http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Każde słowo zna diabelski krąg

Herta Müller
2009-12-08, ostatnia aktualizacja 2009-12-08 02:05

Na śmiertelny strach zareagowałam głodem życia. Był on głodem słów. Tylko wir słów mógł uchwycić mój stan. Literował to, czego nie dało się powiedzieć ustami - wczoraj w Sztokholmie Herta Müller wygłosiła swoją mowę noblowską

ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
SERWISY
CZY MASZ CHUSTECZKĘ, codziennie pytała mama przy furtce, zanim wyszłam na ulicę. Nie miałam. I ponieważ jej nie miałam, wracałam po nią do pokoju. Nigdy jej nie miałam, ponieważ codziennie czekałam na to pytanie. Chusteczka była dowodem, że mama czuwa nade mną każdego ranka. W późniejszych godzinach i zdarzeniach dnia byłam zdana na siebie. Pytanie: CZY MASZ CHUSTECZKĘ było ukrytą czułością. Jawnej mama by się wstydziła, chłopi jej nie znali. Miłość przebrała się w pytanie. Dawała się wypowiedzieć tylko tak, sucho, w tonie rozkazu. Szorstkość głosu podkreślała czułość. Każdego ranka stałam przy furtce, raz bez chusteczki i raz z chusteczką. Dopiero potem wychodziłam na ulicę, jakby z chusteczką była przy mnie też mama.

Dwadzieścia lat później od dłuższego już czasu byłam sama w mieście, pracowałam jako tłumaczka w fabryce maszyn. Wstawałam o piątej, o wpół do siódmej zaczynałam pracę. Rano nad dziedzińcem fabryki rozbrzmiewał z głośników hymn. W przerwie obiadowej chóry robotnicze. Ale robotnicy, którzy siedzieli przy stole, mieli oczy puste jak cynowana blacha, zapaćkane olejem dłonie, jedzenie owinięte w gazety. Zanim zjedli kawałek słoniny, zdrapywali z niej czernidło drukarskie. Dwa lata minęły w szarzyźnie codzienności, dzień podobny do dnia.

W trzecim roku dni przestały być takie same. W ciągu tygodnia trzy razy wczesnym rankiem przyszedł do mojego biura wielki, grubokościsty mężczyzna o lśniąco niebieskich oczach, kolos ze służby bezpieczeństwa.

Za pierwszym razem zwymyślał mnie na stojąco i wyszedł.

Za drugim razem zdjął kurtkę, powiesił ją na kluczu od szafy i usiadł. Tego dnia przyniosłam tulipany z domu i wstawiłam je do wazonu. Przyjrzał mi się i pochwalił za nadzwyczajną znajomość ludzi. Jego głos był oślizły. Czułam się nieswojo. Zakwestionowałam pochwałę i zapewniłam, że znam się na tulipanach, ale nie na ludziach. Wtedy powiedział zjadliwie, że on zna mnie lepiej niż ja tulipany. Potem przewiesił kurtkę przez rękę i wyszedł.

Za trzecim razem usiadł, a ja stałam, ponieważ położył aktówkę na moim krześle. Nie odważyłam się przestawić jej na podłogę. Powiedział, że jestem głupia jak but, migam się od pracy, wyzwał mnie od dziwek, zepsutych jak suka w rui. Tulipany przesunął na sam brzeg stołu, pośrodku położył pustą kartkę i długopis. Wrzasnął: "Pisać!". Pisałam na stojąco pod jego dyktando - moje nazwisko z datą urodzenia i adresem. Potem, że niezależnie od bliskości lub pokrewieństwa nie powiem nikomu, że... teraz padło to straszliwe słowo: colaborez, że kolaboruję. Tego słowa nie napisałam. Odłożyłam długopis i podeszłam do okna, patrzyłam na zakurzoną ulicę. Nie była asfaltowa, wszędzie wyboje i garbate domy. Ta podupadła uliczka nazywała się Strada Gloriei, ulica Sławy. Na ulicy Sławy siedział kot na łysej morwie. Był to fabryczny kot z rozerwanym uchem. Nad nim poranne słońce jak żółty bęben. Powiedziałam: "N-am caracterul", to nie leży w moim charakterze. Słowo CHARAKTER wpędziło esbeka w histerię. Podarł kartkę i rzucił strzępki na podłogę. Prawdopodobnie przypomniał sobie jednak, że musi zaprezentować szefowi próbę zwerbowania, ponieważ schylił się, pozbierał skrawki papieru i wrzucił je do aktówki. Potem westchnął ciężko i z głębi swojej porażki rzucił wazonem z tulipanami o ścianę. Rozbił go. Zazgrzytało, jakby w powietrzu były zęby. Z aktówką pod pachą powiedział cicho: "Jeszcze tego pożałujesz, utopimy cię w rzece". Odpowiedziałam bardziej sobie niż jemu: "Jeśli podpiszę, nie będę mogła żyć ze sobą, będę musiała sama się utopić. Lepiej zostawię to panu". Drzwi od biura stały już otworem, jego nie było. Na zewnątrz, na Strada Gloriei, fabryczny kot skoczył z drzewa na dach domu. Gałąź kołysała się jak trampolina.

Następnego dnia rozpoczęła się szarpanina. Miałam zniknąć z fabryki. Codziennie o wpół do siódmej musiałam stawiać się u dyrektora. Z nim siedział przewodniczący związków zawodowych i sekretarz partii. Tak jak kiedyś matka pytała: "Czy masz chusteczkę", tak teraz dyrektor pytał każdego ranka: "Czy znalazłaś sobie pracę". Odpowiadałam za każdym razem tak samo: "Nie szukam pracy, mnie się w fabryce podoba, chciałabym zostać tu do emerytury".

Pewnego dnia przyszłam do pracy, a moje grube słowniki leżały w korytarzu na podłodze, obok drzwi do biura. Otworzyłam drzwi, a przy moim biurku siedział inżynier. Powiedział: "Puka się. Ja tu teraz siedzę. Nie masz tutaj czego szukać". Do domu pójść nie mogłam, ponieważ byłby to pretekst, żeby zwolnić mnie z powodu nieusprawiedliwionej nieobecności. Nie miałam biura, ale tym bardziej musiałam być obecna, w żadnym przypadku nie mogłam opuścić ani jednego dnia.

Moja przyjaciółka, której codziennie opowiadałam wszystko w drodze do domu przez nędzną Strada Gloriei, odstąpiła mi na początku kawałek swojego biurka. Jednak pewnego dnia stanęła przed drzwiami biura i powiedziała: "Nie mogę cię wpuścić. Wszyscy mówią, że jesteś szpiclem". Szykany zostały przesunięte w dół, plotki rozpuszczone wśród kolegów. To było najgorsze. Przed atakami można się bronić, wobec oszczerstw jest się bezradnym. Codziennie liczyłam się ze wszystkim, również ze śmiercią. Ale z tą perfidią nigdy sobie nie poradziłam. Żaden rachunek nie czynił jej znośną. Oszczerstwo wypycha cię brudem, dusisz się, ponieważ nie możesz się bronić. W oczach kolegów byłam dokładnie tym, czego odmówiłam. Gdybym ich szpiegowała, żyliby w nieświadomości i ufali mi. W gruncie rzeczy karali mnie, gdyż ich oszczędziłam.

Ponieważ teraz nie mogłam opuścić ani jednego dnia, ale nie miałam biura, a moja przyjaciółka nie mogła mi już użyczać swojego, stałam niezdecydowana na klatce schodowej. Parę razy zeszłam i weszłam po schodach - i nagle znowu byłam dzieckiem mojej matki, ponieważ MIAŁAM CHUSTECZKĘ. Położyłam ją między pierwszym a drugim piętrem na stopniu, wygładziłam, żeby leżała porządnie, i usiadłam na niej. Grube słowniki położyłam na kolanach i zaczęłam tłumaczyć opisy hydraulicznych maszyn. Byłam schodowym dowcipem, a chusteczka biurem. Moja przyjaciółka przysiadała się w przerwach do mnie. Jadłyśmy razem, jak kiedyś w jej, a jeszcze wcześniej w moim biurze. Z głośników na dziedzińcu chóry robotników śpiewały jak zawsze o szczęściu narodu. Ona jadła i płakała nade mną. Ja musiałam być twarda. Jeszcze długo. Kilka wiecznych tygodni, zanim zostałam zwolniona.

W czasie kiedy byłam schodowym dowcipem, sprawdziłam w leksykonie, jak to jest ze słowem SCHODY: pierwszy stopień schodów nazywany jest ZAPRASZAJĄCYM, szereg stopni tworzy BIEG. Poziome stopnie, po których się chodzi, są z boku wpasowane w POLICZKI. Wysunięta część stopnia to NOSEK, a wolne przestrzenie między schodami - DUSZA. Z wysmarowanych olejem maszyn znałam już piękne słowa JASKÓŁCZY OGON, GĘSIA SZYJA, nakrętka do śrub to MUTRA. Podobnie zaskoczyły mnie poetyckie nazwy części schodów, piękno technicznego języka. POLICZKI, NOSEK - schody mają twarz. Czy z drewna, czy z kamienia, z betonu czy z żelaza - dlaczego ludzie nawet w najbardziej toporne rzeczy wbudowują własne oblicze, nadają martwej materii nazwy części ciała, personifikują ją. Czy ukryta czułość sprawia, iż sucha praca wydaje się specjalistom od techniki znośniejsza? Czy każda praca, w każdym zawodzie, funkcjonuje na tych samych zasadach co pytanie mojej matki o chusteczkę?

W dzieciństwie mieliśmy w domu szufladę z chusteczkami. Były w niej dwa rzędy, w każdym trzy gromadki:

Po lewej chusteczki męskie dla ojca i dziadka.

Po prawej chusteczki damskie dla matki i babci.

W środku chusteczki dziecięce dla mnie.

Szuflada była obrazem naszej rodziny w formacie chusteczki do nosa. Chusteczki męskie były największe, miały ciemne paski na brzegu, utrzymane w brązie, szarości lub bordo. Chusteczki damskie były mniejsze, ich brzeg jasnoniebieski, czerwony lub zielony. Chusteczki dziecięce były najmniejsze, bez ozdobnego brzegu, ale z kwiatami lub zwierzętami na białym kwadracie. Wszystkie trzy gatunki chusteczek dzieliły się na chusteczki powszednie, w przednim rzędzie, i świąteczne, w tylnym rzędzie. W niedzielę chusteczka musiała pasować do koloru ubrań, nawet jeśli nie było jej widać.

Żaden inny przedmiot w domu, nie wyłączając nas samych, nigdy nie był tak ważny jak chusteczka. Była uniwersalna: na katar, krwawienie z nosa, zranioną dłoń, łokieć lub kolano, na płacz albo żeby wsadzić ją między zęby i płacz zdławić. Mokra, zimna chusteczka na czole przeciw bólowi głowy. Z czterema supłami na rogach jako ochrona przed słońcem lub deszczem. Żeby pamiętać, zawiązywało się na niej supeł. Obwijało się nią dłoń, kiedy trzeba było nieść ciężką torbę. Powiewając, stawała się pożegnaniem, kiedy pociąg wyjeżdżał z dworca. Ponieważ pociąg nazywa się po rumuńsku TREN, a łza w banackim dialekcie TRÄN, skrzypienie pociągu na szynach kojarzyło mi się zawsze z płaczem. Kiedy na wsi ktoś umierał, natychmiast podwiązywano mu brodę chusteczką, żeby usta pozostały zamknięte, gdy nastąpi stężenie pośmiertne. Kiedy w mieście ktoś padał na skraju ulicy, zawsze jakiś przechodzień przykrył zmarłemu twarz swoją chusteczką - była jego pierwszym całunem.

W gorące letnie dni rodzice wysyłali dzieci późnym wieczorem na cmentarz podlać kwiaty. Chodziliśmy dwójkami lub trójkami, od grobu do grobu zawsze razem, podlewaliśmy szybko. Potem siadaliśmy blisko siebie na stopniach kaplicy i obserwowaliśmy, jak z niektórych grobów unoszą się strzępy pary. Leciały przez chwilę w ciemnym powietrzu, a potem znikały. Dla nas były to dusze zmarłych: postaci zwierząt, okulary, buteleczki i filiżanki, rękawiczki i skarpety. A między nimi tu i tam biała chusteczka z czarnym brzegiem nocy.

Później, kiedy prowadziłam rozmowy z Oskarem Pastiorem, żeby napisać o jego deportacji do sowieckiego obozu pracy, opowiedział mi, że od pewnej rosyjskiej matki dostał chusteczkę z białego batystu. Może poszczęści się wam, tobie i mojemu synowi, i wkrótce wrócicie do domu, powiedziała Rosjanka. Jej syn był w wieku Oskara Pastiora i tak daleko od domu jak on, w batalionie karnym. Oskar Pastior zapukał do jej drzwi jako wygłodniały żebrak, chciał wymienić węgiel na jedzenie. Wpuściła go do domu, dała gorącej zupy. A ponieważ kapało mu z nosa do talerza - dała mu też białą chusteczkę z batystu, jeszcze nieużywaną. Z ażurowym brzegiem, z misternie wyszytymi jedwabną nicią pręcikami i rozetami chusteczka była pięknem, które żebraka obejmowało i raniło. Czarodziejską miksturą: z jednej strony pociecha z batystu, z drugiej metr krawiecki z jedwabną podziałką, z białymi kreseczkami na skali jego zaniedbania. Oskar Pastior był z kolei taką miksturą dla nieznajomej, żebrak z dalekiego świata w domu i utracone dziecko w dalekim świecie. W tych dwóch postaciach uszczęśliwiał go i przerastał gest kobiety, która dla niego też była dwiema postaciami - obcą Rosjanką i zatroskaną matką z pytaniem: CZY MASZ CHUSTECZKĘ.

Odkąd znam tę historię, też nurtuje mnie pytanie: czy zdanie CZY MASZ CHUSTECZKĘ wszędzie zachowuje ważność, czy jest rozpięte nad światem w blasku śniegu, między zamarzaniem a roztopami. Czy między górami i stepami przechodzi przez wszystkie granice, aż do wielkiego, usianego obozami karnymi i obozami pracy imperium. Czy pytania CZY MASZ CHUSTECZKĘ nie da się zniszczyć nawet sierpem i młotem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':