http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ostrożny powrót happy endu

Zbigniew Basara
2010-01-14, ostatnia aktualizacja 2010-01-13 18:42

Członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej przydzielą w tym roku dziesięć nominacji w kategorii filmu roku - dwa razy tyle co zazwyczaj. Kto skorzysta na dodatkowych przepustkach do Oscarów?

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
SONDAŻ
Oscara w kategorii najlepszy film powinien dostać:

Avatar
Bękarty Wojny
The Hurt Locker
W chmurach

Pozornie nic nie zaburza rutyny przygotowań do 82. ceremonii wręczenia Oscarów. 5777 członków Amerykańskiej Akademii Filmowej dostało już kartki do głosowania, do 23 stycznia mają czas na wybranie swoich typów. Nominacje ogłoszone zostaną 2 lutego. Jednak w mediach mniej oscarowych spekulacji niż zwykle o tej porze roku, cichszy jest też tzw. buzz (szum), czyli połączenie marketingu i promocji z dyskusjami na blogach i forach oraz rankingami krytyków.

To efekt przesunięcia ceremonii wręczenia statuetek z lutego na 7 marca, tak aby transmisja do 200 krajów świata nie konkurowała z doniesieniami z zimowych igrzysk olimpijskich. Ale to także rezultat społecznych nastrojów - Amerykanie zmęczeni są dobiegającą końca recesją. Co nie znaczy, że przestali chodzić do kina - wręcz przeciwnie. W 2009 roku kupili 1 mld 420 mln biletów (niemal 6 proc. więcej niż w roku poprzednim) za rekordowe 10 mld 600 mln dol.

Dominuje zapotrzebowanie na prostą rozrywkę. Najwięcej w zeszłym roku zarobiły "Transformers: Zemsta upadłych" oraz "Harry Potter i książę półkrwi", a nie filmy, o które można by się spierać. Na dodatek miniony rok - podobnie jak 2008 - był mizerny artystycznie. Jak to ujął jeden z krytyków, "nie zabrakło drugorzędnych filmów pierwszej klasy, ale nie zobaczyliśmy ani jednego filmu, który natychmiast uzyskałby status klasyka".Na ironię zakrawa fakt, że to właśnie w tym roku Akademia postanowiła powrócić do praktyki z lat 1934-43 i nominować dziesięć obrazów w najbardziej prestiżowej kategorii "najlepszego filmu". Oficjalnie celem jest umożliwienie udziału w wyścigu większej liczbie artystów. "Jeśli będziemy w stanie uhonorować członków dziesięciu ekip zamiast pięciu - od oświetleniowca po reżysera - to widzę w tym same plusy"- powiedział Thom Sherak, prezydent Akademii. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że przesądziły spadające wskaźniki oglądalności transmisji oscarowej ceremonii.

Zdaniem ekspertów powodem jest utrzymująca się od kilku lat tendencja nominowania filmów ambitnych artystycznie, znanych wyłącznie członkom kulturalnych elit. W 1998 r., kiedy "Titanic" otrzymał 13 nominacji, transmisję oglądało 55 mln widzów - w porównaniu z 32 mln dekadę później, kiedy o tytuł najlepszego filmu ścigały się nihilistyczny dreszczowiec braci Cohen "To nie jest kraj dla starych ludzi" oraz ponury dramat "Aż poleje się krew" Paula Thomasa Andersona.

Jako że w zeszłym roku zabrakło "natychmiastowych klasyków", specjaliści od promocji niemiłosiernie "pompują" niezłe filmy, nadając im aurę filmów wielkich. Najlepiej widać to na przykładzie "W chmurach" ("Up in the Air") - opowieści o współczesnym casanovie wynajmowanym przez korporacje do zwolnień wieloletnich pracowników, który zakochuje się w kobiecie jeszcze bardziej bezwzględnej niż on sam (Vera Farmiga). Ledwie muskający problem bezrobocia film wypromowany został do rangi niemalże arcydzieła ukazującego "ducha czasu".

"Obniżenie progu w najważniejszej kategorii pomniejsza prestiż samej nagrody - mówi "Gazecie" Paul Degrabaderian, założyciel Media by Numbers, firmy analizującej zyski ze sprzedaży biletów. - To tak, jakby wybrać do drużyny piłkarskiej wszystkich chłopców w klasie". Pewnie dlatego Akademia zastrzega, że zwiększenie liczby nominacji to tylko eksperyment.

Najlepsze filmy

Najważniejsze oscarowe prognostyki - w tym nominacje Amerykańskiego Cechu Reżyserów oraz Cechu Producentów (którzy także podwoili liczbę nominacji w kategorii filmu roku), a także do Złotych Globów - wskazują na pojedynek pomiędzy "W chmurach" a "Avatarem" - pierwszym hollywoodzkim widowiskiem w technice trójwymiarowej.

Sukces "Avatara" przysporzyłby popularności oscarowej ceremonii, bo widzowie już pokochali film o kalece, który pomaga błękitnoskórym mieszkańcom utopijnej Pandory obronić się przed zakusami wielkiej korporacji. Uhonorowałby technikę, która ma wprowadzić Hollywood w XXI wiek, a także sukces kasowy filmu, który zgarnął już 1,3 mld dol. i jest na najlepszej drodze do pobicia rekordu "Titanica" jako najbardziej zyskownego filmu w historii. Na przeszkodzie stoi słabość narracyjna filmu, który grzęźnie w powodzi wybuchów i innych efektów specjalnych.

"W chmurach" góruje nad "Avatarem" scenariuszem, a także doskonałą grą całej obsady. Jego twórca Jason Reitman ("Dziękujemy za palenie" oraz "Juno", która dostała w zeszłym roku nominację dla najlepszego filmu) wymieniany jest jako jeden z pięciu artystów, którzy zasłużą na nominację dla najlepszego reżysera - tak samo jak jego konkurent James Cameron.

W gronie kandydatów do "filmu roku" znajdą się zapewne "Bękarty wojny" hollywoodzkiego enfant terrible Quentina Tarantino. Ta fantazja o żydowskim komando, które morduje w okupowanej Francji nazistów, Oscara jednak raczej nie dostanie. Film zachwycił co prawda brawurą i luzem w prowadzeniu narracji, ale stawiana między wierszami teza, iż Żydzi mogliby uniknąć Zagłady, gdyby tylko uciekli się do przemocy, wydaje się wielu Amerykanom infantylna i obraźliwa. Zdaniem ekspertów Tarantino zostanie jednak nominowany w kategorii "najlepszego reżysera".

Dwa kolejne filmy pozwolą członkom Akademii na wykazanie się postępowymi poglądami w rok po tym, jak Ameryka wybrała pierwszego czarnoskórego na prezydenta i kobietę na wiceprezydenta. "Precious" to dramat obyczajowy o chorobliwie otyłej czarnej nastolatce z Harlemu (w tej roli amatorka Gabourey Sidibe), która ma dwoje dzieci - w tym jedno z zespołem Downa - z kazirodczego związku z ojcem, a na dodatek mieszka z sadystyczną matką (gra ją gospodyni telewizyjnego komediowego show Mo'Nique). Film w reżyserii Lee Danielsa (nominację dla najlepszego reżysera ma praktycznie w kieszeni) w opinii niektórych Afroamerykanów epatuje białą klasę średnią "pornografią nędzy", ale porażająca rola Mo'Nique (niemal pewnej zwyciężczyni w kategorii dla najlepszej aktorki w roli drugoplanowej) oraz szokujący temat sprawiły, że wrył się w pamięć publiczności. Jeśli prognozy o nominacji dla Danielsa się sprawdzą, będzie on pierwszym Afroamerykaninem w gronie kandydatów do tytułu "najlepszego reżysera roku".

Ostatni z pewniaków w kategorii "najlepszy film" to "The Hurt Locker" o oddziale żołnierzy w Iraku rozbrajającym przydrożne miny. Kathryn Bigelow, która będzie zapewne walczyć o miano "najlepszego reżysera" ze swoim byłym mężem Jamesem Cameronem, byłaby zaledwie czwartą kobietą w historii, która otrzymała taką nominację.

Czy rozdzielając pozostałe nominacje, członkowie Akademii docenią przedstawicieli kina popularnego oraz gatunkowego (komedie, filmy s.f., horrory), czy też kontynuować będą kurs na kino ambitne artystycznie? W tym pierwszym przypadku można liczyć na nominacje dla błyskotliwej adaptacji kultowego amerykańskiego serialu fantastyczno-naukowego "Star Trek", albo reprezentującego ten sam gatunek przewrotnego południowoafrykańskiego "Dystryktu 9" , w którym przybysze z innej planety wydają się jedynym naprawdę inteligentnym życiem w kosmosie.

W drugim przypadku przepustkę mogliby dostać "Posłańcy" ("The Messenger") o tandemie żołnierzy oddelegowanych do powiadamiania bliskich poległych w Iraku o ich śmierci, czy "The Road" - apokaliptyczny dreszczowiec, w którym Viggo Mortensen gra ojca pragnącego uchronić syna w świecie ogarniętym po katastrofie przez nihilizm i kanibalizm.

Prawda będzie zapewne leżeć pośrodku, co oznaczałoby nominacje dla "Inictusa", najnowszego filmu wielbionego w Hollywood Clinta Eastwooda, w którym Morgan Freeman gra Nelsona Mandelę. Szanse ma także "An Emotion" - opowiedziana w błyskotliwy sposób brytyjska historia uwiedzenia nastolatki przez żonatego mężczyznę, oraz "Odlot" ("Up") - animowany film Pixara o ekscentrycznym staruszku, który po śmierci żony przywiązuje tysiące balonów do swego domku, by odlecieć do amazońskiej dżungli.

Zgłoszony przez Polskę "Rewers" ma znikome szanse, by przebić się do czołowej piątki "najlepszych zagranicznych filmów roku". Wśród 63 filmów zgłoszonych przez 65 krajów są m.in. reprezentująca Niemcy "Biała wstążka" Austriaka Michaela Hanekego i francuski "Prorok" - obydwa kraje przeznaczyły wielkie pieniądze na kampanię promocyjną.

Najlepsze role

Najbardziej pamiętne role ubiegłego roku znajdziemy w kategorii dla najlepszego aktora w roli drugoplanowej. W żeńskiej konkurencji Mo'Nique może zagrozić tylko ona sama, bo członkowie Akademii mogą uznać jej odmowę prowadzenia kampanii oscarowej za arogancję. Wygrać z nią mogłaby wtedy Vera Farmiga - ekranowa partnerka Clooneya.

Nominacja przypadnie też zapewne Diane Kruger brawurowo grającej w "Bękartach wojny" rolę gwiazdy filmowej. W męskiej kategorii bezkonkurencyjny będzie chyba Christoph Waltz grający w filmie Tarantino elokwentnego potwora z SS. Jego konkurentami będą Matt Damon (za "Invictus" lub "Intryganta"), Woody Harrelson (żołnierz w "Posłańcach") czy Christopher Plummer jako umierający Tołstoj w "The Last Station".

W kategorii dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej mówi się o zwycięstwie Gabourey Sidibe, choć ta amatorka będzie musiała zawalczyć z takimi gwiazdami, jak Meryl Streep ("Julie & Julia"), Helen Mirren (kolejne tour de force jako żona Tołstoja), a może nawet Sandra Bullock, której rolę w "The Blind Side" (oparta na faktach historia bezdomnego czarnego nastolatka przygarniętego przez zamożną białą rodzinę, który wyrasta na gwiazdę amerykańskiego futbolu) uważa się za najlepszą w jej dotychczasowej karierze.

W kategorii męskiej pojedynek rozegra się zapewne między Clooneyem a Jeffem Bridgesem , który powalił recenzentów rolą starzejącego się piosenkarza country w "Crazy Heart". Czarnym koniem może okazać się Colin Firth, który w reżyserskim debiucie słynnego projektanta mody Toma Forda "A Single Man" zagrał w subtelny sposób rolę profesora literatury angielskiej pogrążonego w żałobie po śmierci partnera.

W stronę happy endu

Publicyści branżowego magazynu "Variety" zauważyli, że po dwóch sezonach nihilistycznych dramatów do Ameryki wróciły filmy z ostrożnym happy endem. "Precious" postanawia w końcu zaopiekować się dwójką swoich dzieci, Pandora nie ulega zniszczeniu, Hitler i jego świta giną - przynajmniej u Tarantino.

Głównym tematem przewijającym się przez większość filmów liczących się w tegorocznym wyścigu do Oscara jest solidaryzm społeczny. Wątek ten widać zarówno w filmach naturalistycznych, jak i eskapistycznych. Doświadczająca emocjonalnych tortur "Precious" jest w stanie wyzwolić się dzięki nauczycielce w szkole dla uczennic z marginesu, kapitan Kirk musi zakopać topór wojenny ze Spockiem, by stawić czoła załodze buntowników przeciw zasadom Federacji ("Star Trek).

To pragnienie jedności ponad podziałami wydaje się być bardziej postulatem niż faktem w czasach, kiedy przepaść między bezrobotnymi a pracownikami Wall Street otrzymującymi na nowo wielomilionowe premie jest głęboka jak nigdy, i kiedy ani jeden Republikanin nie poparł reformy zdrowia rozszerzającej ubezpieczenia na większość Amerykanów. Mimo pierwszych oznak wychodzenia z recesji przyszłość rynku pracy i utrzymanie przez USA roli superpotęgi rysują się mglisto. Od czego jednak mamy fabrykę snów?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':