http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak zostać gwiazdą popkultury

Robert Sankowski
2009-12-28, ostatnia aktualizacja 2009-12-27 17:59

Wyciągnięta z zapadłej szkockiej mieściny Blackburn Susan Boyle czy wystylizowana w każdym calu Lady Gaga - muzyczne gwiazdy roku 2009 są przegięte do granic rozsądku

Występ Lady GaGa
Fot. Matt Sayles AP
Występ Lady GaGa
Susan Boyle, gwiazda brytyjskiego Mam Talent, w swoim domu w Blackburn w Szkocji, 16.04.2009 - fot. AP
Susan Boyle, gwiazda brytyjskiego Mam Talent, w swoim domu w Blackburn w Szkocji, 16.04.2009 - fot. AP
Susan Boyle, gwiazda brytyjskiego Mam Talent, w swoim domu w Blackburn w...
Adam Lambert
Fot. Matt Sayles AP
Adam Lambert


Historia Boyle to wzorcowy dowód siły mediów elektronicznych. Jeszcze wczesną wiosną nikt o niej nie słyszał. Wystarczył jednak jeden występ w kwietniowym odcinku brytyjskiej wersji "Mam talent", w którym Susan zaśpiewała piosenkę "I Dreamed A Dream" z musicalu "Les Misérables". W ciągu kilku minut występu Boyle przeistoczyła się z rubasznej kury domowej z fatalną fryzurą w gwiazdę. Pochwał nie szczędził jej nawet znany ze złośliwości juror Simon Cowell. Susan doszła aż do finału programu, gdzie przegrała z grupą taneczną Diversity.

Ale to nie telewizja zadecydowała o jej popularności. Natychmiast po pierwszym występie Boyle ruszyła machina internetowa. Widzowie zamieszczali fragmenty programu na rozmaitych serwisach, spontanicznie wymieniali się linkami. Zaledwie kilka dni po występie wszystkie dostępne w sieci klipy z Boyle obejrzało ponad 100 milionów widzów, a wideo z "I Dreamed A Dream" stało się hitem YouTube'a - do dziś jego najpopularniejsza wersja odnotowała 80 mln odsłon. Z takim zapleczem potencjalnych fanów Susan była skazana na sukces. Jej pierwszy album ukazał się pod koniec listopada. W Wielkiej Brytanii pobił wszelkie rekordy, stając się najszybciej sprzedającym się debiutem w historii. Równie dobrze poradził sobie w Stanach - wskoczył od razu na pierwsze miejsce "Billboardu". Właściwie poradził sobie na całym świecie - był numerem 1 w jeszcze ośmiu innych krajach. I jest nim nadal - w świąteczny weekend płyta okupowała szczyty amerykańskiej i brytyjskiej listy przebojów.

Na historię Boyle rzuciły się gazety. W artykułach pojawiały się wszelkie możliwe w tej sytuacji porównania - do bajek o Kopciuszku i o brzydkim kaczątku, do amerykańskiego mitu o pucybucie awansującym na milionera. Trafiały się też próby analizy jej fenomenu z feministycznego punktu widzenia. "Kobiety w pewnym wieku mają pełne prawo odczuwać satysfakcję z sukcesu Susan. To porządny kop w tyłek wymierzony całej tej zadufanej kulturze młodzieżowej, w której nie ma dla nas miejsca" - pisała na portalu "Huffington Post" amerykańska aktywistka Letty Cottin Pogrebin. Dużo dosadniej określiła to znana z niewyparzonego języka Sharon Osbourne, porównując w audycji radiowej wygląd Boyle do "nieogolonego tyłka". Następnego dnia musiała przepraszać za wypowiedź. Dobiegająca pięćdziesiątki, nieokrzesana, zwalista stara panna w kiepskiej sukience - trudno wyobrazić sobie postać będącą większym zaprzeczeniem standardów obowiązujących w popkulturze ogarniętej obsesją młodości i piękna. "Jestem przekonany, że kiedy wyszłaś na scenę, na widowni nie było jednej osoby, która nie byłaby przeciwko tobie" - przyznał po występie Boyle jeden z jurorów "Mam talent". "To nie Susan Boyle, lecz nasza reakcja na nią była brzydka" - przekonywała dziennikarka "Guardiana" Tanya Gold. "Ta niemłoda, prostolinijna kobieta przypomina o banalnej prawdzie: nie możesz osądzać książki po jej okładce - to znów Pogrebin w "Huffington Post".

Rok 2009 nie należał tylko do Boyle. Największą gwiazdą mijających 12 miesięcy okazała się Lady Gaga. Również nie do końca doskonała - co bardziej złośliwi internauci, komentując jej urodę, zauważają, że przypomina bardziej zadbanego transwestytę niż klasyczną piękność. Mimo to Stefani Germanotta (Lady Gaga to pseudonim zainspirowany hitem Queen z lat 80.) zdominowała listy przebojów. Na całym świecie rozeszło się ponad 8 mln egzemplarzy jej płyty "Fame", a tylko jej pierwszy singel "Just Dance" - głównie za sprawą sklepów internetowych oferujących pliki cyfrowe - trafił na szczyty list przebojów w Stanach, Wielkiej Brytanii, Australii i Kanadzie. Gaga stała się też prawdziwą ikoną stylu - jej znakiem rozpoznawczym stały się kosmicznie przestylizowane, przywołujące skojarzenia to z erotycznym show, to z najbardziej wariackimi trendami mody lat 80. kreacje. Orężem walki o popularność uczyniła teledyski i prowokacje. Niczym Madonna ćwierć wieku temu (Gaga często bywa do niej porównywana) robi w nich wszystko, aby przykuć uwagę widza i przebić to, co do tej pory zobaczyć można było w wideoklipie. Jej teledyski porażają absurdalnym barokowym przepychem i przerysowaniem. To estetyczna orgia, w której przewrotny camp miesza się ze zwykłą tandetą. Nie szukajmy w tym sensu czy logiki - to nieustanna zabawa konwencją, w której tematem kolejnego rozbuchanego, przeestetyzowanego klipu potrafi stać się kalectwo i śmierć ("Paparazzi") czy handel kobietami i niewolnictwo seksualne ("Bad Romance"). Ten styl Gaga przenosi także poza ekran. Zaskakuje, pokazując się na żywo w coraz bardziej wymyślnych stylizacjach i bawiąc się plotkami na swój temat. Skutecznie podgrzewa atmosferę zainteresowania, np. nie dementując pogłoski, jakoby była hermafrodytą.

Gaga nieustannie balansuje na graniczy kiczu, ale właśnie dzięki temu zwraca na siebie uwagę w świecie, w którym podobno wszystko już było. Nie ona jedna zresztą. W Stanach ogromne kontrowersje wywoływał ostatnio inny wykonawca - Adam Lambert. Uczestnik amerykańskiej wersji "Idola" nieustannie szokuje publiczność swoją seksualnością - jest zdeklarowanym gejem, ale jak sam o sobie mów.i jest "dość odległy od bezpiecznego wizerunku homoseksualisty, jaki kreują współczesne media". Ta odległość znalazła najlepszy wyraz podczas listopadowej gali nagród American Music Awards, gdy występujący na żywo Lambert najpierw pocałował swojego klawiszowca w usta, potem symulował seks oralny z jednym z tancerzy. Ameryka była wstrząśnięta. "Kobiety robią coś takiego od lat, a gdy tylko zdecyduje się na to facet, od razu podnosi się wrzask" - komentował całe zdarzenie, wyraźnie nawiązując do słynnego pocałunku Madonny i Britney Spears podczas rozdania nagród MTV parę lat temu. "Mamy rok 2009, czas podjąć ryzyko. Chcę dodać do popularnego wizerunku geja odrobinę dreszczu niebezpieczeństwa, coś ze stylu gwiazd rock'n'rolla" - mówił Lambert.

Na pozór Gagę i Lamberta dzielą od Susan Boyle lata świetlne. Szkocka gospodyni domowa wydaje się być bliższa gwiazdom takim jak Amy Winehouse czy Pete Doherty. Też przekraczającym granice konwencji, ale w starym, chciałoby się powiedzieć: oldskulowym, stylu. Tak samo jak oni naprawdę ćpają i konsekwentnie ładują się w kolejne kłopoty (Doherty musiał niedawno przerwać koncert w Monachium, bo wkurzył publiczność, śpiewając wersję niemieckiego hymnu z czasów III Rzeszy, a Winehouse wylądowała właśnie w areszcie za pobicie mężczyzny w londyńskim teatrze), tak samo Boyle naprawdę jest dobiegającą pięćdziesiątki samotną kobietą ze szkockiej prowincji. Gaga i Lambert tymczasem to nieustanna gra z publicznością, konsekwentna stylizacja, efektowna prowokacja.

ożemy wzruszać się historią Susan, możemy zachwycać jej wielkim talentem ukrytym pod mocno przeciętną powierzchownością, ale tak naprawdę kręci nas w jej całej historii to samo, co u Lady Gagi czy Lamberta - perwersyjna przyjemność z podglądania za pośrednictwem telewizora czy ekranu komputera kogoś, kto daleko wykracza poza to co na co dzień uważamy za normalne, zwyczajne i akceptowalne.

A jednak Boyle łączy z Gagą więcej, niż moglibyśmy podejrzewać. Estetycznie mogą być na dwóch biegunach popkultury. Obie są jednak równie przerysowane. Orgiastyczne teledyski Gagi czy zgrzebna Susan Boyle w podobny sposób przesuwają granice tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni we współczesnych mediach. Co prawda Lady Gaga raczej nie doczeka się tak płomiennych artykułów jak te, które Boyle poświęciła Letty Cottin Pogrebin. Nikt też nie przypisze jej tak ważnej kulturotwórczej roli. Jednak gdy z perspektywy czasu będziemy wspominać rok 2009, jego twarzą okaże się zapewne Lady Gaga. Boyle będzie tylko wspomnieniem 15 minut sławy, która przytrafiła się zwyczajnej kobiecie ze szkockiego Blackburn. Nie będzie to zapewne zbyt dobrze świadczyło o nas. Ale będzie mówić prawdę o naszej popkulturze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':