Robert Sankowski: Czy Jackowi Borcuchowi udało się uchwycić klimat epoki? Krzysztof Grabowski: Udało. O tamtych czasach filmów jest mało. Zabrakło mi może trochę odniesienia do relacji zespół - rówieśnicy. Ale pewnie nie było na to miejsca i czasu. No i nie pojawia się Milicja Obywatelska.
W filmie bohaterowie zakładają swój zespół w 1981 r. Ty wtedy zakładałeś SS-20, które rok później zmieniło nazwę na Dezerter. - Właśnie dlatego mogę powiedzieć, że ten film jest bardzo prawdziwy. Nawet miejsce na próby czy brzmienie kapeli, drobiazgi - tak to wtedy wyglądało. Zobaczyłem obrazy, które sprawiały wrażenie wyciętych z mojego życia.
No to w jakich warunkach rodził się Dezerter? - Pierwsze próby graliśmy w podwarszawskim Nieporęcie. W Gminnym Ośrodku Propagandy i Kultury. To był drewniany barak, który pamiętał lata 50. Z dziurawą podłogą i nieszczelnymi oknami. Sprzęt... Bębnów praktycznie nie było, zostały tylko fragmenty zestawu. Wzmacniacze typu eltron, które ciągle się psuły. W filmie zespół gra w wagonie kolejowym, my - w wąskim baraku. Brakowało nam tylko graffiti na ścianach. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo to była placówka państwowa.
Jak wyglądał twój pierwszy kontakt z punk rockiem? - Płyta zespołu Vibrators. Kupiłem ją na giełdzie, na warszawskim Wolumenie, od punkowca w poszarpanej kurtce. Ona jedna nagle zmieniła mój gust. Wcześniej słuchałem Genesis i Floydów.
Mówimy o czasach, w których władza nie tolerowała inności. Żeby podpaść wystarczyła fryzura czy ubiór. - Nie było patrolu, który by mnie nie legitymował tylko za to, że nosiłem jesionkę kupioną od pijaka i zrobiony z seledynowej włóczki szalik. Nasz pierwszy duży koncert pod nazwą SS-20 na Jarocinie '82 - z wymalowałem na serii jakichś znaczków z pochodu pierwszomajowego nazwę SS-20. Milicjanci nie wiedzieli, że to nazwa radzieckich rakiet z głowicami atomowymi, byli za to przekonani, że chodzi o hitlerowskie SS. Nie było z nimi dyskusji.
W filmie jest parę anachronizmów - piosenki, których raczej w 1981 r. nie można było usłyszeć. - To nieistotne. Zespoły i tak nie wydawały płyt, nie grały wielu koncertów. A wszystkie ich piosenki były z tego samego momentu historycznego. Ówczesna rzeczywistość to przecież był constans - lata płynęły, a nie zmieniało się nic. Może poza tym, że po stanie wojennym władza pozwoliła jeździć z miasta do miasta i włączyła telefony.
Lata 80. nagle stały się nostalgicznym wspomnieniem. - Dlatego się cieszę, że powstały takie filmy jak "Wszystko co kocham" czy "Dom zły". One pokazują trochę więcej niż komedie Barei. Gdy czytam wyniki sondaży, według których ponad połowa Polaków uważa, że Jaruzelski ratował nas przed sowiecką inwazją, nóż otwiera mi się w kieszeni. Ludzie wolą pamiętać, że byli młodzi, że wyjeżdżali na wakacje, pili pierwszą wódkę. To naturalne, warto jednak przypominać, w jakim syfie wtedy żyliśmy. We "Wszystkim co kocham" nie ma polityki zbyt wiele, ale jest dokładnie taka, jaka powinna być. Taka jak przyswajał ją młody człowiek - coś tam usłyszało się w rozmowie rodziców, coś zobaczyło. Byliśmy dzieciakami, które dopiero budowały swoją świadomość.
Wspomniałeś o "Domu złym". Tam też pojawia się muzyka Dezertera. Nagle wasze piosenki są symbolem epoki, elementem pokoleniowej identyfikacji. - Nie przesadzajmy. Przecież wiemy, że tak naprawdę z komuną walczył
Perfect...
Teraz do głosu doszło moje pokolenie - są znanymi reżyserami, wreszcie ruszają tematy, które ich interesują. Trochę bym to porównał do kina czeskiego. Czesi zawsze opowiadają o jakimś bliskim kawałku rzeczywistości.
A skąd dziś taka żywotność muzyki lat 80.? - Muzycznie Polska w latach 80. była światową potęgą. Nie przesadzam. Mieliśmy setki doskonałych zespołów. Akurat taki był klimat, wszyscy chcieli coś zrobić ze swoją energią. To przepadło, bo nie było płyt, bo była cenzura, bo niektórym zespołom lokalne władze po prostu zabraniały działalności.