http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Caine: Jestem koszmarem sennym burżuja

Jacek Szczerba
2010-01-13, ostatnia aktualizacja 2010-01-12 17:19

Szkoda Michaela Caine'a do filmu tak schematycznego jak "Harry Brown"

Harry Brown
Harry Brown
Choć jest to schemat szlachetny, spod znaku Clinta Eastwooda, tyle że bliżej "Gran Torino" (2008) niż "Brudnego Harry'ego" (1972). Oto emerytowany komandos Harry Brown (Caine) mści się na gangu młodocianych za zamordowanie jego kumpla, z tej samej co on kategorii wiekowej (David Bradley).

Film Daniela Barbera jest gorzki. Świat wygląda w nim podle - na wstrętnym londyńskim blokowisku (gdzie nikt nie przychodzi ci z pomocą, gdy cię biją) jest kiepska pogoda, starzy i porządni mogą tam już tylko umrzeć, a młodzi i zepsuci zachowują się jak zwierzęta, zaś w skuteczność działania policji nie wierzy nawet idealistka inspektor Frampton (Emily Mortimer).

Od początku przeczuwamy, jak to się dalej rozwinie (Brown długo nie chce przypomnieć sobie, że umie zabijać), nie oszczędzają nam tu też symboliki nie pierwszej świeżości - przejście podziemne, w którym spotykają się małoletni dilerzy narkotykowi, to jakby współczesne piekło. Dlaczego więc ten film daje się oglądać bez bólu? Z powodu udziału w nim Michaela Caine'a, który zapowiada zresztą, że Brown to być może jego ostatnia główna rola filmowa.

Co wiadomo o Cainie, który 14 marca skończy 77 lat? Że jest tak wyrazisty, że błyszczy nawet na drugim planie, za co dwukrotnie - po występie w "Hannah i jej siostry" (1986) i "Wbrew regułom" (1999) - dostał Oscara. I że zawsze jest szalenie naturalny, jakby był ekranową postacią, a nie grał jej, choć sam mówi, że trudno siebie schować w postaci: - Próbowałem 85 razy, udało mi się dwa, może trzy razy.

Cenią go na całym świecie, ale tylko Brytyjczycy wiedzą, co on jako osoba, nie tylko jako aktor, naprawdę wyraża. Po pierwsze, w Wlk. Brytanii Caine to symbol awansu społecznego lat 60. Powiada o tym: - Jestem koszmarem sennym każdego burżuja: facetem, który mówi cockneyem, ale jest inteligentny i ma milion dolarów. Bo trzeba pamiętać, że Caine, urodzony jako Maurice Micklewhite, dzieciństwo spędził w dwupokojowym mieszkaniu bez elektryczności, a szkołę rzucił, mając lat 16, by z wojskiem trafić do Korei. Jego matka była sprzątaczką i mimo że syn zarobił krocie, nigdy nie zgodziła się przestać pracować w tym charakterze. Wożono ją do pracy rolls-royce'em Michaela, ale kazała się wysadzać dwie przecznice przed miejscem sprzątania.

Po drugie, Caine zaproponował Brytyjczykom nowy typ bohatera: twardego i cynicznego, a przy tym dowcipnego. W "Alfiem" (1966) był seryjnym uwodzicielem, który uświadamia sobie, że przegrał własne życie, natomiast w "Dorwać Cartera" (1971) londyńskim zabijaką jadącym do Newcastle, by pomścić brata. Stamtąd dzwoni do swej lubej (Britt Ekland) i prosi ją, by podczas ich rozmowy onanizowała się - co też kobieta robi. Nikt wcześniej tak się w angielskim kinie nie zachowywał!

Co więcej, równie bezkompromisowe podejście Caine prezentował prywatnie. Tłumaczył zawsze, że ma dwa kryteria wyboru propozycji filmowych - wysokość gaży i atrakcyjność miejsca kręcenia zdjęć. O dziele "Szczęki: Rewanż" (1987) mówił np.: - Nigdy nie widziałem tego filmu. Słyszałem od wielu osób, że był straszny. Ale widziałem dom, który sobie za niego zbudowałem. Był fantastyczny.

Całe życie i kariera Caine'a wpisują się zresztą w klimat epoki: wygląda trochę tak, jakby wymyślili je dziennikarze z kolorowych pism. Nazwisko Caine przyjął, bo - dzwoniąc w tej sprawie do swego agenta z budki telefonicznej na Leicester Square - wcześniej zdecydował się na pseudonim Michael Scott, ale okazało się, że jest już zajęty - spojrzał na plakat "The Caine Mutiny" (1954) z Humphreyem Bogartem grany w kinie Odeon. Później śmiał się, że gdyby spojrzał w drugą stronę, mógłby się nazywać Michael 101 dalmatyńczyków.

Swoją drugą żonę Shakirę zobaczył w reklamówce kawy Maxwell House. Kumpel dał mu jej numer telefonu. Przez ponad 50 lat sądził, że ma tylko jednego brata. Okazało się jednak, że jego matka ukrywała (nie przyznała się do tego nawet na łożu śmierci), że jest jeszcze jeden brat, trzymany od zawsze w szpitalu psychiatrycznym. Caine odkrył to przypadkiem, już po jej odejściu, i zdążył odwiedzić brata, nim ten umarł w roku 1992.

Caine ma i kasę, i sławę, i uznanie. Ulokował się w biznesie restauracyjnym - jest współwłaścicielem Langan's Brasserie, w 2000 r. dostał od królowej tytuł szlachecki, w hołdzie dlań zespół Madness napisał piosenkę "My name is Michael Caine" (1984). Na dokładkę jego autobiografia "What's is all about" (1993) uważana jest za jedną z najlepszych tego rodzaju książek w ogóle.

Trochę mnie wkurza, że w kinie Caine zostanie teraz pewnie wyłącznie służącym Alfredem, w kolejnych częściach "Batmana", ale i tak strasznie go lubię. Bo jego nie sposób nie lubić.

"Harry Brown", reż. Daniel Barber, Wlk. Brytania 2009

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':