reż. Andrzej Fidyk, Anna Więckowska
HBO, dziś, godz. 20.10
Jakie to szczęście, że trafili nam się w ostatnich latach ludzie na wysokich państwowych stanowiskach, którzy - zamiast biegać po telewizjach śniadaniowych i kolorowych magazynach - zajmowali się sensowną pracą dla Polski. I nie oczekiwali za to hołdów i pomników.
Patetycznie? I co z tego. Raz na 20 lat można takim ludziom namalować laurkę, podziękować, docenić, zrobić o nich film. A nie czepiać się i udawać najmądrzejszych we wszechświecie - że nie tak, że za wolno, że za szybko, że bieda, że bogaci, że PGR, że agenci, że układ itd., itp.
Właśnie mija 20 lat wolnej Polski. Na przełomie lat 1989 i 1990 zaczynały się rewolucyjne zmiany w absurdalnej socjalistycznej gospodarce. Polska była bankrutem. Zaczęły wchodzić w życie reformy - nazwane od nazwiska ówczesnego ministra finansów i wicepremiera prof. Leszka Balcerowicza.
I o nim jest film Fidyka i Więckowskiej. Właśnie o Balcerowiczu, a nie o "Solidarności", Kuroniu, Geremku, Mazowieckim, Wałęsie, Michniku i paru innych wielkich.
Autorzy nie udają, że rysują wielostronny obraz tamtych czasów. Robią film z wdzięczności dla człowieka. Laurka? Owszem, ale ona się zwyczajnie Balcerowiczowi należy. Bo to jego nazwiskiem wycierali sobię gęby populiści, nieudolni politycy od lewa do prawa, bez wstydu obiecujący gruszki na wierzbie. Bez bólu, bez wyrzeczeń, za darmo. Czy o kimkolwiek bezkarnie z trybuny sejmowej mówiono, że "dokonał Holocaustu na narodzie polskim", albo że jest "Mengelem polskiej gospodarki"?
W filmie wypowiadają się tylko sam Balcerowicz i jego żona Ewa. On - o zadaniach, trudnościach, walce z inflacją, zabiegach o darowanie długów PRL, niepewności. Ona - o upokorzeniach PRL-owskich kolejek, o jego pracy i nieumiejętności wypoczywania, milczeniu we dwoje, o stresie i odpowiedzialności.
On - natura sportowca. Mówi, że interesowało go tylko zwycięstwo; gdy przestał być najlepszy w biegach, przestała go interesować kariera zawodowego biegacza. Przekonuje, że nie można załamywać się i odpuszczać. Uparty, bezwzględny w misji reformatorskiej.
Bez przerwy słyszał: "Balcerowicz musi odejść". A on wiedział, że nie może w żadnym momencie dać się wyprowadzić z równowagi, bo przegra. I widać to na archiwalnych zdjęciach, gdy musi tłumaczyć populistom w Sejmie, że trzeba walczyć z inflacją i oszczędzać, że nie działa "na pasku Międzynarodowego Funduszu Walutowego".
Wielką, nie tylko sentymentalną, siłą filmu są wstawki z lat 80. i 90. Polska szara, źle ubrani ludzie, całe miasta jak jedno wielkie targowisko - z mięsem, ubraniami, cytrusami. Wstawka współczesna: Balcerowicz zza szyby kawiarni na warszawskim Krakowskim Przedmieściu patrzy na dorodną młodzież koło bramy uniwersytetu, europejską ulicę europejskiego kraju. Kicz? A jakże! Ale raz na 20 lat cieszmy się z tego.
Inny fajny obrazek. Balcerowicz w Rzeszowie robi zakupy na targu. Ludzie zagadują, uśmiechają się przyjaźnie. Opowiadają, jak przaśnie i biednie było w 1989 r. Do dziś to miejsce nazywają placem Balcerowicza. Przecież z wdzięczności, a nie wściekłości.
Źródło: Gazeta Wyborcza