Ukraińcy to naród śródziemnomorski - powiedział mi kiedyś znajomy kijowski dziennikarz Borys Klimenko. O mało się nie udławiłem, bo siedzieliśmy razem przy kolacji. Widząc moje zdziwienie, Borys opowiedział historię swojej rodziny, która na wybrzeże koło Odessy trafiła ponad 200 lat temu z Grecji. Borys mówił, skąd w Grecji pochodziła jego rodzina, do jakiej wioski przyjechali w czasach Katarzyny II, która popierała osadnictwo nad Morzem Czarnym. Grecy, Bułgarzy, Serbowie chętnie przyjeżdżali tu z terenów okupowanych wówczas przez Turcję, aby osiedlić się pod protektoratem prawosławnej carycy, która w dodatku dawała im ziemię i gwarantowała swobody. Z ich przestrzeganiem było różnie, ale greckie, serbskie i bułgarskie "kolonie" nad Morzem Czarnym istnieją do dziś. Osiedlali się całymi wioskami, co sprzyjało zachowaniu obyczajów, języka, kuchni. Z czasem oczywiście wszystko mieszało się, ale jakieś wspomnienie pozostało. W większości wiosek wspomnieniem dawnej przeszłości jest dziś jedynie nazwa (np. Seło Bołharske - wieś bułgarska), czasem obco brzmiące nazwiska, często produkcja wina i innych specjałów kuchni bałkańskiej lub greckiej. W niektórych mieszkańcy po ponad 200 latach przypomnieli sobie o korzeniach, aby móc jeździć do starej ojczyzny,
Grecja bowiem wspiera ludzi mogących wylegitymować się greckim pochodzeniem. Matka Borysa co kilka lat spędza dzięki temu darmowe wakacje dla seniorów.
Opowieść Borysa przypomniała mi się, gdy sięgnąłem po zbiór reportaży znad Morza Czarnego "Odessa transfer" - 13 tekstów napisanych przez różnych autorów pochodzących nie tylko z państw leżących nad tym akwenem. Ta książka ma wielki urok z kilku powodów. Po pierwsze, jak każde wydanie zbiorowe można ją czytać po kawałku, zaczynając od ulubionych autorów. Nic dziwnego, że ja akurat zacząłem od autorów z b. ZSRR, aby potem przejść na Turcję, Europę Zachodnią i skończyć tekstami autorów z Polski, Rumunii i Węgier. Mam wrażenie, że po raz drugi usłyszałem opowieść Borysa, tylko w trzynastu innych wariantach.
Niektóre opowieści są osobiste. Niezwykła jest historia Batumi opisana przez gruzińskiego pisarza Akiego Morchiladzego. To miasto, które dotąd znałem głównie z piosenki Alibabek, stało się dla mnie wreszcie bytem z krwi i kości. Pewnie takich miast granicznych - Batumi leży tuż przy granicy gruzińsko-tureckiej - jest na świecie setki, ale każde ma swoją dramatyczną historię. A jeśli opowie się ją jeszcze przez pryzmat losów własnego dziadka albo szalonych uciekinierów próbujących wyrwać się przez Morze Czarne z ZSRR, to efekt jest niezwykle mocny.
Mamy w tych tekstach niełatwe tureckie rozliczenie z własną historią, bo obok Rosji
Turcja była drugim hegemonem nad Morzem Czarnym, który próbował narzucić swoją wolę sąsiadom. Mamy spacer po Odessie okiem Niemca oraz poemat o podróży z Mołdawii do Odessy Mołdawianki Nicolety Esinencu. A także reportaż z Krymu pióra ukraińskiej gwiazdy młodej literatury Serhija Żadana. Morze Czarne raz łączy autorów, a raz dzieli. W ich tekstach co rusz wybuchają rozmaite pretensje, a to o dawne konflikty, a to że ktoś komuś zabrał kawałek ziemi, oszukał przy jakiejś transakcji. Pewnie taką samą książkę zbudowaną z pretensji i fascynacji można by złożyć - wydawnictwo Czarne już to zresztą robiło - z tekstów autorów z Europy środkowo-wschodniej albo tylko reprezentujących nacje żyjące niegdyś w granicach I Rzeczypospolitej. Urok takich składanek polega na tym, że wszystko, co wydaje się oczywiste, nagle staje się inne, niejednoznaczne, bo ujęte z kilku całkiem różnych perspektyw.
Perłą w zbiorze jest tekst Andrzeja Stasiuka "Jadąc do Stambułu" o podróży przez Bułgarię i europejską część Turcji. "W bułgarskim telewizorze leciały pornosy. Na trzech albo czterech kanałach. Hotel wyglądał całkiem przyzwoicie, a tutaj absolutny tartak. I nie to że za pieniądze. Za darmo" - tak się zaczyna. Potem jest jeszcze lepiej. Stasiuk opisuje zaskoczeniem przejściem z prawosławnej Bułgarii do muzułmańskiej Turcji, gdzie mknie równą autostradą, po bokach której rosną równe łany kukurydzy jak w amerykańskim stanie Iowa. Nie powtórzę, jak Stasiuk opisuje swoje zdziwienie.
Tytuł "Odessa transfer" pochodzi od nazwy autobusu jadącego z mołdawskiego Kiszyniowa do największego bazaru w tej części Europy na Ukrainie, który poetycko nazywa się "Siódmy kilometr", powiedzieć, że można tam kupić wszystko - to nic nie powiedzieć. Ten tytuł dobrze oddaje charakter książki, która jest nie tylko opisem podróży, ale sama staje się podróżą. Podróżą przez morze zwane niegdyś przez Greków Nieprzyjaznym, które w końcu stało się całkiem Gościnnym. Morze łączące dziś świat postsowieckim ze śródziemnomorskim, bałkańskim i azjatyckim, jak w biografii mojego kijowskiego kolegi Borysa Klimenki.
''Odessa Transfer. Reportaże znad Morza Czarnego'', Czarne, Wołowiec