tu najprężniej na świecie. W Polsce zrobiło mi się zbyt ciasno - nawet po nagrodzie w Gdyni za "Duże zwierzę" propozycje przychodziło rzadko. Z drugiej strony wpadłem w ścieżkę, która wydawała mi się zbyt bezpieczna. Mogłem dalej od czasu do czasu pisać do kina, brać dobrze płatne komercyjne zlecenia, ale czułem, że chcę czegoś więcej. Że muszę się rozwijać. Hollywood było ryzykiem, niektórzy patrzyli na mnie jak marzyciela, który nie wie, co go czeka. Ale ja nie umiem żyć bez ryzyka.

Co cię w Hollywood zaskoczyło?

- Ludzie. Mówi się, że Los Angeles to środowisko żmij, że człowiek z zewnątrz zawsze będzie miał tu pod górkę. A ja spotkałem mnóstwo osób, które bezinteresownie mi pomogły, wyciągnęły rękę. Przy okazji miałem niewiarygodnie dużo szczęścia - po ledwie trzech zagranicznych filmach przyszła propozycja napisania muzyki do "Single Man", potem nominacja do Złotego Globu. Spodziewałem się, że minie wiele lat, zanim wydepczę sobie tu własną ścieżkę i wyrobię nazwisko. Jak dziś na to patrzę, to poszło ekspresowo.



Co zadecydowało o tym, że zaangażował cię Tom Ford, prestiżowa agencja Evolution Music Partners, z którą podpisałeś kontrakt, czy prywatne kontakty?

- Jedno i drugie. Agencja bardzo pomaga w sprawach formalnych, dba u umowy, zgłasza na castingi, jeśli takie są organizowane. Ale gdyby Tom Ford nie dostał od znajomej moich płyt - i gdyby muzyka mu się nie spodobała - zaangażowałby kogoś innego.

Oglądałem wywiady, których udzielałeś w Stanach - w każdym podkreślasz, jak świetnie ci się pracowało z Fordem. Nie wierzę, że nie było żadnych zgrzytów.

- Były momenty przyjemne i rozmowy trudne - jak zawsze. Tom miał swoją wizję filmu i muzyki, bo zanim w ogóle zabrał się do pracy na planie, wszystko skrupulatnie ułożył sobie w głowie. Oczywiście to ja pisałem nuty, ale pełniłem rolę puzzla, który musi pasować do całej układanki. Czasem to ja rozpychałem tę budowlę w swoją stronę, czasem Tom. Nie mam problemu, żeby wejść w konwencję, jeśli tego się akurat ode mnie oczekuje. Tak było np. przy animacji "Terra", do której napisałem dość klasyczną muzykę ilustracyjną.

Akurat w przypadku "Single Man" muzyka ani przez chwilę nie jest przezroczysta - to ona tę miłosną historię wykładowcy geja przenosi na poziom mitu, archetypicznej opowieści o niespełnieniu.

- Dlatego jestem podwójnie szczęśliwy, że tę muzykę tak bardzo doceniono - mogłem sięgnąć po to, co w komponowaniu pociąga mnie najbardziej, pokazać swoje możliwości, a jednocześnie pracować przy naprawdę niezwykłej, przejmującej historii, w której zakochałem się od początku. Nie mam złudzeń, że gdyby film nie był tak dobry, gdyby nie stały za nim świetne role Colina Firtha i Julianne Moore, a jednocześnie nazwisko Toma Forda, ta sama muzyka mogłaby przejść bez echa.

Liczysz na Złoty Glob? A może bardziej stawiasz na Oscary?

- Ja zawsze wierzę w rzeczy, które wydają się nierealne. Oczywiście sama nominacja do Złotego Globu otwiera już mnóstwo drzwi. Niektórzy kompozytorzy czekają na nią całe życie. Ale gdyby udało się tę statuetkę zdobyć, a później powalczyć o Oscara, nie miałbym nic przeciwko temu.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':