Paweł T. Felis: O filmie "Parnassus" powiedział pan, że to prawdopodobnie autobiografia, ale nie jest pan pewien, czy na pewno pana. Terry Gilliam: W każdym swoim filmie znajduję postać, z którą mogę się utożsamiać. Najbliżej mi do Parnassusa.
Bo daje ludziom szansę, żeby weszli do świata swoich snów? - Bo jest magikiem, sztukmistrzem, który przygotowuje te swoje przedstawienia, ale na nikim nie robią one wrażenia. Równie dobrze mogę być diabłem, z którym Parnassus zawiera swój pakt: obaj przecież kłamią, a ja nic innego w swoich filmach nie robię!
Parnassus i diabeł są w tym filmie jak rewers i awers: jeden chce przechytrzyć drugiego, ale nie mogą bez siebie istnieć. - Sam nie wiem, czy są wrogami, czy może jedynymi przyjaciółmi. Obaj mają słabość do hazardu. Nie chodzi o to, kto wygra. Ważna jest sama gra. Myślę podobnie - trudno mi wyobrazić sobie świat, którym steruje judeochrześcijański Bóg, jakaś napędzająca wszystko dobra siła. Dla mnie rzeczywistość to nieustannie starcie jasności z ciemnością, chaosu z porządkiem.
Mam wrażenie, że w kolejnych filmach przygotował się pan stopniowo do "Don Kichota" - "Las Vegas Parano" to właściwie historia Don Kichota i Sancho Pansy, podobnie "Nieustraszeni bracia Grimm", "Fisher King" - No tak, w Parnassusie znów mamy diabła i artystę. Dwie postaci, które tworzą jedną osobowość. Cervantes odkrył coś, przed czym dzisiaj uciekamy - powinniśmy być konkretni, przejrzyści, a przecież wszyscy jesteśmy trochę rozsądni i trochę szaleni, głupi i mądrzy, dorośli i dziecinni.
Ale ma pan rację - wiele moich filmów wzięło się stąd, że chciałem zrobić "Don Kichota" i byłem sfrustrowany, że nie mogę. Może jeśli w końcu się uda, już nic innego nakręcę?
Kiedy przeczytał pan książkę Cervantesa? - Późno. Osiemnaście lat temu zadzwoniłem do Jake'a Ebertsa, producenta "Przygód barona Munchausena", i powiedziałem, że mam dwa nazwiska - Gilliam i Cervantes - i potrzebuję 20 mln dolarów. Powiedział "OK", więc zacząłem czytać. Każdego dnia jeden rozdział, przez kilkanaście tygodni. Byłem zachwycony, bo to faktycznie pierwsza nowoczesna powieść. Ale kiedy zacząłem pisać scenariusz, wpadłem w panikę. Jak to ugryźć?
Wtedy pojawił się nowy tytuł - "The Man Who Killed Don Quixote" - i pomysł, żeby współczesnego bohatera, człowieka reklamy, który sprzedaje marzenia, zderzyć z Don Kichotem - facetem, który prowadzi zwyczajne życie, ale któregoś dnia zaczyna czytać książki i odtąd żyje w świecie, który nie istnieje.
A pan stał się marzycielem pod wpływem książek? - Najważniejsze było
radio - w moim domu telewizor pojawił się dopiero wtedy, kiedy miałem 12 lat. Bo słuchając
radia, musisz zbudować w głowie cały kosmos. Potem zaczęła się fascynacja kinem przygodowym, które wrzuca w inne czasy i inne miejsca - jak "Ben Hur". Bez wiary, że istnieje gdzieś inny wszechświat, trudno byłoby mi tamten czas przetrwać.
Jedno z największych spustoszeń, jakie dokonało się w naszej wyobraźni, zawdzięczamy DVD. Masz ulubione filmy na półce. A wtedy filmy oglądało się tylko raz. Potem w naszej pamięci zaczynały żyć własnym życiem. Kiedy kilka lat temu oglądałem "Pinokia", nie mogłem uwierzyć. Pamiętałem niewiarygodne przygody, cudowne krajobrazy. A tu prościutka historia: idzie do szkoły - nie idzie do szkoły
Swoje filmy pan ogląda czy woli je pamiętać? - Ja pamiętam znakomite kino, a tu patrzę - i kolejna porażka. Po co się frustrować?
Jake z "Nieustraszonych braci Grimm" wierzy w magiczną fasolę, Dickens z "Krainy traw" traktuje pociągi jak smoki. Wierzy pan czasem w rzeczy, których inni nie widzą? - Wierzę to złe słowo, raczej pozwalam mojemu umysłowi uwierzyć. Szczerze mówiąc, jestem dość praktyczny. Wiem, że magiczna fasola nie istnieje, ale czasem dobrze jest pomyśleć: a gdyby istniała? Pozwalam sobie latać, mógłbym godzinami wpatrywać się w fakturę tej tapety. To tylko ściana czy może żywe obrazy?