Jeszcze parę lat temu nazwę MySpace z entuzjazmem odmieniali przez wszystkie przypadki zarówno łowcy talentów z wielkich wytwórni płytowych, jak i reprezentanci sceny niezależnej. Dla tych pierwszych był to nowy teren łowów, z którego przy odrobinie szczęścia można było wyszperać materiał na gwiazdę przyszłego sezonu. Dla tych drugich - nowe narzędzie promocji, które dawało szanse uwolnienia się od skostniałych mechanizmów marketingowych obowiązujących w świecie rzeczywistym. Jedni i drudzy szybko przekonali się, że rzecz wygląda jednak trudniej, niż się z początku wydawało. Co prawda za sprawą serwisu kilku wykonawców odniosło spektakularny sukces. Dyżurnymi przykładami są tu zazwyczaj Arctic Monkeys i Lily Allen - najpierw zdobyli sporą internetową grupę fanów, promując się poprzez umieszczanie darmowych plików w sieci, które potem przełożyły się na sprzedaż fizycznych nośników muzycznych.
Co jednak zadziałało w ich przypadku, niekoniecznie sprawdza się w sytuacji tysięcy innych wykonawców, którzy zachęceni sukcesami pionierów internetowej promocji zalali serwis swoimi profilami i umieszczanymi na nich piosenkami, licząc na to, że ten ruch zapewni im start do wielkiej kariery. MySpace osiągnął punkt krytyczny, za którym zamienił się z intrygującego źródła wiedzy o nowej muzyce w witrynę nie dość, że przeładowaną informacjami, to na dodatek niedającą żadnego praktycznego narzędzia do ich selekcji. Na dodatek serwis - zresztą jak niemal cały internet - prawie natychmiast stracił posmak alternatywy dla oficjalnego obiegu promocji. Koncerny płytowe i agencje menedżerskie inkorporowały go do swoich strategii promocyjnych - po opadnięciu pierwszej fali entuzjazmu dla rewolucyjnej roli sieci w promocji muzycznego undergroundu okazało się, że dość często lansowani w necie niezależni artyści to tak naprawdę podopieczni wielkich wytwórni z podpisanymi już kontraktami płytowymi, którym menedżerowie starali się dopisać internetowy życiorys.
MySpace stracił wiele jako źródło nowych talentów. Ale przede wszystkim - postrzegany głównie w kontekście oferowanych przez niego opcji muzycznych - stracił jako portal społecznościowy. A taka miała być jego pierwotna funkcja. W odzyskaniu zainteresowania internautów ma pomóc nowy serwis MySpace Music umożliwiający słuchanie wybranej muzyki w streamingu. Strona wystartowała na początku grudnia w Wielkiej Brytanii. W katalogu MySpace Music - stworzonego w porozumieniu z największymi wytwórniami płytowymi - są nagrania, pliki
wideo, podstrony z informacjami dotyczącymi dziesiątek najsłynniejszych światowych wykonawców. Wszystko to mają łączyć opcje społecznościowe, przy użyciu których internauci mogą wymieniać ze sobą opinie na temat słuchanych kompozycji i dzielić się muzycznymi odkryciami. W pewnym sensie to koniec MySpace, który oferował możliwość przedzierania się na własną rękę przez gąszcz zupełnie nieznanej muzyki.
MySpace Music to jednak nie tylko prezentacja tego, co w swoich katalogach mają koncerny płytowe. Na tej samej zasadzie strona udostępnia też materiały niezależnych lub zupełnie nieznanych, niezwiązanych jeszcze kontraktem z żadną wytwórnią artystów. To więc niekoniecznie zamach na demokratyczne zasady, według których pracował stary MySpace. Raczej próba narzucenia jakiegoś porządku, hierarchii wartości, wedle której można się poruszać w tej muzycznej dżungli. A że taka hierarchia - kiedyś ustalana przez oficjalne muzyczne media, a potem obalona przez internet - jest potrzebna, wspomina się ostatnio coraz głośniej. Muzyki w sieci jest po prostu za dużo - mówił kilka tygodniu pewien brytyjski 13-latek przepytywany przez
dziennik "The Times" na potrzeby artykułu o rynku muzycznym i internecie. - To dlatego tak trudno znaleźć tam coś nowego. Co innego w sklepie płytowym. Idziesz tam, przeglądasz płyty i wybierasz coś, co chcesz kupić.
Czy taką rolę wypełni MySpace Music? Wątpliwe. Dynamika internetu pokazuje, że dla muzyki w sieci przełomową rolę odgrywały na ogół przedsięwzięcia, które w ogóle nie były tworzone z myślą o niej (MySpace, YouTube). Kolejny krok w tej historii też raczej nie należeć będzie do serwisu dokładnie zaplanowanego i stargetowanego w pracowniach wielkiej korporacji. Łatwiej wyobrazić sobie, że wykona go grupa zapaleńców pracujących właśnie nad jakimś projektem, o którym w tej chwili nie mamy jeszcze w ogóle pojęcia.