http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Amerykański przepis na serial

Bartosz Węglarczyk
2009-12-18, ostatnia aktualizacja 2009-12-17 17:14

Damages
Damages
Glenn Close w

Hollywoodzki film stał się tak poważną inwestycją, że mało kto decyduje się na jakieś ryzyko. Jeśli więc twórcy chcą zdziałać coś nowego, idą do telewizji. Jakie są dziś największe przeboje serialowe w USA? - pisze Bartosz Węglarczyk

NCIS
Agenci NCIS. /materiały promocyjne
NCIS
Zagubieni
American Broadcasting Companies
Zagubieni
house md
Hugh Laurie
house md

Mad men
J.J. Abrams pozdrawia swoich fanów (Photorazzi) Fringe - Fringe: na granicy światów
Fringe - Fringe: na granicy światów
Fringe - Fringe: na granicy światów
ZOBACZ TAKŻE
Od dłuższego czasu jestem zdania, że w amerykańskiej - ale także np. brytyjskiej - telewizji dzieją się rzeczy o wiele bardziej interesujące niż w salach kinowych. O ile bowiem na dużym ekranie trafiam na coś fascynującego 2-3 razy w roku, o tyle na małym co tydzień dzieją się rzeczy niezwykłe.

Wszystko dlatego, że filmy hollywoodzkie są coraz droższe. Jeszcze w połowie lat 90. przekraczający 100 mln dol. budżet "Titanica" Jamesa Camerona był szokujący, dziś co najmniej kilkanaście filmów co roku przekracza sumę 150 mln dol. To jasne, że menedżerowie firmy, która inwestuje w nowe przedsięwzięcie 50 czy 60 mln dol., będą się starali maksymalnie obniżyć ryzyko fiaska. Dlaczego w kinie miałoby być inaczej? Hollywood najchętniej sięga więc po remaki, sequele i sztampę.

Zamówienie pilota serialu, czyli jednego odcinka na próbę, kosztuje przeważnie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Kilkanaście odcinków to inwestycja góra kilkuset tysięcy, a przeważnie zaledwie kilkudziesięciu. Stacje telewizyjne są więc bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka - bo wpływy z odnoszącego sukcesy serialu przekraczają dziś wpływy z niejednego kinowego hitu.

A tajemnica sukcesu? To proste: trzeba wpaść na genialny pomysł, a następnie ów pomysł z pomocą doradców i ekspertów umiejętnie obudować.

Najważniejszy jest pomysł

Największym magikiem dzisiejszej telewizji jest J.J. Abrams, który zyskał uznanie dzięki serialowi "Agentka o stu twarzach" (w Polsce pokazuje go AXN). Numerem jeden amerykańskiej telewizji stał się jednak wtedy, gdy sprzedał telewizji ABC pomysł na "Lost: Zagubionych" (AXN, TVP 2). Ten serial pokazywany dziś w ponad 60 krajach świata był największym odkryciem ostatnich telewizyjnych lat. Opowiada o grupie rozbitków feralnego lotu pasażerskiego z Australii do USA, którzy muszą przetrwać na zagubionej gdzieś na Pacyfiku tropikalnej wyspie.

Abrams - po pierwsze - napisał absolutnie powalającą pierwszą scenę pierwszego odcinka, bodaj najlepszy początek w historii seriali. Pokazuje ona pierwsze kilkanaście minut chaosu po rozbiciu się samolotu.

Po drugie - połączył w jedno kilka gatunków telewizyjnych. "Lost: Zagubieni" to serial przygodowy połączony z serialem sensacyjnym i kryminalnym, mocno przyprawiony science fiction. Są także wątki melodramatyczne.

Po trzecie - Abrams odważnie zdecydował, że "Lost: Zagubieni" nie będą zbiorem oddzielnych fabuł. Akcja płynie wartko z odcinka na odcinek i widz, który opuści choćby jeden, może nie rozumieć dalszego ciągu. To przywiązuje go do serialu.

Kiedyś było to nie do pomyślenia, bo nikt nie mógł zagwarantować, że będzie miał czas co tydzień o tej samej porze. Abrams zaryzykował, bo wiedział, że wystarczająco popularne są już nagrywarki PVR, które same odnajdują w cyfrowej kablówce ulubiony serial i nagrywają nowe odcinki na dysk twardy. Wynalazek ten całkowicie zmienił sposób oglądania telewizji przez Amerykanów. Zaledwie połowa fanów "Lost: Zagubionych" ogląda teraz nowe odcinki w telewizji w dniu premiery. Druga połowa ogląda je w wolnej chwili.

Ale to nie wszystko. Abrams wywalczył od telewizji ABC budżet, który pozwolił na doskonałe efekty specjalne i zdjęcia w efektownych plenerach Hawajów. Zrozumiał bowiem także inną rewolucyjną zmianę - większość widzów ma już telewizory HD, a większość stacji nadaje sygnał w wysokiej rozdzielczości. "Lost: Zagubieni" po prostu pięknie wyglądają - a na Hawajach są już biura podróży, które obsługują tabuny turystów szukających miejsc, gdzie powstawał serial.

Abrams zaangażował w zasadzie nieznanych aktorów. Wszyscy są dziś gwiazdami, ale początkowo gwarantowali, że widz skupi się na akcji. Po podobny zabieg sięgają zresztą realizatorzy wielu seriali - w większości z nich wszystkie role drugoplanowe i większość pierwszoplanowych grają aktorzy znani najbardziej zagorzałym fanom i krytykom.

No i wreszcie - Abrams od początku obiecał, że wszystkie zagadki "Lost: Zagubionych" zostaną wyjaśnione, i to w ciągu kilku sezonów, a nie na przykład dwudziestu. Nie jest to oczywiste w kraju, w którym są seriale zaludnione przez trzecie lub czwarte pokolenie bohaterów.

W USA za sukces uważa się te seriale, które dobrną do setnego odcinka (małe stacje kablowe potrzebują co najmniej stu odcinków, by przez dłuższy czas młócić je bez przerwy, często po kilka każdego dnia). A sto odcinków to mniej więcej pięć sezonów - seriale w USA są bowiem pokazywane od jesieni do wiosny.

Na granicy światów

Po niesamowitym sukcesie "Lost: Zagubionych" Abrams wyprodukował "Fringe: Na granicy światów" (TVN). I tutaj grają mało znani aktorzy (dziś już duże gwiazdy). I choć każdy odcinek jest zamkniętą całością, to przez cały serial przewija się jedna wielka zagadka - tajemnicza korporacja, która pracuje nad technologią pozwalającą na łączenie rzeczywistości równoległych.

"Fringe" opowiada o dwójce agentów rządowych, którzy tropią przedziwne zdarzenia wykraczające poza dzisiejszą wiedzę naukową. Jest też mężczyzna, który powraca w kolejnych odcinkach jak zły duch. Podobieństwo "Fringe" do "Z Archiwum X" jest nieprzypadkowe - serial o dwójce agentów FBI odkrywających konspirację obcych i rządu USA jest jednym z największych hitów w historii amerykańskiej telewizji.

Od kilku sezonów amerykańskie stacje ostro inwestują w seriale, które opierają się na takich właśnie niesamowitych pomysłach. Mamy więc "Układy" z Glenn Close (AXN, Polsat) w roli nieprzebierającej w środkach prawniczki. Ten serial otwiera scena brutalnego morderstwa, a potem cały pierwszy sezon poświęcony jest wyjaśnieniu, o co w tej scenie chodzi. Akcja toczy się do tyłu i ostatni odcinek kończy się tam, gdzie "zwykły" serial by się zaczął.

"FlashForward: przebłysk jutra" (AXN) przypomina nastrojem "Lost: Zagubionych". Joseph Fiennes gra tu agenta FBI, który prowadzi śledztwo w sprawie niezwykłego zjawiska - w tym samym momencie ludzie na całym świecie stracili przytomność na 137 sekund. Większość z nich widziała wtedy przebłysk z dnia, który nastąpi za kilka miesięcy. Ci, którzy niczego nie widzieli, mogą się tylko domyślać, że tego dnia nie dożyją.

Nie ma niestety w Polsce genialnego, skrajnie realistycznego serialu "Sons of Anarchy" opowiadającego o gangu motocyklowym, który żyje z handlu bronią i narkotykami. Ta sama stacja kablowa FX, niegdyś zagłębie powtórek, wyprodukowała także zakończony już serial "Świat glin" (AXN Crime), który pokazywał świat skorumpowanych do cna policjantów w getcie Los Angeles. Ten serial wbija w fotel, bo oglądając go, łatwo zapomnieć, że to nie dokument, lecz fabuła. Ostatni odcinek dwa lata temu obejrzała rekordowa w historii amerykańskich kablówek liczba widzów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 103 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    82 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':