http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła, Replewicz, Maciej

Jacek Szczerba
2009-12-15, ostatnia aktualizacja 2009-12-14 21:55

"Na komedię trzeba mieć dziesięć razy więcej pomysłów niż na dramat" - mawiał autor demaskatorskich i w gruncie rzeczy okrutnych komedii o PRL-u. Na niezłą biografię wystarczy jeden dobry bohater

ZOBACZ TAKŻE
Maciej Replewicz posługuje się najprostszą metodą wykorzystywaną w biografiach twórców - wspomnieniowo-analityczną. Chronologiczny opis kolejnych filmów Barei łączy z prezentacją biegu jego życia prywatnego.

Dowiadujemy się więc, że Bareja (1929-87) był synem właściciela zakładu wędliniarskiego w Jeleniej Górze (choć rodzina pochodziła z Warszawy), że jego młodszy brat zginął podczas górskiej wspinaczki, że do warszawskiego szeregowca (na Fitelberga 31) Bareja wprowadził się w roku 1962, a ostatnią ratę zań wpłacił na rok przed swą śmiercią.

Replewicz podaje, jakie książki Bareja czytał, jakie filmy oglądał i jak je oceniał (prowadził w tym względzie zapiski), przypomina, że Bareja dobrze pływał, świetnie gotował i pędził bimber, że nie znosił kaszanki, a jego charakterystyczny grymas - skrzywienie twarzy - oznaczał... zadowolenie. No dobrze, ale po co po raz kolejny pisać to wszystko, skoro istnieje już książka Macieja Łuczaka "Miś, czyli świat według Barei"?

Bo na szczęście Replewicz na tym nie poprzestaje. Parę rzeczy robi lepiej od poprzednika, a niektóre w ogóle jako pierwszy.

W tej książce udało się np. pokazać szlachetność i odwagę cywilną Barei. Na studiach, w czasach stalinowskich, przyznał się, że - razem z Janem Łomnickim - biegł na skróty podczas zawodów przełajowych, co mogło się skończyć nie tylko wywaleniem obu z Filmówki. W roku 1980 na dachu "malucha" przewiózł z Wiednia offsetowy powielacz przeznaczony dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOW-a. W jego piwnicy działała drukarnia - jej konspiracyjność polegała na tym, że wszystkie drzwi w domu były ciągle otwarte, więc nikt nie podejrzewał żadnej nielegalnej działalności. Przemycane przez granicę książki paryskiej "Kultury" Bareja chował w pudle z naklejkami: "Nie otwierać! Materiał światłoczuły".

Replewicz opisuje też klarownie, jak Bareję krzywdzono, np. atak Kazimierza Kutza - przyjaciela Barei z Filmówki, razem należeli do tzw. sześcioosobowego Kolektywu - który pod koniec lat 60. na zebraniu Stowarzyszenia Filmowców Polskich, do tego w obecności przedstawiciela władz kinematografii, użył słowa "bareizm" jako synonimu tandety odnoszącej sukces komercyjny. Barei opowiedział o tym uczestnik zebrania Jan Łomnicki. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak niezachowującemu się po dżentelmeńsku Kutzowi przyznać, że drapieżne komedie, za które Bareja jest dziś szanowany, zaczęły się dopiero później, od "Poszukiwanego, poszukiwanej" (1972-73).

Chwała Replewiczowi za to, że opisuje tu sceny z filmów Barei wywalone przez cenzurę, że publikuje jakieś usunięte i cudem ocalałe kadry, że daje choćby listę 31 scen z "Misia" zakwestionowanych przez biuro na Mysiej. Nie boi się przy tym dwuznaczności. Po kolaudacji "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Bareja dostał zawału, ale film, początkowo zatrzymany, trafił do kin, gdy jego wróg, wiceminister kultury Janusz Wilhelmi zginął w wypadku lotniczym w marcu 1978 r., zaś Bareja wdał się w pertraktacje z dyrektorem cenzury Przemysławem Marciszem (jego zastrzeżony numer znalazł w... publikacji londyńskiego wydawnictwa Aneks). Dwuznaczne było też to, że kręcenie serialu "Alternatywy 4" mimo bojkotu TVP, lecz za zgodą "Solidarności" wznowiono w lutym 1982 r. Premiera pierwszego odcinka nastąpiła jednak dopiero 30 września 1986 r.

Replewicz, czego nikt wcześniej nie zrobił, streszcza tu niezrealizowane scenariusze Barei - np. "XYZ" (1966), parodię Bonda pisaną z Jackiem Fedorowiczem, czy komedię gagową tegoż duetu "Żaba w śmietanie" (1969-70) albo ich program "Tu Telewizja Warszawa w programie 5" (1972): wyemitowano jeden odcinek z materiałów nakręconych do pięciu, bo tak chciała cenzura. W tym ostatnim projekcie najbardziej lubię zdanie: "376 lat temu król Zygmunt przenosi stolicę do Mławy. Niestety podczas przejazdu przez Warszawę łapie go grypa".

Ale są tu i smaczki mniejszego kalibru: informacja, że istniał "sobowtór" Barei reżysera, Stanisław Bareja pisarz, autor m.in. książek "Tak by się chciało..." i "Jadźka i my"; rzadko prezentowane zdjęcie Janusza Gajosa, który przebrany za kobietę startuje do głównej roli w "Poszukiwanym, poszukiwanej" (zagrał ją ostatecznie Wojciech Pokora); czy informacja, że Bareja dopiero w 1974 r. napisał pracę magisterską, mającą zresztą 17 stron, gdyż dowiedział się, że taka jest właśnie najkrótsza dopuszczalna długość.

Co ważne, przez całą książkę Replewicz stara się zdjąć z Barei przyprawioną mu przez środowisko gębę reżysera nonszalanckiego, niedbałego przy robocie. Tymczasem on tylko oszczędzał czas i środki, doskonale wiedząc, że nie stać go na artystowskie cyzelowanie ujęć. Gdy Fedorowicz zwrócił mu uwagę, że jakaś postać jest w jednej scenie raz w białej bluzce, a raz w czerwonej, więc tego nie da się zmontować, odpowiedział: "Gdyby widz miał zauważać takie rzeczy, nie warto by było kręcić tego filmu".

Bareja przyjeżdżał na plan na rowerze, z wiszącą na kierownicy teczką ze scenopisem i kanapkami, słynne były jego przerwy obiadowe, ale to wcale nie znaczy, że się oszczędzał. Mówił: "Na komedię trzeba mieć dziesięć razy więcej pomysłów niż na dramat (...) Kiedy funkcjonariusz wlepia mi mandat, nie awanturuję się, staram się zapamiętać, jak on mówił, jakie błędy gramatyczne popełnił".

Tyle o zaletach książki Replewicza. Ale są i wady. Pierwszą jest to, że nie utrzymuje poziomu wstępu Stanisława Tyma traktującego o tym, jak zaczęła się jego współpraca z Bareją (ręka Tyma przybija pieczątkę w "Poszukiwanym, poszukiwanej"). Replewicz wygrzebał wszelkie recenzje filmów Barei, zacytował jego wypowiedzi prasowe oraz gazetowe i książkowe wspomnienia jego współpracowników. Tyle że tych, którzy byli w filmowej paczce Barei i wciąż są wśród żywych, przycisnąć nie umiał. Dlaczego w rozdziale o "Mężu swojej żony" nie mówi nic ani Aleksandra Zawieruszanka, ani Elżbieta Czyżewska, ani Wiesław Gołas? Aż tak trudno było do nich dotrzeć?

A może chodzi o to, że Replewicz woli skupić się na własnych poglądach na temat Barei. Upiera się np. przy twierdzeniu, że jego filmy wchodzą ze sobą w dialog za sprawą powtarzających się motywów. Tropi zatem np. obecność mięsa w życiu i twórczości reżysera, a z tego tropienia niewiele wynika. Ma też skłonność do popisywania się - podaje informacje zupełnie tu niepotrzebne („w Powstaniu brał udział 17-letni żołnierz AK Zdzisław Maklakiewicz, pseudonim » Hanzem «) albo dygresje tylko pozornie przydatne do oddania kolorytu epoki (np. o fatalnej licencji, jaką okazały się francuskie autobusy Berliet). A „Zmienników” zestawia z... „Taksówkarzem” Scorsese.

A przecież lekcja, jaką wciąż dawał współpracownikom Bareja, brzmiała: robić wszystko możliwie najprościej. Jak postąpił, gdy w "Misiu" potrzebne było ogłoszenie prasowe o szukaniu aktorskiego dublera? Po prostu umieścił takie w "Życiu Warszawy".

''Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła'', Maciej Replewicz, Zysk i S-ka, Poznań

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów