http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kino nieme. Historia kina, tom I; Lubelski, Tadeusz; Sowińska, Iwona; Syska, Rafał

Jacek Szczerba
2010-01-05, ostatnia aktualizacja 2010-01-04 19:08

Ten tom można by z powodzeniem reklamować sloganem: "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o kinie niemym, ale dotąd nie mieliście gdzie tego przeczytać"

Kino nieme. Historia kina, tom I

redakcja Tadeusz Lubelski, Iwona Sowińska i Rafał Syska

Universitas, Kraków

Bo też, jak pisze we wstępie Tadeusz Lubelski, jeden z trójki redaktorów tej liczącej 960 stron książki, gdy zaproponowano mu prowadzenie zajęć z historii kina, zorientował się, że po polsku - pomijając popularną pracę Jerzego Płażewskiego i sztandarowe dzieło Jerzego Toeplitza, doprowadzone wszak tylko do roku 1953 - nie ma podręcznika tyczącego tej materii.

Dlatego filmoznawcy z Krakowa (wspierani przez autorów z innych miast) postanowili go stworzyć, i to w wersji czterotomowej. Właśnie ukazał się pierwszy - obejmujący okres od lat 90. XIX wieku do mniej więcej roku 1927, kiedy to kino przemówiło.

Kino nieme jest tematem fascynującym. Chociaż z dzisiejszej perspektywy może się wydawać prymitywne, miało jedną zaletę nie do przecenienia: operowało głównie obrazem, a ten to przecież istota kina. Owszem, były w nim także słowa - napisy albo ludzie (we Francji zwali się bonimenteurami) podczas seansu tłumaczący widzom to, co ci widzieli na ekranie - ale nie sposób stwierdzić, że tamto kino było przegadane, co łatwo da się zarzucić kinu współczesnemu. Może dlatego tak wielu wybitnych twórców, w tym Chaplin, uważało, że dźwięk (a raczej dialog) zabije kino.

W 14 rozdziałach "Kina niemego" 16 autorów rozbiera na czynniki pierwsze najważniejsze zjawiska i prądy początków X muzy (określa ich genezę, kulturowe zaplecze i konsekwencje), m.in.: ekspresjonizm niemiecki, impresjonizm francuski, radzieckie kino propagandowe, amerykański system wielkich wytwórni filmowych i mroczne kino ze Szwecji z duetem rywalizujących ze sobą reżyserów: Victorem Sjöströmem i Mauritzem Stillerem (pierwszy zagra na starość w "Tam, gdzie rosną poziomki", drugi zawiezie Gretę Garbo do Hollywoodu). Jednak wartość tego tomu nie sprowadza się tylko do tego, że jest w nim to, co niejako być w nim musi. Równie ważne są tu intrygujące detale, które przydają tej akademickiej całości smaku. A o czym te detale traktują?

* O systemie gwiazd - zapoczątkował go producent Carl Laemmle (twórca Universalu), ogłaszając w 1911 r., że aktorka Florence Lawrence, pracująca dla konkurencji, zginęła w wypadku samochodowym, a 24 godziny później podając, że Lawrence jednak żyje, ale pracuje już dla niego.

* O legendarnych ujęciach - jest nim np. półzbliżenie bandyty (George Barnes) strzelającego w stronę kamery w "Napadzie na ekspres" (1903) Edwina S. Portera. Przerażona publika uchylała się przed tym strzałem.

* O odkryciach natury technicznej - zasadę działania kinematografu Louis Lumiere wymyślił w grudniu 1894 r., oglądając poprzedniego wieczoru mechanizm maszyny do szycia.

* O sławnych symbolach - dowiadujemy się kto i kiedy namalował na serwetce symbol Paramountu - śnieżną górę otoczoną gwiazdami.

* O związkach kina z literaturą - czy ktoś pamięta, że poeta Włodzimierz Majakowski zagrał główną rolę w filmie "Nie dla pieniędzy urodzony" (1918) wg "Martina Edena" Jacka Londona?

* O związkach kina z polityką - Joseph Kennedy, ojciec JFK, był szefem wytwórni Film Booking Offices.

* O feminizmie w kinie - pierwszą reżyserką na świecie była Francuzka Alice Guy, która w 1896 r. nakręciła dla Gaumonta film "Wróżka w kapuście".

* O geografii upodobań widowni - już na początku XX w. Rosjanie kręcili filmy z dwoma zakończeniami: pesymistycznym, na rynek własny, i optymistycznym, na zagranicę.

* O pewnym telegramie do literata Gustafa Uddgrena, męża reżyserki Anny Hofman-Uddgren: "Proszę kinematografować z mojej dramaturgii tyle, ile Pan chce - z wyrazami szacunku August Strindberg, 20 września 1911 r.".

* O gigantomachii - w "Ben Hurze" (1925) Freda Niblo scenę wyścigu rydwanów kręcono 42 kamerami.

* O wszechobecnych polonicach - słynnemu francuskiemu komikowi (Chaplin uważał się za jego ucznia) Maxowi Linderowi towarzyszyła polska aktorka i tancerka Stacia Napierkowska.

* O lokalnej specyfice gatunkowej - w okresie I wojny w Niemczech zaczęły powstawać "filmy edukujące seksualnie"; jeden z tytułów serii brzmiał: "Ze wspomnień ginekologa".

* I o ładnych zdaniach do zapamiętania."Uwielbiam kino, czekając, że je pokocham". To z Louisa Delluca (1890-1924); nagrodą jego imienia co roku wyróżnia się we Francji najlepszy film.



Co mi się w tej książce podoba, poza ogromem zebranej w niej wiedzy? To, że sprawdzają się w niej najprostsze pomysły. Na końcu każdego rozdziału znajduje się lista zalecanych lektur, nie tylko polsku, są nawet adresy internetowe, np. bazy poświęconej kinu wiktoriańskiemu. Tamże można też znaleźć chronologiczne zestawienia najważniejszych faktów z dziejów jakiejś kinematografii czy gatunku - mnie pomaga unaocznienie sobie, jak miały się do siebie w czasie premiery głównych filmów Charliego Chaplina, Bustera Keatona i Harolda Lloyda.

Podoba mi się także to, że "Kino nieme" przywraca zbiorowej pamięci postaci zapomniane, choćby Szweda Georga af Klerckera, który kręcił kino popularne (ulubionym motywem, który powtarzał w kryminałach, była scena włamania z jednym źródłem światła - latarki lub pochodni). Ingmar Bergman zachwycił się jego filmami pod koniec życia, przesiadując w swoim prywatnym kinie na wyspie Farö.

Minusem jest naukowy język rozdziału poświęconego prahistorii kina. Od zdań typu - "w thaumaturgicznej konstrukcji (od gr. thauma - cud) latarni magicznej - jak zwał ją sam Kircher [czyli jezuita, wynalazca tejże latarni] dokonała się swoista synteza kamery obskury i teatru katoptrycznego w jedno (meta)medium, prefigurujące zarazem prototyp sali kinowej" - aż bolą zęby. Drażni mnie również obecna tu dość często gołosłowność. Jeśli w rozdziale o amerykańskiej karierze Ernsta Lubitscha mówi się o jego charakterystycznym stylu, tzw. Lubitsch Touch, a jednocześnie nie opisuje się ani jednej sceny ten styl wyrażającej, to łatwo dojść do bezczelnego wniosku, że autor tej części za wielu filmów Lubitscha nie widział.

Czego mi w tej książce brakuje? Rozdziału, w którym zebrano by - rozproszone po całym tomie - uwagi o tym, jak zmieniał się język kina niemego: kiedy pojawiły się w nim ruchoma kamera, zbliżenie, przenikanie czy montaż równoległy i jak ewoluowały w nim charakter i funkcja napisów - czym innym są przecież napisy w "Męczeństwie Joanny d'Arc" Carla Dreyera, a czym innym w "Chciwości" Ericha von Stroheima. Chciałoby się też - choć na razie to marzenie z kategorii trudnych do ziszczenia - żeby do takiego tomu dołączano zestaw DVD z fragmentami omawianych filmów.

I jeszcze drobiazg regionalny - "Kino nieme" to dzieło pryncypialnie krakowskie, nie może więc w nim zabraknąć subtelnych akcentów antywarszawskich. Czytamy zatem, że gdy w styczniu 1896 r. 50 ekip operatorskich braci Lumiere wyruszyło z Lyonu w świat, jedna z nich dotarła na ziemie dzisiejszej Polski. Najpierw przyjechali do Warszawy, ale "ówczesna Warszawa, opanowana przez administrację rosyjskiego zaborcy, była zapyziałym, prowincjonalnym miastem, w którym biura całymi dniami nie działały, a urzędnicy byli niesłowni. Nie mogąc z nikim uzgodnić terminu i miejsca projekcji kinematografu, lyońscy emisariusze opuścili miasto jak niepyszni". Czy trzeba dodawać, do jakiego innego grodu nad Wisłą udali się potem, by pokazać tam kino 14 listopada 1896 r.?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':