A zbrodnie - co u Szweda Henninga Mankella jest powieściową regułą - są przerażające, okrutne, naznaczone hektolitrami krwi, obciętymi głowami oraz... brzydką, nieprzyjazną pogodą.
Czytając Mankella, zdaje się, że w sterylnej Szwecji, gdzie rzucenie papierka na ulicę jest wykroczeniem opisywanym w lokalnych mediach, nie wypada nikogo tak po prostu normalnie zastrzelić, na dodatek przy słonecznym niebie i wtedy, gdy jest ciepło. Co nie zmienia postaci rzeczy: "Chińczyk" to kryminał gęsty, napisany (i przetłumaczony) wybornie, rozgrywający się na wielu planach i w wielu miejscach, splecionych misterną historią, tak zakręconą jak sama zbrodnia. Dzieje się dzisiaj i dziesiątki lat temu, jakby poświadczając, że nienawiść i chęć zemsty jest najtrwalszym ludzkim uczuciem.
Tym razem komisarza Kurta Wallandera zastąpiła kobieta, pani sędzina Birgitta Roslin, związana rodzinnie z ofiarami potwornego mordu. Roslin ma biografię, która tłumaczy zarówno jej domowe kłopoty, kryzys małżeński, nadciśnienie tętnicze, jak i obecność dziwnego Chińczyka, a nawet wielu tajemniczych Chińczyków, nie tylko w Szwecji, lecz wręcz na całym świecie, od Afryki po
USA. Czyli - w tym kryminale jest wszystko, co być powinno, choć miejscami wydaje się, że jest nawet więcej niż zazwyczaj.
Ani myślę zdradzać intrygę tej najbardziej odjechanej powieści Mankella. Powiem tylko, że pojawia się w niej co najmniej jeden Chińczyk, bez którego ten kryminał miałby się jeszcze lepiej. A może - mógłby się pojawić, lecz w inny sposób, bez fałszywej sugestii, że Chińczyk ów chciał być dobry i tylko życie pokazało, że był zły, choć - wedle Mankella - nie do końca.
Otóż zanim Birgitta Roslin została stateczną przedstawicielką szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości, była mało stateczną studentką, członkinią lewackiej grupy Rebelianci zachwyconej Czerwoną Książeczką Mao. I tak Wielki Sternik pośrednio wplata się w mord na szwedzkiej prowincji, lecz w kontekście szczególnym, by nie powiedzieć - dydaktycznym. Domyślamy się bowiem, że gdyby dzisiejsze
Chiny słuchały nadal nauk przewodniczącego Mao, nikt nikogo by nie zabił. Dobry Chińczyk to ten, który pamięta o zaleceniach Czerwonej Książeczki i choć rozumie, że po drodze popełniono błędy, to wie, że były one obiektywnie konieczne i - summa summarum - prowadziły ku lepszej przyszłości. Teraz zaś mieszanka maoistowskiego komunizmu z bezdusznym kapitalizmem spowodowała, że w Chinach pojawiają się najdziwniejsze indywidua, gotowe dochodzić swego za wszelką cenę i nawet w Szwecji.
Mankell zdaje się nie dostrzegać, że choćby puścił wodze fantazji najdalej, jak potrafi, choćby wymyślił zbrodnię jeszcze bardziej straszliwą, nie dorówna temu, co w realu dokonał Mao. Tak mają niektórzy w krajach szczęśliwszych od Chin, nie tylko autorzy świetnych kryminałów.
''Chińczyk'', Henning Mankell, przeł. Ewa Wojciechowska, W.A.B., Warszawa