Debiutant Jan Komasa (jeden z trzech reżyserów "Ody do radości") kręci w studiu Kadr " Salę samobójców". To jeden z najbardziej obiecujących projektów 2010 (premiera jesienią, prapremiera podczas majowego festiwalu w Gdyni). Eksperyment polega tu m.in. na łączeniu kina aktorskiego z animacją oraz opowiadaniu o sprawach mrocznych w sposób błyskotliwy, wręcz zabawny. Reżyser próbuje wniknąć w świadomość licealisty, który izoluje się do rzeczywistości, pogrąża w alternatywnych, internetowych światach, przestaje chodzić do szkoły, eksperymentuje ze swoim życiem. - Chcemy, żeby to był film, z którym młody widz się utożsami, a nawet się go przestraszy. Film o cywilizacyjnej pułapce, o pokoleniu emocjonalnych nadwrażliwców, o współczesnej samotności, o kryzysie rodziny - mówi producent Jerzy Kapuściński. Chłopca
gra Kuba Gierszał, gwiazda czekającego właśnie na premierę filmu "Wszystko co kocham" Jacka Borucha, który zakwalifikowano do konkursu w Sundance.
- Robią ze mnie klasyka-weterana, a ja ciągle się czuję, jakbym dopiero skończył szkołę filmową. Cały czas myślę w sposób otwarty o kinie - mówi Jerzy Skolimowski na planie "The Essence of Killing". Wczoraj do leśniczówki w Kampinosie, gdzie kręcone są zdjęcia jego nowego filmu, przyleciała ze szwajcarskiego Gstaad żona Romana Polańskiego Emmanuelle Seigner. Gra u Skolimowskiego razem z buntowniczym amerykańskim aktorem, reżyserem i muzykiem Vincentem Gallo w filmie, który dzieje się "wszędzie i nigdzie" - w Azji, ale także jakby w naszych stronach - a dotyczy pułapki zła: walki z terrorem, która sama przechodzi w terror. My też w tej wojnie bierzemy udział. Temu wielkiemu tematowi zachodniego kina Skolimowski nadaje własną formę. Robi film z pogranicza gatunków, specyficzne "kino akcji" o ucieczce skazańca obywające się niemal bez słów, przechodzące w wizualny poemat (w sobotę w "Gazecie" reportaż z planu).
Operator Skolimowskiego Adam Sikora, który ma już na swoim koncie autorskie filmy offowe, debiutuje kinową fabułą "Ewa", napisaną i zrealizowaną wspólnie z dramaturgiem Ingmarem Villqistem. Punktem wyjścia był artykuł z "Gazety" o zjawisku prostytuowania się żon bezrobotnych śląskich górników idących do pracy w agencji towarzyskiej. Biedna dzielnica Katowic, w której Sikora nakręcił głośny dokument "Boże Ciało", będzie tłem dla historii małżeństwa. Sikora: - Na przekór drastyczności tematu ma to być film o miłości, o wybaczaniu.
Temat "sprzedawania i kupowania ciała" powróci w polsko-francuskim "Sponsoringu" Małgorzaty Szumowskiej. Bohaterkami będą trzy kobiety: Polka studiująca w Paryżu, jej koleżanka - francuska studentka - oraz dziennikarka przeprowadzająca z nimi wywiad. Niewykluczone, że zagra ją Juliette Binoche.
Krzysztof Warlikowski i Renate Jett grają główne role w realizowanym we Włoszech autorskim filmie Łukasza Barczyka (jest także producentem). To historia XX-wiecznego Hamleta rozgrywająca się w arystokratycznej rodzinie z Toskanii od czasów faszyzmu po lata 60. Film nie ma jeszcze tytułu, będzie gotowy na wiosnę.
Kiedy przed kilku laty oglądaliśmy "Krwawą niedzielę" Paula Greengrassa - fabularną rekonstrukcję wydarzeń w Londonderry w 1972 zakończonych masakrą irlandzkich manifestantów - nasuwało się pytanie: czy mógłby powstać podobny film o tragicznym polskim Grudniu 1970? Taki film właśnie powstaje. "Czarny czwartek" realizuje Antoni Krauze ("Palec Boży", "Meta", "Prognoza pogody") z operatorem Jackiem Petryckim. Akcja obejmuje na przemian ulicę i gabinety władzy. Wojciech Pszoniak w roli Władysława Gomułki. Piotr Fronczewski gra drugą osobę w państwie, złego ducha Gomułki, sekretarza Zenona Kliszkę. Krystyna Janda pojawi się w roli anonimowej kobiety z tłumu.
Psychologiczny mechanizm peerelowskiego donosicielstwa rozszyfrowuje Jan Kidawa-Błoński w "Różyczce" - filmie luźno odnoszącym się do sprawy pisarza Pawła Jasienicy, na którego, jak się okazało, donosiła żona. Czym będzie ten film? Politycznym rozliczeniem? Próbą rozwikłania zagadki psychologicznej? Melodramatem? Premiera w marcu.
Trwa obróbka obrazu "Młyna i krzyża" Lecha Majewskiego. Do tego projektu najbardziej pasuje etykietka: "film, jakiego nie było". Rutger Hauer zagrał Petera Breughla Starszego, Michael York - XVI-wiecznego bankiera Joghelincka, Charlotte Rampling - Maryję. Dwanaście postaci spotyka się w drodze na Kalwarię, we wnętrzu ożywionego obrazu Breughla. Tytuł filmu "Młyn i krzyż" nawiązuje do książki historyka sztuki Michaela Gibsona, na nowo odczytującego "Drogę na Kalwarię". W filmie Majewskiego obraz potraktowany jest jak rzeczywistość. Majewski traktuje Breughla jak kolegę filmowca. Uruchomił komputerową technologię, żeby odtworzyć skomplikowaną perspektywę obrazu, poskładać go z różnych składników. Po zdjęcia chmury jeździli aż do Nowej Zelandii!
- Gdyby robić ten film w Anglii, kosztowałby 19 mln funtów. Tu powstał za ułamek tej sumy - chwali się reżyser. Był scenarzystą, producentem, reżyserem, jednym z operatorów. "Młyn i krzyż" kupiły na pniu Rijksmuseum w Amsterdamie, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, londyńska National Gallery, Luwr. Reżyser zrealizował swoje marzenie, ożywił obraz, dopisał mu historię. Rezultat zobaczymy w kinie.