Niemiecki zespół
Rammstein to światowa gwiazda ciężkiego rocka. Przez 15 lat zespół sprzedał ponad 15 milionów płyt. Większość utworów śpiewa po niemiecku, co w połączeniu z marszowym rytmem wywodzącej się z industrialnego metalu muzyki niektórych prowokuje do okołonazistowskich skojarzeń - w jednym z teledysków zespół wykorzystał zresztą fragmenty propagandowego filmu Leni Riefenstahl.
Przed miesiącem Rammstein wydał swój szósty album studyjny, "Liebe Ist Für Alle Da". Promuje go piosenka "Pussy" ze skandalizującym, pornograficznym teledyskiem, w którym muzycy wcielają się w gwiazdy porno.
Na piątkowym koncercie w katowickim Spodku pornografii nie było - tyle że wokalista Till Lindemann zaśpiewał "Pussy" zza mikrofonowego statywu przyozdobionego sztucznymi penisami, a potem zasiadł za różową armatką śnieżną i strzelał do fanów białą pianą. Sceną rządziły ogień i dym.
Pełne fajerwerków występy to wciąż wizytówka Rammstein. Nic dziwnego, że biletów na ten koncert zabrakło już w wakacje.
Rozmowa Christopherem Schneiderem, perkusistą Rammstein Marcin Babko: Pornograficzny teledysk do piosenki "Pussy" to w ostatnich miesiącach jedna z największych sensacji muzycznego świata. Ale skandal towarzyszy wam od samego początku. Kontrowersje wywołała już wasza nazwa - w 1988 r. w amerykańskiej bazie lotniczej w Ramstein-Miesenbach w katastrofie podczas pokazów lotniczych zginęło ponad 70 osób. Christopher Schneider: Ta nazwa przyszła do nas, jeszcze zanim założyliśmy zespół. Brzmiała bardzo niemiecko i pasowała do mocnej muzyki. Wciąż do nas pasuje. Tylko że nazwa Iron Maiden (Żelazna Dziewica) też jest prowokująca, a jakoś nikt ich o to nie pyta.
Nam od zawsze chodziło o prowokację. Na Rammstein składa się wiele elementów:
muzyka, niemieckojęzyczne teksty, aranżacje i show, który robimy. To wszystko tworzy naszą siłę.
Ludzie mówią, że ta wasza prowokacja to czysta kalkulacja. - Tak chcą to widzieć, więc tak to tłumaczą. Jednak my tacy byliśmy zawsze, od pierwszej płyty. Nigdy nie cenzurowaliśmy samych siebie. Mamy pomysł i idziemy za nim, nie wiedząc, co będzie na końcu. Czasem ledwo wdrapujemy się na szczyt, innym razem z łatwością go przeskakujemy. Czasem sami boimy się tego, co stworzyliśmy. A czasem, gdy my zrobimy już swoje, to coś zaczyna żyć własnym życiem.
Tak było z pornografią w "Pussy"? - Wiedzieliśmy, co zrobiliśmy, ale nie wiedzieliśmy, jaka będzie reakcja. Poznaliśmy Jonasa Akerlunda, reżysera, który jest o wiele większym prowokatorem niż my. Jest bardziej szalony niż ktokolwiek na świecie. Powiedział: chcę zrobić porno-
wideo z wami w rolach głównych.
Od razu powiedzieliśmy: OK. Nikt się nie zawahał. Choć było wiadomo, że będzie z tym kłopot. Chcieliśmy spróbować i zobaczyć, co się stanie. I cieszyliśmy się, bo mieliśmy z głowy kłopot z tą piosenką. Ona trochę odstaje od reszty płyty, nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Czy wydać ją na singlu, czy może zgłosić do konkursu Eurowizji.
Może nawet byście wygrali. - Pewnie by tak było, choć ludzie w Niemczech nie byliby zbyt szczęśliwi. Wiele osób czułoby się zawstydzonych. Więc lepiej, że zrobiliśmy z tego wideo-porno. Od razu wiedzieliśmy, że nie puści tego żadna stacja muzyczna, żaden program z teledyskami. Na szczęście internet oferuje wiele dróg dotarcia do ludzi. Wykupiliśmy stronę, na której zamieściliśmy teledysk. Może go tam zobaczyć każdy, kto ma skończone 18 lat. I zobaczyło go więcej osób niż w jakiejkolwiek telewizji. Na tę stronę weszło już ponad 50 mln osób. Inna sprawa, że gdy już masz 18 lat, to w internecie czeka na ciebie mnóstwo bardzo dziwnych, niekoniecznie dobrych rzeczy. A Rammstein jest wśród nich jedną z zabawniejszych.
Wasze rodziny nie protestowały? - Mojej żonie teledysk się nie podobał, miała z tym problem. W innych rodzinach uznano go za żart. Oczywiście nikt nie pokazuje tego dzieciom. Bo to nie jest film dla dzieci.
Macie ambicję naprawiania świata? - Nie. Nie mamy takiego przekazu. Ale pokazujemy w lustrze ciemną stronę rzeczywistości.
I mamy dużą zasługę w tym, jak obecnie odbierane są na świecie Niemcy. Albo jak Niemcy odbierają samych siebie. Bo ten odbiór się zmienia.
W naszym kraju patriotyzm zupełnie zniknął po II wojnie światowej. Ludzie nie chcą być Niemcami. A przynajmniej bardzo długo nie chcieli. Ale kim w takim razie jesteśmy? To kwestia samoświadomości. Jeśli ona się zmienia, to Rammstein ma w tym swoją rolę.
Jesteś patriotą? - Nie do końca. My też mamy z tym wszystkim problem. A granie w Rammstein nie pozwala o tym nie myśleć. Na świecie jesteśmy przecież uznawani za kwintesencję niemieckości, ale dla Niemców jesteśmy za bardzo niemieccy. Myślę jednak, że ludzie w Niemczech powoli zaczynają sami przed sobą przyznawać się do swojej tożsamości. Na razie jeszcze niekoniecznie w polityce, ale już np. na stadionie piłkarskim czy na naszym koncercie.
Fani na całym świecie uczą się niemieckiego, żeby zrozumieć wasze teksty. - Jesteśmy ambasadorami naszego języka. Nasza nazwa to czasem jedyne niemieckie słowo, które ludzie znają. Tłumaczenia naszych tekstów można znaleźć w internecie. Ale nigdy nie drukujemy ich na okładkach.
Znasz przyczynę waszej popularności? - Nie. To przecież nie jest zespół pop. Nie kochają nas media. Nie puszczają nas w
radiu ani w telewizji, nie ma nas w plotkarskiej prasie. Być może jesteśmy największym undergroundowym fenomenem w historii rocka.