http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wraca centrala

Roman Pawłowski
2009-12-03, ostatnia aktualizacja 2009-12-02 18:54

Kończy się czas polskiej prowincji w narodowej kulturze. Miało być wiele prężnych ośrodków lokalnych, ale prowincja odrzuca awangardę

ZOBACZ TAKŻE
Jeszcze parę lat temu najciekawsze zjawiska artystyczne w Polsce rodziły się na peryferiach. Młodzi artyści, kuratorzy, reżyserzy, aktorzy, scenografowie, tancerze uciekali na prowincję przed komercją i środowiskowymi układami panującymi w metropoliach. Znajdowali tam przestrzeń do eksperymentu, zarażali miejscową społeczność sztuką, byli pionierami i społecznikami w jednym.

Dzięki ich aktywności prowincjonalne teatry, galerie i muzea zmieniały się w centra kultury o krajowej, a nawet międzynarodowej randze. CSW Kronika w Bytomiu pod kierunkiem Sebastiana Cichockiego trafiła na listę dziesięciu najlepszych galerii w Polsce, jej projekt był w głównym programie 5. Berlińskiego Biennale w 2008 r. Festiwal Nowe Horyzonty, który Roman Gutek organizował w Sanoku, a później w Cieszynie, przyciągał tysiące kinomanów z całego kraju. Pielgrzymki ciągnęły do Gardzienic, gdzie pionier kultury na prowincji Włodzimierz Staniewski prowadził teatr i Akademię Praktyk Teatralnych, a także do teatrów w Wałbrzychu, Legnicy, Jeleniej Górze czy Opolu, gdzie zaczynali znani dzisiaj reżyserzy: Maja Kleczewska, Jan Klata, Przemysław Wojcieszek.



Model niemiecki nie dla nas

Odrodzenie kulturalne prowincji zbiegło się z reformami samorządowymi, które pod koniec lat 90. oddały gminom instytucje kultury. Wielu samorządowców doceniło rolę kultury w integracji wspólnot lokalnych i budowaniu ich tożsamości, zwłaszcza w zaniedbanych społecznie ośrodkach. Z funduszy unijnych popłynął strumień pieniędzy na remonty starych i budowę nowych instytucji, wymieniano kafelki w łazienkach i krzesła na widowni.

Wydawało się, że w Polsce rozwinie się niemiecki model życia kulturalnego, w którym nie ma jednego centrum, ale wiele regionalnych i lokalnych zjawisk składa się na całość kultury. Od pewnego czasu z peryferii dochodzą jednak niepokojące sygnały, że ten proces znalazł się w odwrocie.

Twórcy przenoszą się do większych miast, niegdyś żywe ośrodki zamierają. Gutek przeniósł swój festiwal do Wrocławia, Staniewski rozczarowany obojętną postawą władz Lubelszczyzny chce budować nową siedzibę w Warszawie. W ubiegłym roku odszedł z Kroniki jej dyrektor programowy Sebastian Cichocki. Stało się to po atakach części prawicowych radnych, którzy zarzucili galerii propagowanie homoseksualizmu i elitaryzm. Dzisiaj problemy ma jego następca Stanisław Ruksza. Radni PiS tym razem zarzucają dyrektorowi propagowanie lewicowych poglądów - chodzi o pokaz filmu o podziemiu aborcyjnym "Podziemne państwo kobiet", który Kronika zorganizowała wspólnie z redakcją "Krytyki Politycznej" z Warszawy. Bytomskie Centrum Kultury, w ramach którego działa galeria, obcięło dotację na działalność merytoryczną ze 120 tys. do 90 tys. zł.



Wina: elitaryzm

Ci, którzy nie chcą odejść, są wyrzucani. Tak stało się z Wojtkiem Klemmem, dyrektorem Teatru im. Norwida w Jeleniej Górze, który został zwolniony, mimo że ściągnął ciekawych reżyserów, zaczął budować zespół, zdobył zainteresowanie krytyki i festiwali. Zarzucono mu to samo, co w Bytomiu: elitaryzm.

Wreszcie przykład z ostatnich tygodni: dyrektor Muzeum w Koszalinie Jerzy Kalicki zwolnił Ryszarda Ziarkiewicza, szefa działu sztuki współczesnej. Ziarkiewicz w ciągu trzech lat stworzył w Koszalinie ośrodek sztuki współczesnej, opisał i wypromował Kolekcję Osiecką - zapomniany zbiór polskiej sztuki awangardowej i nowoczesnej II połowy XX wieku, zgromadzony w czasie dwudziestu lat spotkań artystów, krytyków i teoretyków sztuki w Osiekach. Kalicki miał jednak inną wizję muzeum. Najpierw sparaliżował działania kuratora, ignorując jego plany i raporty, a potem zwolnił pod pretekstem niedopełnienia obowiązków.



Wizja albo rytuał

Każda z tych sytuacji ma inne przyczyny. Niekiedy opuszczenie małego ośrodka jest naturalnym etapem rozwoju artysty, jak w przypadku Piotra Kruszczyńskiego, twórcy sukcesu wałbrzyskiego teatru. Czasem chodzi o brak możliwości rozwoju, jak w przypadku Gardzienic czy festiwalu Gutka. Coraz częściej jednak lokalne inicjatywy są likwidowane z premedytacją, bo wyrastają ponad przeciętność.

Widać to dobrze na przykładzie konfliktów w Bytomiu, Jeleniej Górze i Koszalinie. Ich wspólnym motywem było zderzenie nowoczesnej wizji kultury jako narzędzia modernizacji społeczeństwa z tradycyjnym jej pojmowaniem, jako popularnej rozrywki lub towarzyskiego rytuału. Cichocki, Klemm, Ziarkiewicz tworzyli instytucje, które zmieniały przyzwyczajenia publiczności, wprowadzały nowe tematy i formy działania. Przykładem była nietypowa kampania promująca Koszalin, zainicjowana przez Ziarkiewicza, w formie billboardów wywieszonych na muzeum. Na jednym z nich widać było zdjęcie z pochodu pierwszomajowego z okresu PRL. Na innym - puszystą kobietę z wypisanym flamastrem na bicepsie hasłem "Kocham Koszalin". Celem było pokazanie w nowy sposób problemu tożsamości i zakorzenienia.

W Bytomiu galeria stała się miejscem dyskusji na temat teraźniejszości i przeszłości tego postprzemysłowego miasta. Jeden z projektów artystycznych dotyczył żydowskiej rodziny Cohnów - przedwojennych właścicieli kamienicy, w której mieści się galeria. W ramach programu Alternatif Turistik galeria organizowała wycieczki po postindustrialnych terenach Górnego Śląska, pikniki na hałdach czy turbogolf w poprzemysłowych ruinach - chodziło o pokazanie alternatywnego sposobu eksploracji regionu. Klemm z kolei zreformował prowincjonalny model teatru, grającego klasykę, farsy i bajki. Proponował teatr zaangażowany politycznie, oparty na nowych odczytaniach klasyki i współczesnych tekstach polskich autorów.



Artysta ofiarny

I właśnie ten nowatorski sposób uprawiania kultury ściągnął na twórców gromy. W Koszalinie dyrektor oświadczył, że muzeum jest po to, aby pokazywać starocie, a nie współczesną sztukę. W Jeleniej Górze radni zarzucili Klemmowi lekceważenie potrzeb zwykłego podatnika. W Bytomiu katoliccy tradycjonaliści urządzili pikietę, a następnie zażądali, aby galeria udostępniła im miejsce na dwutygodniową wystawę Pro-Life.

Są oczywiście wyjątki: w Teatrze Polskim w Bydgoszczy na kolejną kadencję zostaje Paweł Łysak, który wprowadził innowacyjny program artystyczny, w Radomiu działa nowoczesny ośrodek sztuki Elektrownia, Teatr Wierszalin z Supraśla, który zaledwie trzy lata temu lokalni politycy z LPR chcieli pogonić kijami, dziś działa pod opieką urzędu marszałkowskiego i Ministerstwa Kultury.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':