http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Największa gwiazda 2009? Krajewski! Seweryn Krajewski

Robert Sankowski
2009-12-12, ostatnia aktualizacja 2009-12-13 13:54

Seweryn Krajewski unikał sceny od kilkunastu lat. Wystarczyło kilkanaście koncertów, aby pół Polski przypomniało sobie o nim, a drugie pół - że wciąż jest osobowością muzyczną i wielką gwiazdą

ZOBACZ TAKŻE
W sobotę wieczorem w warszawskiej Sali Kongresowej Krajewski zakończy trasę koncertową. Razem z Andrzejem Piasecznym promował płytę "Spis rzeczy ulubionych". Firmowany i zaśpiewany przez Piasecznego, a skomponowany przez Krajewskiego album to efekt znajomości obu muzyków trwającej już od lat 90.

Skorzystali na tym obaj. Piaseczny - bo po paru chudszych latach trafił nowym repertuarem do swoich słuchaczy i wrócił do piosenkarskiej pierwszej ligi. Krajewski - bo przypomniał się nowemu pokoleniu fanów. Przypominać się starszym nie musiał. Estetyki jego piosenek można nie lubić, ale nie znać ich - to niemożliwe.

Płytę "Spis rzeczy ulubionych" kupiło już ponad 60 tysięcy fanów. Album wciąż utrzymuje się wysoko w zestawieniach sprzedaży. Już teraz wiadomo, że płyta będzie jednym z największych polskich hitów mijającego roku.

To nie wszystko. Za sprawą trwającej od października trasy Krajewski stanął na scenie po raz pierwszy od trzynastu lat. I odniósł kolejny sukces. Na koncerty w całej Polsce tłumnie waliła wielopokoleniowa publiczność. Zapis tych występów - kolejne wspólne dzieło Krajewskiego i Piasecznego, tym razem podpisany przez obu longplay "Na przekór nowym czasom" - już w dniu premiery był Złotą Płytą. Po tak świetnym starcie to na pewno nie koniec. W kolejce czeka reedycja nagranego przez Krajewskiego kilka lat temu albumu "Jestem". Na fali obecnego zainteresowania można spodziewać się kolejnego przeboju.

Znów działa magia Seweryna Krajewskiego? Piaseczny nie ma co do tego żadnych wątpliwości. - Ludzie unoszą się parę centymetrów nad ziemia, gdy on jest na scenie - mówił o wspólnych koncertach w jednym z wywiadów. Co prawda sam zainteresowany ma na ten temat inne zdanie. - Nie analizuję tego, co daję moim słuchaczom, a czego nie. Po prostu podczas koncertu w pierwszej kolejności myślę o sobie. Skupiam się na tym, żeby się nie pomylić - mówi Krajewski. Jego znajomi potwierdzają, że wciąż, po tylu latach na scenie, występy nie przestają go stresować.

W Krajewskim nie ma pozy wielkiej gwiazdy. Ale jego biografia to gotowy scenariusz na film. Ten zwrot bywa nadużywany wobec bohaterów popkultury. No oceńmy sami: na scenę trafia jako nastolatek, staje się obiektem westchnień całego pokolenia młodych Polek, pisze dziesiątki wielkich hitów, zostaje samodzielnym liderem Czerwonych Gitar, najpopularniejszego polskiego zespołu, współpracuje z największymi gwiazdami lokalnej rozrywki, przeżywa wielką rodzinną tragedię, odchodzi od zespołu, na długie lata znika ze sceny, aby nagle triumfalnie powrócić.

Gdyby to nie był prawdziwy życiorys, naprawdę łatwo by to uznać za skrojoną ze sztampy i klisz opowieść hollywoodzkich scenarzystów o losie wielkiego idola.

Urodził się w 1947 roku w Nowej Soli. Dorastał w Trójmieście - mieszkał w Sopocie, do liceum muzycznego chodził w Gdańsku. Przez to liceum miał zresztą utrudniony start na estradzie - uczniów szkoły obowiązywał zakaz udzielania się w zespołach rozrywkowych, musiał ukrywać się przed profesorami i grać pod pseudonimem. Poważną karierę zaczynał w zespole Pięciolinie, występował też w grupie Czerwono-Czarni.

W 1966 roku związał się na stałe z Czerwonymi Gitarami. Trafił do grupy trochę tylnymi drzwiami - był przy jej powstaniu rok wcześniej, grywał w niej okazjonalnie, ale propozycję grania na stałe otrzymał dopiero po kilkunastu miesiącach, gdy do wojska został powołany basista zespołu. Ale Krajewski został jednym z filarów popularności grupy. Okazało się, że ma niezwykłą łatwość pisania wpadających w ucho, przebojowych piosenek. "Nie zadzieraj nosa", "Takie ładne oczy", "Tak bardzo się starałem", "Dozwolone do lat 18", "Anna Maria" - te piosenki z repertuaru Czerwonych Gitar wyszły spod ręki Krajewskiego.

To właśnie ta lekkość w komponowaniu hitowych melodii sprawiła, że zaczęto go nazywać "polskim Paulem McCartneyem". Z bitelsem łączyło go zresztą więcej. Przecież tak jak on grał w zespole na gitarze basowej. Spokojny, zamknięty w sobie był w grupie tym grzecznym, który stanowił przeciwwagę dla Krzysztofa Klenczona nazywanego z kolei "nadwiślańskim Lennonem". No i tak jak McCartney zwracał na siebie uwagę delikatnym typem urody. - Był czarnowłosym chłopakiem o szafirowych oczach. Dziewczyny godzinami wystawały pod jego oknem - wspominała po latach Maryla Rodowicz.

Pod tą twarzą cherubina krył się jednak muzyk, który potrafił stawiać na swoim. Gdy po licznych konfliktach w grupie w 1970 roku Czerwone Gitary opuścił Klenczon, został samodzielnym liderem zespołu. Pod jego kierunkiem grupa nagrywała kolejne przeboje: "Płoną góry, płoną lasy", "Ciągle pada", "Niebo z moich stron", "Wschód słońca w stadninie koni". Zespół jest popularny we wszystkich krajach socjalistycznych. W NRD wydaje nawet płyty z niemieckojęzycznymi wersjami swoich piosenek. Równolegle Krajewski pisze dla innych artystów (na przykład "Gondolierów znad Wisły" dla Ireny Jarockiej czy "Trzymając się za ręce" dla Urszuli Sipińskiej), w latach 80. do swojego portfolio dokłada muzykę filmową (poza wspomnianym już "Uciekaj moje serce" z serialu "Jan Serce" na przykład także "Baw mnie" z "Och, Karol").

Jeszcze w latach 70. podejmuje trwającą wiele lat współpracę z Agnieszką Osiecką. Dziełem tej spółki są takie klasyczne pozycje polskiej muzyki rozrywkowej jak "Ludzkie gadanie", "Nie spoczniemy" czy "Niech żyje bal". Co ciekawe, Osiecka nie była podobno początkowo przekonana do współpracy z Krajewskim. Uważała dokonania Czerwonych Gitar za tandetne i kiczowate. Ale i ona uległa kompozytorskiej magii Krajewskiego. Jego piosenki faktycznie często balansują na granicy banału i kiczu.

Ale Krajewskiemu od lat udaje się rzecz wyjątkowa - jak mało kto na polskiej scenie ma szczególne ucho do melodii, a choć zaczynał przygodę z muzyką od bigbitowego, wzorowanego na muzyce anglosaskiej grania, wtrąca do swoich piosenek mocno słowiańską, melancholijną nutę. Być może to właśnie ta charakterystyczna dla niego melancholia i smutek nieustannie przyciągają fanów. - Piszę, aby pozbyć się negatywnych uczuć. Chcę pokazać, że smutek też może być budujący - tłumaczył w jednym z wywiadów.

W 1990 roku w wypadku samochodowym ginie jego syn. Krajewski bardzo mocno przeżywa tę tragedię, ucieka w niekończące się trasy koncertowe. Ale jak przyznał po latach, od tego momentu powoli odsuwa się od sceny i coraz bardziej koncentruje się na rodzinie. Odchodzi definitywnie od Czerwonych Gitar w 1997 roku.

Porzucił scenę i zaszył się w swoim azylu - domu ukrytym w podwarszawskich lasach, gdzie, jak mówi: "prowadził zwyczajne życie wśród ptaków i drzew" - ale nigdy nie zniknął na dobre. Pisał nowe piosenki, wydał kilka płyt, tyle że nie zabiegał o ich promocję. Znany od dawna z niechęci do rozmów z prasą jeszcze bardziej unikał mediów.

Nie pojawił się nawet dwa lata temu w Opolu, gdy na zakończenie Festiwalu Polskiej Piosenki organizatorzy przygotowali poświęcony jego twórczości koncert zatytułowany "Niebo z moich stron". Nie ukrywa nawet dystansu do dawnych nagrań Czerwonych Gitar. Podkreśla że były fatalne technicznie. - Nie lubię powrotów do tego, co było, ponieważ to już minęło. Dopóki będę komponował, zawsze będę myślał o dniu dzisiejszym i jutrzejszym. Trzeba iść do przodu - mówił parę lat temu w jednym z nielicznych wywiadów.

Powodzenie jego ostatnich muzycznych projektów pokazują, że miał rację.

Robert Sankowski

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 54 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    76 głosów

Chcesz iść na mecz? Idź do kina

Łatwiej chyba polecieć na Marsa niż dostać się na mecz naszej reprezentacji

Ale POleciało

PO ma najgorsze notowania i najmniejszą przewagę nad PiS od wygranych wyborów. Tych z 2007 r. - pokazuje sondaż TNS OBOP. Urosły słupki PiS, Ruchu Palikota i SLD

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W piątek z ''Gazetą'':

  • Gazeta Telewizyjna