http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mikołajek boi się braciszka

Jacek Szczerba
2009-12-04, ostatnia aktualizacja 2009-12-04 16:59

Uspokajam fanów opowiadań René Goscinnego i Jeana-Jacques'a Sempégo o Mikołajku - ich filmowa adaptacja zachowuje wdzięk oryginału





Filmy
Film Laurenta Tirarda to zręcznie sklecony ciąg scen i pomysłów wziętych z różnych tomów przygód Mikołajka z jednym motywem przewodnim - Mikołajek (10-letni Maxime Godart) boi się, że będzie miał małego braciszka. Joachimowi (Virgile Tirard), koledze z klasy, taki braciszek właśnie się urodził. Joachim uważa, że to pogorszyło jego pozycję w rodzinie - być może będzie musiał oddać braciszkowi swój pokój, a sam wyląduje w garażu! Gdy Joachim opisuje symptomy zapowiadające pojawienie się bobasa (rodzice robią się dla siebie wyjątkowo mili), Mikołajek, po obserwacjach domowych, orientuje się, że jemu grozi to samo...

Co poza scenariopisarską biegłością sprawiło, że film nie okazał się klapą? Z pewnością trafny dobór obsady, zwłaszcza dziecięcej. Najlepiej wypadają ci koledzy Mikołajka, którzy są, niejako z definicji, wyraziści: gruby Alcest (Vincent Claude), który ciągle się obżera, Ananiasz (Damien Ferdel), czyli klasowy kujon w okularkach, którego nie wolno bić, czy Godfryd (Charles Vaillant) z rozkapryszoną miną, bo jest synkiem bogacza odwożonym do szkoły rolls-royce'em. Pierwszeństwo w tym gronie należy się jednak Kleofasowi (Victor Carles), najgorszemu uczniowi w klasie, który chce zostać kolarzem. Ma tak odjechane spojrzenie, jakby zaczynał dzień nie od zupy mlecznej, tylko od trawki. Na tym tle filmowy Mikołajek wydaje się nazbyt ładniutki i grzeczniutki. Mikołajek z książek jest większym cholerykiem, często wybucha płaczem. Temu na ekranie też by się to przydało.

W części szkolnej filmu także aktorów dorosłych dobrano odpowiednio do typu postaci, które mieli odegrać. Francois-Xavier Demaison świetnie nadaje się na niejakiego Rosoła (to przezwisko o skomplikowanym pochodzeniu), maniaka porządku opiekującego się uczniami na przerwach, podobnie jak Michel Duchaussoy wcale nie musi grać nobliwego i nieco surowego dyrektora, gdyż po prostu nim jest.



Nie byłoby przyzwoitej ekranizacji "Mikołajka", gdyby pomylono się przy obsadzaniu ról rodziców tytułowego bohatera. Ale takiej pomyłki tu nie popełniono. Kad Merad (niezapomniany szef poczty w komedii "Jeszcze dalej niż północ") to wypisz wymaluj udający niezależnego mąż pantoflarz i przymilający się do szefa podwładny, zaś Valérie Lemercier to po prostu przeciętna francuska mama - niezbyt ładna, ale zgrabna i po mieszczańsku szykowna, tak jak Sandrine Kiberlain to uosobienie pani nauczycielki - trochę zagubionej, trochę uduchowionej, która jednakowoż nie umiałaby żyć bez gromadki dzieci.

Nie byłoby przyzwoitej ekranizacji "Mikołajka", gdyby pomylono się przy obsadzaniu ról rodziców tytułowego bohatera. Ale takiej pomyłki tu nie popełniono. Kad Merad (niezapomniany szef poczty w komedii "Jeszcze dalej niż północ") to wypisz wymaluj udający niezależnego mąż pantoflarz i przymilający się do szefa podwładny, zaś Valérie Lemercier to po prostu przeciętna francuska mama - niezbyt ładna, ale zgrabna i po mieszczańsku szykowna, tak jak Sandrine Kiberlain to uosobienie pani nauczycielki - trochę zagubionej, trochę uduchowionej, która jednakowoż nie umiałaby żyć bez gromadki dzieci.

Fabułę Laurenta Tirarda wypada nazwać udaną kopią jej literackiego pierwowzoru. Nie jest to film wielki - taki musiałby pewnie narzucić nam jakąś zaskakującą interpretację dzieła Goscinnego i Sempégo, pozostając mu jednocześnie wiernym. Nie wiadomo, czy to w ogóle możliwe. W obecnej sytuacji możliwe nie było, bo Anne Goscinny, córka René, patrzyła filmowcom na ręce, by nie wyrządzili szkody dziedzictwu jej ojca.

Ważne, że film nie zgubił wiele z wdzięku oryginału. Nawet jeśli w scenariuszu znalazły się nowe motywy, narysowane dość grubą krechą (Mikołajek z kolegami chce nająć gangstera, by porwał jego małego braciszka), to ich rozwiązanie wypada lekko i zabawnie. Film ma jednak ten sam problem co książka - niby jest dla dzieci, ale zawiera mnóstwo podtekstów zrozumiałych tylko dla dorosłych. Oglądając "Mikołajka" wśród jednych i drugich, słyszałem wyraźnie, kiedy śmieją się wszyscy, a kiedy tylko starsi. Taką "najdoroślejszą" sceną jest scena kolacji, na którą do domu Mikołajka wpada szef taty pan Moucheboume (Daniel Prévost) wraz z małżonką (Nathalie Cerde). Mama Mikołajka popełnia wtedy same gafy i kończy wieczór pijacką szarżą. Czy Goscinny napisałby taką scenę, jest kwestią sporną. Mnie ona nie razi.

Że temu filmowi bardzo pomagają składniki z pozoru drugorzędne, dowodzi wesoła muzyka Klausa Badelta. Ona go strasznie napędza. W niektórych momentach, gdy trzeba, rozbrzmiewają tu tony jak z westernu czy filmu grozy.



W sumie można się było spodziewać najgorszego - wszak znaczna część wspaniałości opowiadań Goscinnego zawiera się w ich języku, więc jest trudno przekładalna na filmowe obrazki, tak jak nie sposób odtworzyć w filmie aktorskim wyjątkowej kreski Sempégo - a wyszło niczego sobie.

Mikołajek, reż. Laurent Tirard, Francja - Belgia 2009

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':