Gdy próbuję sobie przypomnieć dzień, w którym wysłałem pierwszego maila, pierwszego SMS-a lub wysłuchałem pierwszej empetrójki, mam z tym kłopoty - w najlepszym wypadku potrafię takie chwile odtworzyć z dokładnością do roku, czasem dwóch. Nie popełnię tego błędu z cyfrowym gadżetem, który za parę lat stanie się równie nieodłączny jak dziś komórka: przenośnym czytnikiem dokumentów. Rok 2009 zapamiętamy jako rok debiutu tej technologii na polskim rynku (wcześniej była dostępna tylko Amerykanom, którzy jako pierwsi mogli kupić czytnik Amazon Kindle).
Panie i panowie, czas się oswoić z nowym słowem: epapier. To nazwa technologii wyświetlania obrazu, z której chętnie korzystają te urządzenia. Typowy laptop czy komórka mają ekran, który generuje obraz, zapalając poszczególne piksele (w uproszczeniu: maleńkie lampki). Skutkiem ubocznym jest zmęczenie oczu oraz trudności z korzystaniem z urządzenia w słoneczny dzień. Epapier tak jak zwykły papier nie świeci, przeciwnie, warto zapalić sobie lampkę do czytania. Urządzenie sprytnie wytwarza i usuwa kropeczki "elektronicznego atramentu". Nie da się na takim czymś grać w grę komputerową ani oglądać filmu, ale do czytania to jest rozwiązanie doskonałe.
Elektroniczne dokumenty mogliśmy dotąd - i nadal możemy - czytać na ekranie laptopa bądź komórki. Porównanie z epapierem jest jednak miażdżące: to jakby porównywać wygodę obsługi nowoczesnego iPoda do kasetowego walkmana. Choćby dlatego, że czas pracy na bateriach laptopa mierzy się w godzinach, a czasem nawet minutach - a czas pracy wyspecjalizowanego czytnika w dniach, a nawet tygodniach.
Na polskim rynku wybór sprowadza się do trzech opcji. Po pierwsze, możemy już kupić Kindle, choć obcowanie z nim w Polsce wiąże się z frustracją, bo wiele funkcji jest dostępnych wyłącznie dla klientów amerykańskich i "starounijnych" (np. podłączanie do internetu!).
Po drugie - od początku grudnia dostępny jest czytnik wyprodukowany specjalnie z myślą o polskim rynku, eClicto firmy Kolporter. Ma on tę przewagę nad innymi, że producent uruchomił polską księgarnię, z której w cenach nieco niższych od cen papierowych książek możemy "ściągać" książki polskich wydawców.
Po trzecie wreszcie - na polskim rynku dostępny jest czytnik BeBook niepowiązany z żadną "wirtualną księgarnią", za to umożliwiający samodzielne zapełnianie urządzenia na wiele sposobów. BeBook odczytuje praktycznie wszystkie pliki tekstowe (
Microsoft Office, RTF, PDF...), współpracuje z internetowym systemem automatycznego uaktualniania treści o nazwie RSS, można więc na niego "zaprenumerować" ulubionego bloga lub np. artykuły z "Gazety Wyborczej".
Wszystkim, którzy wzruszą ramionami i powiedzą "to nie dla mnie", proponuję wrócić do tego tematu za dziesięć lat. Są ludzie, którzy zarzekali się, że nigdy nie będą potrzebować żadnego internetu. A dziś nie da się ich odkleić od Naszej-klasy.