http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

De Niro jak Mastroianni

Paweł T. Felis
2010-01-08, ostatnia aktualizacja 2010-08-11 17:44

Od dziś w kinach "Wszyscy mają się dobrze" Kirka Jonesa z fantastycznym Robertem De Niro - sentymentalna, ale zaskakująco przenikliwa przypowiastka o ojcu, który godzi się z dziećmi i żegna z życiem

Robert De Niro i Drew Barrymore na premierze filmu
AP/Chris Pizzello
Robert De Niro i Drew Barrymore na premierze filmu "Everybody's fine", która...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Wszyscy mają się dobrze

reż. Kirk Jones

USA-Włochy 2009, dystr. Forum Film



W recenzjach tego filmu - remake'u "Stanno tutti bene" Giuseppe Tornatore sprzed 20 lat, z Marcelo Mastroiannim - słychać podobne narzekania: Hollywood znów sięga do europejskiego kina, żeby zmienić je w kicz. Tymczasem Kirk Jones dał tej historii nowy oddech, wyostrzył niuanse, szlachetnie ją uwspółcześnił.

Punkt wyjścia jest ten sam: Frank (De Niro), od niedawna wdowiec, próbuje odnowić kontakty z dorosłymi dziećmi. Jeździ po całej Ameryce autobusami i pociągami (w oryginale po Włoszech), z zaskoczenia odwiedza synów i córki. Ale żadne z dzieci nie ma czasu, by spędzić z nim więcej niż jeden dzień - w telefonicznych rozmowach, które słyszymy z offu, rodzeństwo naradza się, co z ojcem zrobić i jak ukryć, że jeden z braci został aresztowany w Meksyku.



Jones znacznie ograniczył wątki, postaci, dialogi, jego film to ascetyczna, chwilami wręcz teatralna przypowieść. De Niro - trochę jak Bill Murray w "Broken Flowers" Jarmuscha - jeździ po Ameryce po to, by skonfrontować przeszłość z czasem dzisiejszym. Zachowuje się zresztą tak, jakby nie widział dzieci od kilkunastu lat. Nic o nich nie wie, żyje w przekonaniu, że wszyscy odnieśli sukces. Jak turysta robi im więc zdjęcia: córka w pracy, córka przy wielkim telewizorze, syn na plakacie orkiestry, z którą gra.

"Wszyscy mają się dobrze" ładnie wygrywa stereotypy amerykańskiego snu: jeśli ktoś mieszka w Las Vegas, to musi jeździć limuzyną, jeśli ma agencję reklamową, powinien mieć też przykładny dom. Przed ojcem dzieci urządzają więc tragikomiczną, lukrowaną szopkę, pokazując się tak, jak chciałby ich widzieć surowy tata. Tylko Robert (świetny Sam Rockwell) wejdzie z ojcem w dyskusję: "To ty chciałeś, żebym został dyrygentem - mi wystarcza, że gram w orkiestrze na bębnach - mało pracy, przyzwoite pieniądze, dużo podróży".

Skutecznie trzyma tę historię w ryzach perspektywa Franka - wiemy o dzisiejszym życiu jego dzieci prawie tylko to, co on. Szkoda tylko, że reżyser podsuwa prosty morał: akceptuj dzieci takimi, jakie są, bo jeśli zaczniesz wymagać zbyt wiele, oduczą się mówić ci prawdy.

"A czego ty chciałeś, gdy byłeś mały?" - pyta ojca córka. "Niczego" - odpowiada Frank, który całe życie spędził w fabryce przy taśmie. Jest w nim przeszywająca bezradność dziecka, świadomość czasu, który się kończy. Ale tej najważniejszej, a przecież głównie milczącej postaci nie byłoby bez Roberta De Niro.

Łatwo dało się zrobić z niego groteskowego staruszka: Frank nie wie, że walizka ma rączkę i kółka, nie umie jeść pałeczkami, kompromituje się przed wnuczkiem jako golfista. De Niro idzie w zupełnie inną stronę - ten przysadzisty mężczyzna, która niezgrabnie się porusza i czasem zbyt głośno śmieje, ma w twarzy, w swojej fizyczności jakiś ciężar, jakby nagle ktoś obudził go ze snu i obarczył cudzym życiem.

De Niro nie zagrał złej roli, choć zagrał sporo ledwie przyzwoitych. W skromnym "Wszyscy mają się dobrze" potwierdza, że jest geniuszem - to rola bez jednej fałszywej nuty, choć zrobiona z materii, która z pozoru musi prowadzić do kiczu. Wierzę Frankowi i wtedy, gdy w desperacji dzwoni do domu, by usłyszeć na sekretarce zmarłą żonę - i wtedy, gdy każdego z dzieci pyta: "Jesteś szczęśliwy?". Obraz Jonesa wpisuje się zresztą w metodę De Niro, który zawsze chce być jak najbliżej swojej roli. W filmie Frank jest ojcem artysty, którego zmuszał w dzieciństwie do malarskich ćwiczeń - w życiu malarzem był ojciec aktora - to on ponoć dopingował go, by nie rezygnował z marzeń o graniu.

Reżyser w zbyt prosty sposób klei fabułę rzewnymi balladami (wśród nich nowa piosenka Paula McCartneya), za często pozwala ojcu fantazjować i widzieć w dorosłych dzieciach kilkuletnie dzieciaki. "Wszyscy mają się dobrze" od wspomnianego "Broken Flowers" odróżnia choćby to, że reżyser bardzo chce, by podróż Franka czegoś go - i jego dzieci - nauczyła. Symbolem happy endu ma być pieczony świąteczny indyk. Ale czy ten finał faktycznie jest happy? Dla Franka czas minął - został grzech zaniechania, spóźnienie, którego nie da się nadrobić. Została dziwna obcość przy rodzinnym stole.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':