http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

PRL w skali mikro

Paweł T. Felis
2010-01-15, ostatnia aktualizacja 2010-01-15 15:01

"Wszystko, co kocham"
Fot. ITI CINEMA

"Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha, pierwszy polski film w konkursie festiwalu w Sundance, to uwodzicielska, zrealizowana z klasą historia nastolatków, którzy dorastają w stanie wojennym. Od dziś w kinach

Wszystko, co kocham
ITI CINEMA
Wszystko, co kocham

Fot. ITI CINEMA
"Wszystko, co kocham"
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy w "Domu złym" wysoko postawiony funkcjonariusz chce rozbawić szantażowanego podwładnego, puszcza mu zarekwirowaną kasetę z piosenką Dezertera: "Która droga słuszna/ według prawa i porządku/ kto prowadzi mnie do szczęścia/ i zaszczytnych obowiązków/ Spytaj milicjanta/ On ci prawdę powie/ Spytaj milicjanta/ On ci wskaże drogę". Kiedy punkowy zespół WCK we "Wszystko, co kocham" gra próbę w jednostce wojskowej, śpiewa z kolei utwór grupy WC: "Już idziemy spać/ Pan mówi, że tu wszystko gra/ Już idziemy spać/ Ten pan ma taką miłą twarz/ Bo po co dalej w miejscu stać/ Idziemy spać, spać, spać".

Piosenki - powstały mniej więcej w tym samym czasie - mówią w istocie o tym samym. Ale wbrew kontrastom, na które wskazują same tytuły - "ciemna" wizja PRL-u u Smarzowskiego i "jasna" u Borcucha - zaskakująco dużo łączy też oba filmy.

W "Domu złym" oglądamy Polskę przełomu lat 70. i 80. w skali mikro - z perspektywy wiejskiej chałupy, z perspektywy funkcjonariuszy MO podkładających sobie nawzajem świnie.

We "Wszystko, co kocham" Jacek Borcuch patrzy na PRL oczami wrażliwego nastolatka (gra go charyzmatyczny Mateusz Kościukiewicz), dla którego w 1981 r. całym światem jest założony z kumplami zespół, zabierana do kina Wicher na "Wejście smoka" dziewczyna i uwodzicielska, sporo starsza sąsiadka.



I Smarzowskiego, i Borcucha interesuje przeszłość prywatna, nie wielka polityka, ale rzekomo banalna zwyczajność. Smarzowski ma oczywiście skręt w stronę tego, co brudne i obrzydliwe - Borcuch odsłania (jak wcześniej w "Tulipanach") skłonność do emocjonalnego mitu, lekkiego unoszenia się nad ziemią, nostalgicznego szkiełka, przez które świat wydaje się nieco szlachetniejszy. Czy to znaczy, że banalny?

Na festiwalu w Gdyni pojawiły się zarzuty, że "za mało tu stanu wojennego", że "brakuje zomowców bijących opozycję" i głębszej refleksji nad tym, co stało się z "Solidarnością". Tymczasem Borcuch patrzy wstecz nie po to, by rozliczać historię, ale by odtworzyć światopogląd 17-letniego punkowca z małej miejscowości, który w tym "domu złym" dorasta.

Kapitalnie ten dystans połączony z romantyzmem wygrywa na twarzy Kościukiewicz - Janek chłonie rzeczywistość zmysłami. Nie buntuje się bez powodu, ale w chorym świecie buduje sobie przestrzeń, gdzie może oddychać po swojemu.

Tą przestrzenią jest przede wszystkim kapela - na jej próby Janek biega ze szkoły muzycznej, gdzie skrupulatnie ćwiczy Bacha. Zespół kradnie bęben ze szkoły, zgłasza się na przegląd zespołów w Koszalinie. "Pan wie, że śpiewają o wolności?" - pyta ojca Janka nauczycielka. Ojciec, oficer marynarki wojennej, który 13 grudnia zniknie z domu na parę tygodni, ironicznie tłumaczy, że trudno zrozumieć, bo "strasznie krzyczą". "Zresztą o tym jest przecież większość lektur szkolnych".

Janek nie widzi zomowców ani milicjantów, którzy kogoś aresztują albo biją, widzi za to kumpla Kazika (Jakub Gierszał), który chowa się przed kolegami, bo pobił go ojciec. Kumple, pierwsza miłość (Olga Frycz), nagrania Dezertera, Klubowe i wino: w takim mikrokosmosie nastoletni punk traci niewinność.

Ale tym, co "Wszystko, co kocham" od wielu filmów o wchodzeniu w dorosłość wyróżnia, jest dopieszczona wizualnie, wyczulona na detale narracja: razem z operatorem Michałem Englertem i kompozytorem Danielem Bloomem Borcuch buduje świat, który ma zapach, smak, niepowtarzalną fakturę.

Film rozsadza wręcz nastoletnia energia, szczeniacki puls, w którym nie ma fałszu: widać tu szczerość kogoś, kto sam ten czas przeżył (historia jest w dużej mierze autobiograficzna).

Filmy Borcucha balansują na cienkiej granicy między realizmem i umownością, bajką i zniuansowaną psychologicznie przypowieścią. Łatwo więc sprowadzić je do stereotypu: banał, kicz. Ale Borcuch, nawet jeśli nie wstydzi się swojej nostalgii, mocno trzyma ją w ryzach: "Wszystko, co kocham" nie jest ani teledyskową kartką z młodzieńczych wakacji, ani - jak pisano - opowieścią "o stanie wojennym w wersji glamour".



To uwodzicielskie, w najlepszym sensie tego słowa popularne kino o czasie, kiedy złudzenia nie były jeszcze obciachem - i o przekroczeniu granicy, za którą tych złudzeń już nie ma.

Pierwszy seks Janka daleki jest od romantycznego kiczu. W zderzeniu młodości ze starością i śmiercią też nie ma tanich, sentymentalnych sztuczek. Intrygujący jest wreszcie "mundurowy" ojciec: to on tłumaczy w domu stan wojenny ("Nie rozumiesz? Albo wejdą Ruscy, albo będzie wojna domowa"), a jednocześnie załatwia kapeli próby w jednostce, negocjuje z nauczycielką, z dziwnym spokojem reaguje na wybryk syna, któremu zawdzięcza poważne kłopoty od przełożonych.

Dobry komunista? Andrzej Chyra daje tej postaci coś więcej - rys bezradności, tragicznego zagubienia. Gdy dziadek (świetny epizod Zygmunta Malanowicza) mówi mu o strzelaniu do ludzi na Śląsku, Chyra tłumaczy, że nie ma z tym nic wspólnego. "Zawsze bujałeś w chmurach", komentuje dziadek. Janek słyszy zza drzwi odpowiedź: "Trzeba było mi to powiedzieć 20 lat temu".

Jest w filmie zdanie, które słyszymy dwukrotnie - i ojciec Janka, i jego koleżanka, której rodzice szykują się do emigracji, mówią to samo: "Jaka jest przyszłość w tym kraju?". Ale Borcuch zdaje się wobec takiej postawy buntować. "Wszystko, co kocham" nie krzyczy jak bohaterowie filmu, którzy - na skalę niewielkiego miasteczka - odreagowują rzeczywistość wrzaskiem ("Pozoranci, fetyszyści!/ Pozabijać ich!/ Pokolenie konformistów!/ Pozabijać ich!/ Ideały twe!/ Pozabijaj je!/ Czas, już czas/ Pozabijać was!"). Nie idzie tropem sentymentu za oranżadą w proszku i kronikami filmowymi. A przecież na tle publicystycznych przypowiastek o komunistyczno-solidarnościowej przeszłości świeżo brzmi prosty skądinąd wniosek: nawet w stanie wojennym "dzieci PRL-u" dorastały całkiem normalnie.

Film Borcucha - pominięty w Gdyni (gdzie dostał jednak Złotego Klakiera dla najdłużej oklaskiwanego obrazu), za to zaproszony do Sundance - wpisuje się w pokoleniową zmianę w polskim kinie. Lankosz, Smarzowski, Szumowska, Borcuch operują innymi językami, ale o kinie myślą podobnie: publicystykę zastępują drążeniem szczegółu, panoramę - spojrzeniem prywatnym. Delikatne filmy Borcucha mają w sobie nie mniejszy ciężar niż obrazy kolegów - we "Wszystko, co kocham" widać, jak bardzo ten debiutujący offowym "Kallafiorrem" reżyser okrzepł.



Wszystko, co kocham

reż. Jacek Borcuch

Polska 2009, dystr. ITI

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':