Zaginione miasto Z. Amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji
David Grann
przeł. Dominika Cieśla-Szymańska
W.A.B., Warszawa
Nazywał się Percy Harrison Fawcett. Używał tytułu pułkownika, choć w wojskowej hierarchii nigdy nie dosłużył się tego stopnia. Pozował (a może nim był?) na angielskiego dżentelmena. Należał do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i wcale nie był w tym gronie największym oryginałem.
Wysoki - 185 cm - szczupły, bokserski nos, oczy niebieskie, choć wedle innych - szare. Niewiarygodnie wręcz odporny na głód, choroby, pasożyty i insekty. Powiedziałby o sobie, że był odkrywcą, podróżnikiem, badaczem, naukowcem, a nawet - wizjonerem.
Wszystko to prawda, choć tak naprawdę był... Szaleńcem? Człowiekiem pozbawionym uczuć wyższych? Mitomanem ulegającym legendom, w których nie było źdźbła prawdy? Zakompleksionym facetem bojącym się kobiet? Fanatykiem? Kuglarzem wierzącym w gusła i okultyzm? Nigdy się nie dowiemy.
Żył na przełomie XIX i XX wieku, w czasach, gdy na mapie naszej planety były jeszcze liczne miejsca zwane białymi plamami. Wśród nich znaczne obszary amazońskiej dżungli, niezbadane przez białych pogranicze Boliwii,
Peru i Brazylii, gdzie - wedle podań - miało się znajdować cudowne miasto - Eldorado.
Poszukiwaniom tego miasta (nazywał je Z) Fawcett poświęcił życie. W przenośni, ale też dosłownie. Zaginął w brazylijskim deszczowym lesie w 1925 r. Nie wiadomo, czy zmarł z chorób i wycieńczenia, czy utopił się w jakimś dopływie Amazonki, czy też zabili go Indianie. Wiadomo za to, że do dziś jest patronem wszystkich postrzeleńców, którzy uważają, że gdzieś jest jeszcze coś do odkrycia. I to coś, kiedy tylko zostanie odnalezione, wywróci do góry nogami całe nasze pojmowanie świata. Zdziwicie się, jak wielu jest jeszcze takich ludzi, choć dzięki zdjęciom satelitarnym wrzuconym do internetu możemy na ekranie komputera obejrzeć doniczkę stojącą na naszym balkonie. Podziwiać tych świrów? A może pukać się w czoło? Obie reakcje są w pełni usprawiedliwione.
Tropem Fawcetta podąża David Grann, amerykański dziennikarz, który - czego nie ukrywa - na jakiś czas staje się kolejnym niewolnikiem obsesji Eldorado. Wychodzi z tego książka pasjonująca, jeden z najlepszych reportaży, jakie kiedykolwiek czytałem.
Jest to podróż przez stulecia - od konkwistadorów, przez eksplorerów czarnej Afryki i śnieżnych pól wokół biegunów, po całkiem współczesnych śmiałków zapuszczających się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Pełna historycznych detali, cytatów z dawno zapomnianych listów i memuarów, skrawków zetlałych map. Gęsta jak podręcznik, a mimo to wciągająca niczym amazońskie bagno, intrygująca jak najlepszy kryminał, bo też często o kryminał zahacza.
Lecz to zaledwie pierwszy poziom, gdyż książka Granna to również misterne studium psychologiczne, wiwisekcja umysłów niezwykłych, ale też niezwykle pokręconych, zdolnych do największych wyrzeczeń oraz do największych zbrodni. To opowieść o namiętnościach większych niż szczyty Andów. O szaleństwach, pospolitych bzikach i niepospolitych dziwactwach. Autor jest jak patolog, jego pióro jest jak skalpel odsłaniający, jedna za drugą, tkanki wewnętrznego narządu, który niektórym kazał (i każe) iść, nawet jeśli na końcu drogi jest tylko nicość, krach marzeń i śmierć w kałuży błota.
To również relacja z obyczajów: odkrywanego świata "dzikich" i świata, który jeszcze niedawno uchodził za nowoczesny, otwarty, ciekawy tego, co na zewnątrz. W wyniku zderzenia tych dwóch światów jeden z nich został skazany na zagładę tak doskonałą, że dopiero dziś można odnaleźć ślady jego niegdysiejszej świetności.
Grann wykonał kilka rodzajów prac. Raz jest niczym mnich skryba pieczołowicie wertujący stare manuskrypty. Innym razem to rasowy reporter - nie opisze tego, czego sam nie dotknie. Bywa psychiatrą. Antropologiem. Znawcą kultur. Podróżnikiem. Dzieckiem sytej, zachodniej cywilizacji.
Nadto ma giętki język; czytając jego książkę, ma się raz po raz wrażenie, że oto sami wycinamy sobie drogę w dżungli, cierpimy głód, umieramy ze strachu lub od insektów, albo - niczym lekarze różnych specjalności - próbujemy zdiagnozować przypadki, na które medycyna nie znalazła jeszcze lekarstwa. Lektura pyszna - wielowątkowa i znakomicie opowiedziana, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że historia poszukiwań Eldorado jest tylko opowiastką dla chłopców w każdym wieku, którzy ani myślą wyskoczyć z krótkich spodenek.